Valees jęknął w duchu, widząc jak porucznik zrywa się z krzesła i chwyta za jego oparcie. Wiedział, co to oznacza.
Wiedział też, jak należy zareagować.
Zerwał się na równe nogi, zanim jeszcze kości z przewróconego stołu zdążyły rozsypać się po podłodze. Odskoczył o krok, by znaleźć się za ramieniem swojego przełożonego i wydostać się z pola rażenia szulernianych mebli. A potem patrzył.
Nie na biednych Mikaya i Bobiego. Na to patrzeć nie musiał - doskonale wiedział, że wiedziony dziką furią Heinreich da sobie z nimi radę. Pierwsze kilka sekund walki w jego wykonaniu zawsze pozostawiało tylko zgliszcza. Problemy zaczynały się potem, gdy starcze ciało dawało już znać o swoich niedoskonałościach, a oddech stawał się coraz cięższy. Jeśli wtedy, brońcie bogowie, któryś z przeciwników trzymał się jeszcze na nogach, mogły zacząć się problemy.
Dlatego teraz Valees nie patrzył na bójkę. Rozglądał się czujnie po przybytku, próbując wyłapać spojrzeniem kogokolwiek, kto zdecyduje się wstać i dołączyć do mordobicia. Szczęśliwie, reakcja Heinreicha była tak żywiołowa i nagła, że w pierwszej chwili przy wszystkich stolikach zapadła cisza, a gracze po prostu siedzieli zdębiali. Valees wiedział jednak, że ten szok nie potrwa długo. Że prędzej czy później znajdzie się jeden z drugim śmiałek, któremu mało było spuszczenia łomotu żonie w domu i zapragnie szukać bitki gdzie indziej.
I rzeczywiście. Gdy Heinreich rozprawił się z tamtymi dwoma i pełnym furii krokiem ruszył do kontuaru, ktoś poderwał się od stołu, przy którym wcześniej grano w karty. Jakiś dryblas z podwiniętymi rękawami i wytatuowanymi na nich płomieniami. Był na oko dwa razy szerszy od Valeesa. I dwa razy młodszy od Heinreicha.
- Siadaj na dupie, to nie twój interes - syknął Valees. Na tyle stanowczo, by zabrzmieć przekonująco. Na tyle spokojnie, by nie wzbudzać zainteresowania porucznika.
Facet zawahał się. Valees nie czekał, aż tamten podejmie jednoznaczną decyzję. Odwrócił się na pięcie i ruszył za swoim przełożonym, dając dryblasowi znać, że temat jest skończony. Miał nadzieję, że to zadziała.
Nie, żeby bał się bójki. Nie, nie. Bał się, że w potyczkę mogą wplątać się Heinreich i jego tulipan.
- Raportować, sir? - zapytał, dosiadając się do Heinreicha. - Gra już chyba skończona.
Posłał Hervetowi pojednawcze spojrzenie. Przepraszam i ogarnę to, zdawały się mówić jego oczy.