Skok - Odcinek Pierwszy
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Kamienica nie wyróżnia się niczym szczególnym - na pierwszy rzut oka jest to jeden z wielu podobnych budynków w Dzielnicy Wysokiej. Na każdy kolejny zresztą też. Mieści się przy jednej z głównych ulic, a zbudowana jest na planie kwadratu, pośrodku którego znajduje się duże podwórze. Pośrodku rośnie rozłożysta jabłoń, pod którą mniej egzaltowani mieszkańcy szukają czasem cienia w szczególnie upalne dni.
Na drugim - najwyższym - piętrze kamienicy mieści się mieszkanie Lamberta Greska.
Mężczyzny, który w kręgach bogatszych Nimnarejczyków znany jest jako ekscentryczny syn z dobrej rodziny, któremu nie po drodze było z rodzicami, więc się od nich odciął, budując swoje życie od podstaw - szczęśliwie, z powodzeniem.
Mężczyzny, który w kręgach renomowanych złodziei i zabójców na zlecenie, znany jest jako specjalista w swoim fachu. Jeden z nielicznych, którym udało się dorobić prawdziwych pieniędzy i ustawić na resztę życia. Fachowiec, który wciąż bawi się tym, co robi.
***
Było późne popołudnie. Lambert siedział w przestronnym salonie. Przed nim, na dębowym stole, rozłożone były plany części miasta i kilku budynków. Obok, w zdobionej popielniczce, ćmił się niedopałek skręta z pajem. Mężczyzna raz jeszcze przyjrzał się uważnie rysunkom na papierze.
Upewnił się, że wszystko jest klarowne. Niedbałym ruchem, jakby nie do końca świadomie, sięgnął po skręta i zaciągnął się. Z namaszczeniem wydmuchał dym.
Usłyszał stukot butów w przedpokoju. To Taler, młody chłopak, pracujący jako pomoc Lamberta, musiał usłyszeć pukanie do drzwi kamienicy i teraz szedł je otworzyć.
Lambert przeciągnął się na krześle. Zgasił niedopałek i pozwolił sobie na delikatny uśmiech. Przed paroma dniami rozesłał kilka listów, dotyczących najnowszego zlecenia. Choć nie mógł mieć pewności, zakładał, że ich treść zainteresuje chociaż część adresatów. Dziś mieli się zjawić, by poznać szczegóły.
Pukanie do drzwi mogło oznaczać tylko jedno - właśnie się zaczęło.
Na drugim - najwyższym - piętrze kamienicy mieści się mieszkanie Lamberta Greska.
Mężczyzny, który w kręgach bogatszych Nimnarejczyków znany jest jako ekscentryczny syn z dobrej rodziny, któremu nie po drodze było z rodzicami, więc się od nich odciął, budując swoje życie od podstaw - szczęśliwie, z powodzeniem.
Mężczyzny, który w kręgach renomowanych złodziei i zabójców na zlecenie, znany jest jako specjalista w swoim fachu. Jeden z nielicznych, którym udało się dorobić prawdziwych pieniędzy i ustawić na resztę życia. Fachowiec, który wciąż bawi się tym, co robi.
***
Było późne popołudnie. Lambert siedział w przestronnym salonie. Przed nim, na dębowym stole, rozłożone były plany części miasta i kilku budynków. Obok, w zdobionej popielniczce, ćmił się niedopałek skręta z pajem. Mężczyzna raz jeszcze przyjrzał się uważnie rysunkom na papierze.
Upewnił się, że wszystko jest klarowne. Niedbałym ruchem, jakby nie do końca świadomie, sięgnął po skręta i zaciągnął się. Z namaszczeniem wydmuchał dym.
Usłyszał stukot butów w przedpokoju. To Taler, młody chłopak, pracujący jako pomoc Lamberta, musiał usłyszeć pukanie do drzwi kamienicy i teraz szedł je otworzyć.
Lambert przeciągnął się na krześle. Zgasił niedopałek i pozwolił sobie na delikatny uśmiech. Przed paroma dniami rozesłał kilka listów, dotyczących najnowszego zlecenia. Choć nie mógł mieć pewności, zakładał, że ich treść zainteresuje chociaż część adresatów. Dziś mieli się zjawić, by poznać szczegóły.
Pukanie do drzwi mogło oznaczać tylko jedno - właśnie się zaczęło.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sąsiedzi Saryi nie rozpoznaliby jej, gdyby ją teraz zobaczyli. Zawsze chodziła w prostych strojach, niewyszukanych sukienkach o mdłych kolorach. Jej siostry z Domu Urody Norien, by może ją rozpoznały, ale i tak zdziwiłyby się jej wyglądem - w świątyni nosiła zazwyczaj wspaniałe jedwabne, częściowo przejrzyste, szaty i suknie, o żywych kolorach.
Tym razem założyła niemal męski strój, nie krępujący ruchów i posiadający wiele kieszeni na noże i narzędzia. Był ciemny, ale nie czarny - czysta czerń była rzadka w przyrodzie i wyróżniała się nawet na tle nocy. Część stroju stanowiło coś w rodzaju chusty, którą można była obwiązać wokół twarzy, tworząc prowizoryczną maskę, ukrywającą tożsamość. Teraz jednak, głowa kobiety była odsłonięta.
Zapukała ponownie do drzwi, budynku wskazanego jej w liście. Czekając, aż drzwi zostaną otwarte rozejrzała się dookoła. Lubiła Wysoką Dzielnicę z jej relatywnie dobrze utrzymanymi budynkami. Mieszkało tu też wielu z jej klientów, chociaż gdy odwiedzała ich domy, bynajmniej nie czyniła tego, by nieść im przyjemność, ale by uwolnić ich od różnych błyskotek.
Gdy drzwi w końcu się otworzyły, Sarya obdarzyła stojącego w nich chłopaka promiennym uśmiechem.
- Dobry wieczór. Nazywam się Sarya ef Darrasha. - Używanie fałszywego imienia nie miało sensu, skoro list był zaadresowany do niej. - Sądzę, że jestem oczekiwana?
Tym razem założyła niemal męski strój, nie krępujący ruchów i posiadający wiele kieszeni na noże i narzędzia. Był ciemny, ale nie czarny - czysta czerń była rzadka w przyrodzie i wyróżniała się nawet na tle nocy. Część stroju stanowiło coś w rodzaju chusty, którą można była obwiązać wokół twarzy, tworząc prowizoryczną maskę, ukrywającą tożsamość. Teraz jednak, głowa kobiety była odsłonięta.
Zapukała ponownie do drzwi, budynku wskazanego jej w liście. Czekając, aż drzwi zostaną otwarte rozejrzała się dookoła. Lubiła Wysoką Dzielnicę z jej relatywnie dobrze utrzymanymi budynkami. Mieszkało tu też wielu z jej klientów, chociaż gdy odwiedzała ich domy, bynajmniej nie czyniła tego, by nieść im przyjemność, ale by uwolnić ich od różnych błyskotek.
Gdy drzwi w końcu się otworzyły, Sarya obdarzyła stojącego w nich chłopaka promiennym uśmiechem.
- Dobry wieczór. Nazywam się Sarya ef Darrasha. - Używanie fałszywego imienia nie miało sensu, skoro list był zaadresowany do niej. - Sądzę, że jestem oczekiwana?
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Stojący przy drzwiach chłopak mógł mieć około dwudziestu lat - był nieco przy kości, a uwagę na jego pucułowatej twarzy przykuwał rzadki meszek pod nosem. Być może w przyszłości wyrośnie z niego dorodny wąs, jednak na ten moment zarost wzmacniał skojarzenie Talera z przerośniętym dzieckiem.
Nie pomogło, kiedy na widok promiennego uśmiechu pięknej kobiety za progiem chłopak spąsowiał. Rumieniec rozlał się na policzkach i poszedł wyżej, sięgając aż po samo czoło. Biel gałek ocznych odcinała się zabawnie od różu cery.
Konsternacja trwała jednak nie dłużej niż chwilę. Chłopak szybko otrząsnął się, odchrząknął i wyuczonym gestem odstąpił na bok, ręką zapraszając kobietę do środka.
- Proszę, proszę - zachęcił ją do wejścia. - Pan Gresk pani oczekuje. Jest u siebie, o tam. - Gestem wskazał uchylone drzwi w końcu korytarza.
- Czy mogę odebrać pani odzienie wierzchnie? Życzy sobie pani coś do picia? Mamy wyśmienite herbaty ze wschodu. Szczególnie polecam tę z kawałkami opuncji.
Policzki Talera odzyskały już naturalny kolor. Sarya zauważyła jednak, że chłopak unika kontaktu wzrokowego. Był wyraźnie zawstydzony.
Nie pomogło, kiedy na widok promiennego uśmiechu pięknej kobiety za progiem chłopak spąsowiał. Rumieniec rozlał się na policzkach i poszedł wyżej, sięgając aż po samo czoło. Biel gałek ocznych odcinała się zabawnie od różu cery.
Konsternacja trwała jednak nie dłużej niż chwilę. Chłopak szybko otrząsnął się, odchrząknął i wyuczonym gestem odstąpił na bok, ręką zapraszając kobietę do środka.
- Proszę, proszę - zachęcił ją do wejścia. - Pan Gresk pani oczekuje. Jest u siebie, o tam. - Gestem wskazał uchylone drzwi w końcu korytarza.
- Czy mogę odebrać pani odzienie wierzchnie? Życzy sobie pani coś do picia? Mamy wyśmienite herbaty ze wschodu. Szczególnie polecam tę z kawałkami opuncji.
Policzki Talera odzyskały już naturalny kolor. Sarya zauważyła jednak, że chłopak unika kontaktu wzrokowego. Był wyraźnie zawstydzony.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Uśmiech Saryi nie drgnął nawet o centymetr, ale odwróciła się tak, by Taler mógł zabrać jej płaszcz.
Pod spodem miała na sobie swój ciemny strój zakładany na skoki i akcje. Nie był tak obcisły, by nie móc się w nim ruszać, ale dość ściśle przylegał do ciała, chociaż rozmaite kieszenie zakłócały sylwetkę kobiety.
- Bardzo dziękuję, bardzo miło z pana strony. Nie codzień można spotkać tak uprzejmych ludzi - powiedziała. - A herbata z kawałkami opuncji brzmi po prostu cudownie.
Zostawiając Talera, skierowała się do wskazanych jej drzwi. Dobre wychowanie działa w obie strony, więc delikatnie zapukała do nich.
Pod spodem miała na sobie swój ciemny strój zakładany na skoki i akcje. Nie był tak obcisły, by nie móc się w nim ruszać, ale dość ściśle przylegał do ciała, chociaż rozmaite kieszenie zakłócały sylwetkę kobiety.
- Bardzo dziękuję, bardzo miło z pana strony. Nie codzień można spotkać tak uprzejmych ludzi - powiedziała. - A herbata z kawałkami opuncji brzmi po prostu cudownie.
Zostawiając Talera, skierowała się do wskazanych jej drzwi. Dobre wychowanie działa w obie strony, więc delikatnie zapukała do nich.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Taler chrząknął cicho, znówu zawstydzony, gdy wybrzmiał komentarz o jego uprzejmości. Bez słowa odwiesił płaszcz kobiety na wieszak. Gdy upewnił się, że tamta ruszyła w stronę wskazanych wcześniej drzwi, sam oddalił się w przeciwnim kierunku, najpewniej kierując swoje kroki do kuchni.
Niedomknięte drzwi uchyliły się nieco szerzej, gdy Sarya zapukała. Przez szparę między drzwiami a framugą na korytarz wylało się nieco światła - okna z pokoju musiały wychodzić na zachód.
- Proszę! - Gospodarz miał przyjemny dla ucha, barytonowy głos. Brzmiał pogodnie, a Sarya nie wyłapała w tej wesołości żadnej fałszywej nuty.
Pokój był duży i przestronny. Przez zajmujące niemal całą zachodnią ścianę okno do środka wlewały się promienie zachodzącego słońca. W ich blasku rozłożone na dębowym stole mapy zdawały mienić się złotem - choć było to jedynie złudzenie.
Lambert był właśnie w połowie drogi między stołem a drzwiami. Gdy Sarya weszła, delikatnie przyspieszył kroku, by podać jej dłoń na powitanie.
- Niezmiernie mi miło, że zdecydowała się pani przyjąć zaproszenie. Proszę usiąść. Czy Taler zaproponował już coś do picia? Mogę zaproponować także coś mocniejszego. - Wskazał ręką w kąt pokoju, gdzie stał masywny barek.
Niedomknięte drzwi uchyliły się nieco szerzej, gdy Sarya zapukała. Przez szparę między drzwiami a framugą na korytarz wylało się nieco światła - okna z pokoju musiały wychodzić na zachód.
- Proszę! - Gospodarz miał przyjemny dla ucha, barytonowy głos. Brzmiał pogodnie, a Sarya nie wyłapała w tej wesołości żadnej fałszywej nuty.
Pokój był duży i przestronny. Przez zajmujące niemal całą zachodnią ścianę okno do środka wlewały się promienie zachodzącego słońca. W ich blasku rozłożone na dębowym stole mapy zdawały mienić się złotem - choć było to jedynie złudzenie.
Lambert był właśnie w połowie drogi między stołem a drzwiami. Gdy Sarya weszła, delikatnie przyspieszył kroku, by podać jej dłoń na powitanie.
- Niezmiernie mi miło, że zdecydowała się pani przyjąć zaproszenie. Proszę usiąść. Czy Taler zaproponował już coś do picia? Mogę zaproponować także coś mocniejszego. - Wskazał ręką w kąt pokoju, gdzie stał masywny barek.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Uśmiech Saryi stał się odrobinę mniejszy. Początkujące kurtyzany często popełniały błąd przechodząc w tryb kusicielki natychmiast, bez analizy sytuacji. Przyjrzenie się gospodarzowi, jego zachowaniu, posturze i spojrzeniu powiedziało Saryi, że nie był to ktoś, komu zawróciłaby zupełnie w głowie zalotnym spojrzeniem, pokazaniem ramienia czy kawałka dekoltu. Zwłaszcza, że te dwie ostatnie rzeczy ciężko byłoby zrobić w jej obecnym stroju.
- Dziękuję za propozycję - odpowiedziała, podając mu również dłoń. Zastanawiała się, czy ją potrząśnie czy pocałuje. - Ale jeszcze nie mamy czego świętować i opijać, a zazwyczaj nie przyjmuje alkoholu od ludzi, których imion nie znam. Prowadzi to czasem do... komplikacji.
Uśmiechnęła się ciutkę szerzej, nie zalotnie, ale z rozbawieniem, by złagodzić brzmienie słów.
- Dodam, że ma pan nade mną znaczną przewagę - powiedziała. - Zdaje się, że pan zna moje imię, jednak sam jest dla mnie niewiadomą. Chociaż... teraz mi się wydaje, że mogłam pana widzieć - słowa "w Domu Urody" pozostały niewypowiedziane. - Nie sądzę jednak, bym miała przyjemność z panem bliżej współpracować.
Następne słowa by bardzo pasowały do zmysłowego tonu i uwodzicielskiego uśmiechu, ale Sarya zadbała, by powiedzieć je z tym samym, nieco rozbawionym tonem, jak żart między dwojgiem przyjaciół:
- Na pewno bym pana zapamiętała.
- Dziękuję za propozycję - odpowiedziała, podając mu również dłoń. Zastanawiała się, czy ją potrząśnie czy pocałuje. - Ale jeszcze nie mamy czego świętować i opijać, a zazwyczaj nie przyjmuje alkoholu od ludzi, których imion nie znam. Prowadzi to czasem do... komplikacji.
Uśmiechnęła się ciutkę szerzej, nie zalotnie, ale z rozbawieniem, by złagodzić brzmienie słów.
- Dodam, że ma pan nade mną znaczną przewagę - powiedziała. - Zdaje się, że pan zna moje imię, jednak sam jest dla mnie niewiadomą. Chociaż... teraz mi się wydaje, że mogłam pana widzieć - słowa "w Domu Urody" pozostały niewypowiedziane. - Nie sądzę jednak, bym miała przyjemność z panem bliżej współpracować.
Następne słowa by bardzo pasowały do zmysłowego tonu i uwodzicielskiego uśmiechu, ale Sarya zadbała, by powiedzieć je z tym samym, nieco rozbawionym tonem, jak żart między dwojgiem przyjaciół:
- Na pewno bym pana zapamiętała.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert uśmiechnął się, podchodząc do stołu z butelką koniaku i tulipanowym kieliszkiem w dłoni. Zawoalowany komplement wybrzmiał właściwie, pozostawiając w powietrzu nutkę napięcia.
- Jestem przekonany, że Taler przedstawił pani moje nazwisko. Jednak rzeczywiście, nigdy nie padło ono z moich ust. Lambert Gresk, bardzo mi miło.
Tym razem nie podszedł już, by podać jej dłoń. Zamiast tego skłonił się nisko w przerysowanym geście. Gdy się wyprostował, miał na twarzy szczery uśmiech.
- Rzeczywiście, mieliśmy już okazję się widzieć, choć nigdy nie rozmawialiśmy. Nie próbując nawet równać się z panią w sztuce prawienia komplementów, pozwolę sobie na bezpośredniość. Pani również zapadła mi w pamięć. Widzieliśmy się…
Przerwał, gdy rozległo się ciche pukanie. Po chwili drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem i do pokoju wszedł Taler. W rękach niósł srebrną tacę z parującym imbrykiem i filiżanką.
Spojrzał na Lamberta, a potem posłał krótkie spojrzenie Saryi. Widać krótki pobyt w kuchni pozwolił mu nieco uspokoić rozedrgane serce, bo tym razem nie unikał już kontaktu wzrokowego. Pozwolił sobie nawet na lekki uśmiech, który ozdobił jego okrągłą buzię znacznie lepiej niż mech pod nosem.
- Herbata z kawałkami opuncji - powiedział, kładąc tacę na stole. - Sugerowałbym zaczekać jeszcze kilka minut. Gorąca nie oddaje wszystkich walorów smakowych. Czy mogę służyć czymś jeszcze?
Lambert pokręcił głową.
- Dziękuję, Taler. Chyba że pani życzy sobie czegoś jeszcze? - posłał Saryi uprzejme spojrzenie.
- Jestem przekonany, że Taler przedstawił pani moje nazwisko. Jednak rzeczywiście, nigdy nie padło ono z moich ust. Lambert Gresk, bardzo mi miło.
Tym razem nie podszedł już, by podać jej dłoń. Zamiast tego skłonił się nisko w przerysowanym geście. Gdy się wyprostował, miał na twarzy szczery uśmiech.
- Rzeczywiście, mieliśmy już okazję się widzieć, choć nigdy nie rozmawialiśmy. Nie próbując nawet równać się z panią w sztuce prawienia komplementów, pozwolę sobie na bezpośredniość. Pani również zapadła mi w pamięć. Widzieliśmy się…
Przerwał, gdy rozległo się ciche pukanie. Po chwili drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem i do pokoju wszedł Taler. W rękach niósł srebrną tacę z parującym imbrykiem i filiżanką.
Spojrzał na Lamberta, a potem posłał krótkie spojrzenie Saryi. Widać krótki pobyt w kuchni pozwolił mu nieco uspokoić rozedrgane serce, bo tym razem nie unikał już kontaktu wzrokowego. Pozwolił sobie nawet na lekki uśmiech, który ozdobił jego okrągłą buzię znacznie lepiej niż mech pod nosem.
- Herbata z kawałkami opuncji - powiedział, kładąc tacę na stole. - Sugerowałbym zaczekać jeszcze kilka minut. Gorąca nie oddaje wszystkich walorów smakowych. Czy mogę służyć czymś jeszcze?
Lambert pokręcił głową.
- Dziękuję, Taler. Chyba że pani życzy sobie czegoś jeszcze? - posłał Saryi uprzejme spojrzenie.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Nie, dziękuję - powiedziała Sarya, uśmiechając się do Talera raz jeszcze. - Na pewno zastosuję się do pana rady. Tak rzadko można spotkać kogoś, kto docenia dobrą herbatę.
Następnie patrząc na Lamberta, w końcu usiadła na wskazanym przez niego miejscu.
- Jeśli dobrze pamiętam - zaczęła powoli - gdy pan był u nas, zajęła się panem Learra, prawda? Śliczna dziewczyna. I do tego takie zwinne palce i prawdziwie niebiański głos. Mam nadzieję, że mile spędził pan z nią czas.
Odchyliła się w fotelu. Uśmiech zniknął z jej twarzy zastąpiony równie wystudiowanym wyrazem zamyślenia.
- Lambert Gresk - powtórzyła. - To nazwisko w pewnych kręgach cieszy się naprawdę imponującą reputacją. Powinnam powiedzieć, że jestem zaszczycona, że taka persona zainteresowała się skromną dziewczyną... jednak póki co, zastanawiam się, cóż mogłoby być powodem tego zainteresowania? Pana list nie przedstawiał, z oczywistych względów, zbyt wiele szczegółów. Implikował, że mogę zyskać na tej wizycie, jednak wynikało z niego, że mógł być pan świadkiem jednej z... niedyskrecji, które popełniłam.
Tym razem pozwoliła sobie na najdrobniejszy uśmiech, pozbawiony jednak jakiejkolwiek wesołości.
- Nie ukrywam, że byłabym bardzo rozczarowana - powiedziała powoli - gdyby okazało się, że ta przemiła wizyta i poczęstowanie herbatą z opuncji, są tylko wstępem do szantażu, więc przez chwilę będę naiwną i niewinną dziewczyną i nie będę brała tej możliwości pod uwagę. Jednak, nawet będąc naiwną i niewinną, pozostaje we mnie dostatecznie wiele urażonej dumy, by zapytać: gdzie popełniłam błąd?
Następnie patrząc na Lamberta, w końcu usiadła na wskazanym przez niego miejscu.
- Jeśli dobrze pamiętam - zaczęła powoli - gdy pan był u nas, zajęła się panem Learra, prawda? Śliczna dziewczyna. I do tego takie zwinne palce i prawdziwie niebiański głos. Mam nadzieję, że mile spędził pan z nią czas.
Odchyliła się w fotelu. Uśmiech zniknął z jej twarzy zastąpiony równie wystudiowanym wyrazem zamyślenia.
- Lambert Gresk - powtórzyła. - To nazwisko w pewnych kręgach cieszy się naprawdę imponującą reputacją. Powinnam powiedzieć, że jestem zaszczycona, że taka persona zainteresowała się skromną dziewczyną... jednak póki co, zastanawiam się, cóż mogłoby być powodem tego zainteresowania? Pana list nie przedstawiał, z oczywistych względów, zbyt wiele szczegółów. Implikował, że mogę zyskać na tej wizycie, jednak wynikało z niego, że mógł być pan świadkiem jednej z... niedyskrecji, które popełniłam.
Tym razem pozwoliła sobie na najdrobniejszy uśmiech, pozbawiony jednak jakiejkolwiek wesołości.
- Nie ukrywam, że byłabym bardzo rozczarowana - powiedziała powoli - gdyby okazało się, że ta przemiła wizyta i poczęstowanie herbatą z opuncji, są tylko wstępem do szantażu, więc przez chwilę będę naiwną i niewinną dziewczyną i nie będę brała tej możliwości pod uwagę. Jednak, nawet będąc naiwną i niewinną, pozostaje we mnie dostatecznie wiele urażonej dumy, by zapytać: gdzie popełniłam błąd?
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
- W takim razie, Taler, to wszystko. Gdyby pojawili się kolejni goście, wiesz, co robić.
Taler skinął głową pracodawcy i skłonił się nisko - zdaniem Lamberta, nieco niżej niż nakazywałaby to zwykła uprzejmość - w stronę Saryi, po czym odmaszerował. Gresk patrzył za nim przez chwilę w zadumie, z której wyrwało go pytanie kobiety.
- Learra, taaak - powiedział przeciągle. - Rzeczywiście, prawdziwie anielski głos. Do dziś nie wiem, czy większe doznania dla zmysłów zapewniał jej śpiew, czy raczej perlisty śmiech. Muszę przyznać, że Dom Urody dba, aby każda pracownica miała w sobie coś, co zaprze dech w piersiach klienteli. Każda, bez wyjątku. - Pozwolił sobie na znaczące spojrzenie, po czym zaśmiał się krótko.
Odkorkował butelkę koniaku i pewnym ruchem nalał trunku do kielicha.
- Mam nadzieję, że nie będzie pani przeszkadzało, jeśli ja się napiję. - Wyćwiczonym ruchem wetknął korek z powrotem do butelki. - Nie wątpię, że herbata dostarczy pani równie dużo rozkoszy, co mnie to spotkanie. Nawiasem mówiąc, świetny wybór. Pani, czy Taler nie mógł się powstrzymać przed poleceniem czegoś z kolekcji? Chłopak zna się na rzeczy jak mało kto.
Uniósł kielich i przepił do niej przez stół.
- Pani obawy nie są nieuzasadnione, jednak muszę przyznać, że nieco mnie ranią. Szantaż uważam za najbardziej obrzydliwą formę perswazji. Tym bardziej nie posunąłbym się do niego wobec pani, w obawie o zaprzepaszczenie tak obiecująco zapowiadającej się znajomości.
Wstał i obszedł stół. Gdy zbliżył się do kobiety, na jego wyciągniętej dłoni leżała spinka do włosów przyozdobiona kwiatem niezapominajki. Sarya nie potrzebowała dużo czasu, by ją rozpoznać. Do tej pory była jednak pewna, że zgubiła ją gdzieś w Domu Urody.
Lambert wręczył jej spinkę.
- Znalazłem to w pobliżu pracowni alchemicznej pana Tresta. Z początku, rzecz jasna, nie miałem pojęcia, do kogo należy, jednak zaczerpnąłem języka i krok po kroku udało mi się dotrzeć do pani. Nawiasem mówiąc, pan Trest do dziś nie może pogodzić się ze stratą swojej kolekcji ametystów. - Uniósł ręce w obronnym geście. - Brońcie bogowie, żeby odczytała to pani jako próbę szantażu! Nie wie, kto za tym stoi i ręczę, że ode mnie się tego nie dowie. Zaprosiłem tu panią nie po to, by szantażować, a po to, by wyrazić uznanie dla pani umiejętności. Trest znany jest ze swojego... przewrażliwienia na punkcie bezpieczeństwa. Szalenie zaimponowało mi, że mimo wszystko udało się wejść pani w posiadanie tych ametystów. Oznacza to jedynie, że zna się pani na rzeczy. A właśnie takich ludzi mi potrzeba.
Cały czas stał nad nią i patrzył z góry, uśmiechając się lekko.
- Proszę mi powiedzieć, pani Saryo, dlaczego ktoś taki jak pani, kto nie narzeka przecież na brak możliwości zarobkowych i atutów podarowanych przez naturę, decyduje się zejść na tak haniebną i złą moralnie ścieżkę? - Ostatnie słowa wypowiedział z czytelną ironią, którą spotęgował mrugnięciem oka. - Herbata ma już chyba odpowiednią temperaturę.
Taler skinął głową pracodawcy i skłonił się nisko - zdaniem Lamberta, nieco niżej niż nakazywałaby to zwykła uprzejmość - w stronę Saryi, po czym odmaszerował. Gresk patrzył za nim przez chwilę w zadumie, z której wyrwało go pytanie kobiety.
- Learra, taaak - powiedział przeciągle. - Rzeczywiście, prawdziwie anielski głos. Do dziś nie wiem, czy większe doznania dla zmysłów zapewniał jej śpiew, czy raczej perlisty śmiech. Muszę przyznać, że Dom Urody dba, aby każda pracownica miała w sobie coś, co zaprze dech w piersiach klienteli. Każda, bez wyjątku. - Pozwolił sobie na znaczące spojrzenie, po czym zaśmiał się krótko.
Odkorkował butelkę koniaku i pewnym ruchem nalał trunku do kielicha.
- Mam nadzieję, że nie będzie pani przeszkadzało, jeśli ja się napiję. - Wyćwiczonym ruchem wetknął korek z powrotem do butelki. - Nie wątpię, że herbata dostarczy pani równie dużo rozkoszy, co mnie to spotkanie. Nawiasem mówiąc, świetny wybór. Pani, czy Taler nie mógł się powstrzymać przed poleceniem czegoś z kolekcji? Chłopak zna się na rzeczy jak mało kto.
Uniósł kielich i przepił do niej przez stół.
- Pani obawy nie są nieuzasadnione, jednak muszę przyznać, że nieco mnie ranią. Szantaż uważam za najbardziej obrzydliwą formę perswazji. Tym bardziej nie posunąłbym się do niego wobec pani, w obawie o zaprzepaszczenie tak obiecująco zapowiadającej się znajomości.
Wstał i obszedł stół. Gdy zbliżył się do kobiety, na jego wyciągniętej dłoni leżała spinka do włosów przyozdobiona kwiatem niezapominajki. Sarya nie potrzebowała dużo czasu, by ją rozpoznać. Do tej pory była jednak pewna, że zgubiła ją gdzieś w Domu Urody.
Lambert wręczył jej spinkę.
- Znalazłem to w pobliżu pracowni alchemicznej pana Tresta. Z początku, rzecz jasna, nie miałem pojęcia, do kogo należy, jednak zaczerpnąłem języka i krok po kroku udało mi się dotrzeć do pani. Nawiasem mówiąc, pan Trest do dziś nie może pogodzić się ze stratą swojej kolekcji ametystów. - Uniósł ręce w obronnym geście. - Brońcie bogowie, żeby odczytała to pani jako próbę szantażu! Nie wie, kto za tym stoi i ręczę, że ode mnie się tego nie dowie. Zaprosiłem tu panią nie po to, by szantażować, a po to, by wyrazić uznanie dla pani umiejętności. Trest znany jest ze swojego... przewrażliwienia na punkcie bezpieczeństwa. Szalenie zaimponowało mi, że mimo wszystko udało się wejść pani w posiadanie tych ametystów. Oznacza to jedynie, że zna się pani na rzeczy. A właśnie takich ludzi mi potrzeba.
Cały czas stał nad nią i patrzył z góry, uśmiechając się lekko.
- Proszę mi powiedzieć, pani Saryo, dlaczego ktoś taki jak pani, kto nie narzeka przecież na brak możliwości zarobkowych i atutów podarowanych przez naturę, decyduje się zejść na tak haniebną i złą moralnie ścieżkę? - Ostatnie słowa wypowiedział z czytelną ironią, którą spotęgował mrugnięciem oka. - Herbata ma już chyba odpowiednią temperaturę.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sarya otwierała usta do odpowiedzi, gdy, na sekundę tylko, znieruchomiała. W końcu zidentyfikowała zapach, który czuła od wejścia do pokoju. Paj. Nie żeby miała coś przeciwko używaniu go - sama nie stroniła od używania tej substancji, zarówno w celach rekreacyjnych jak i... innych. Ale po jej ostatniej przygodzie z trefnym pajem, nie zdołała się zmusić, by znów go spróbować.
Z pewnym trudem oderwała się od tych myśli i skupiła na teraźniejszości i jej rozmówcy. Próbując zatuszować swoje chwilowe rozkojarzenie, przybrała surową minę.
- Okłamał mnie pan, panie Gresk - powiedziała, po czym uśmiechnęła się promiennie. - Jak najbardziej jest pan mistrzem w sztuce prawienia komplementów. Niemal się rumienię.
Delikatnie wzięła filiżankę herbaty i - wciąż patrząc na Lamberta - upiła łyk.
- Rzeczywiście, bardzo dobra - przyznała. - Chciałabym ujść w pana oczach za ekspertkę od rozkoszowania się herbatą, jednak w tej materii zdałam się na wybór pańskiego służącego. Nie żałuję. - Kolejny śliczny i być może odrobinę dwuznaczny uśmiech - Mam nadzieję, że dobrze pan mu płaci, bo korci mnie, by go panu ukraść. I, oczywiście, proszę się mną nie przejmować i rozkoszować trunkiem.
Sarya wzięła oferowaną przez Lamberta spinkę w dwa palce, przyglądając się jej z wystudiowanym brakiem zainteresowania. Oczywiście, że ją rozpoznała - i to, wraz z dalszymi słowami mężczyzny wiele tłumaczyło - i wiedziała, że Lambert to wie, jednak nie mogła się powstrzymać, by nie odegrać przed nim komedii. Wszak czyż wielu mężczyzn nie uważało, że kobieta powinna chociaż przez chwilę się opierać, nawet jeśli chce ulec.
I bynajmniej nie dotyczyło to jedynie sfery romansu.
- Nie wiedziałam, że już doszliśmy do etapu prezentów z biżuterii - powiedziała. - Wspaniały prezent, jestem zachwycona. Idealnie trafił pan w mój gust; dokładnie taką bym sobie sama wybrała.
Uśmiech zniknął z ust Saryi, podczas gdy obracała w palcach spinkę. Po chwili włożyła ją we włosy.
- Cóż mogę powiedzieć - rzekła powoli. - Ametysty są po prostu śliczne. A pan Trest może i jest przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa... ale czasem i w pewnych sytuacjach zbyt wiele mówi.
Nawet mówiąc to, wiedziała, że nie jest to dostatecznie dobra odpowiedź. Wydawało jej się, że Lambert naprawdę chciał wiedzieć, co skłania ją, by spędzała czas wolny, w taki sposób, jak to robiła. Postanowiła się pokusić na prawdę, a przynajmniej jej znaczną część, chociażby dlatego, że Lambert - jeśli to, co się o nim mówiło, było prawdą - był kimś, kto prawdopodobnie zrozumiałby jej motywację.
- Dziękuję za docenienie "atutów podarowanych mi przez naturę" - powiedziała w końcu. - Zdecydowanie pomagają mi w pracy, a w połączeniu z moją edukacją w... rozmaitych dziedzinach, ułatwiają mi ją tak bardzo, że w niektóre dni monety same wskakują mi do kieszeni.
Spojrzała Lambertowi w oczy i tym razem jej spojrzenie było wyjątkowo poważne. Gdy się odezwała, wypowiedziała tylko jedno słowo:
- Nuda.
Z pewnym trudem oderwała się od tych myśli i skupiła na teraźniejszości i jej rozmówcy. Próbując zatuszować swoje chwilowe rozkojarzenie, przybrała surową minę.
- Okłamał mnie pan, panie Gresk - powiedziała, po czym uśmiechnęła się promiennie. - Jak najbardziej jest pan mistrzem w sztuce prawienia komplementów. Niemal się rumienię.
Delikatnie wzięła filiżankę herbaty i - wciąż patrząc na Lamberta - upiła łyk.
- Rzeczywiście, bardzo dobra - przyznała. - Chciałabym ujść w pana oczach za ekspertkę od rozkoszowania się herbatą, jednak w tej materii zdałam się na wybór pańskiego służącego. Nie żałuję. - Kolejny śliczny i być może odrobinę dwuznaczny uśmiech - Mam nadzieję, że dobrze pan mu płaci, bo korci mnie, by go panu ukraść. I, oczywiście, proszę się mną nie przejmować i rozkoszować trunkiem.
Sarya wzięła oferowaną przez Lamberta spinkę w dwa palce, przyglądając się jej z wystudiowanym brakiem zainteresowania. Oczywiście, że ją rozpoznała - i to, wraz z dalszymi słowami mężczyzny wiele tłumaczyło - i wiedziała, że Lambert to wie, jednak nie mogła się powstrzymać, by nie odegrać przed nim komedii. Wszak czyż wielu mężczyzn nie uważało, że kobieta powinna chociaż przez chwilę się opierać, nawet jeśli chce ulec.
I bynajmniej nie dotyczyło to jedynie sfery romansu.
- Nie wiedziałam, że już doszliśmy do etapu prezentów z biżuterii - powiedziała. - Wspaniały prezent, jestem zachwycona. Idealnie trafił pan w mój gust; dokładnie taką bym sobie sama wybrała.
Uśmiech zniknął z ust Saryi, podczas gdy obracała w palcach spinkę. Po chwili włożyła ją we włosy.
- Cóż mogę powiedzieć - rzekła powoli. - Ametysty są po prostu śliczne. A pan Trest może i jest przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa... ale czasem i w pewnych sytuacjach zbyt wiele mówi.
Nawet mówiąc to, wiedziała, że nie jest to dostatecznie dobra odpowiedź. Wydawało jej się, że Lambert naprawdę chciał wiedzieć, co skłania ją, by spędzała czas wolny, w taki sposób, jak to robiła. Postanowiła się pokusić na prawdę, a przynajmniej jej znaczną część, chociażby dlatego, że Lambert - jeśli to, co się o nim mówiło, było prawdą - był kimś, kto prawdopodobnie zrozumiałby jej motywację.
- Dziękuję za docenienie "atutów podarowanych mi przez naturę" - powiedziała w końcu. - Zdecydowanie pomagają mi w pracy, a w połączeniu z moją edukacją w... rozmaitych dziedzinach, ułatwiają mi ją tak bardzo, że w niektóre dni monety same wskakują mi do kieszeni.
Spojrzała Lambertowi w oczy i tym razem jej spojrzenie było wyjątkowo poważne. Gdy się odezwała, wypowiedziała tylko jedno słowo:
- Nuda.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert nie krył uśmiechu, patrząc na Saryię i słuchając jej słów. Gdy jednak przytoczyła jego wypowiedź o atutach, o mało nie zakrztusił się przełykanym akurat koniakiem. Kaszlnął w zaciśniętą pięść.
- Proszę o wybaczenie tak niefortunnie dobranych słów! Mam nadzieję, że nie potraktowała pani wypowiedzi o atutach podarowanych przez naturę dwuznacznie. - Cały czas patrzył jej w oczy, nie pozwalając, by wzrok choćby na moment zjechał niżej. - Miałem na myśli rzadkie talenty połączone z ponadprzeciętną urodą. W żadnym wypadku nie chciałem koncentrować sedna wypowiedzi na jakiejkolwiek składowej tego ostatniego elementu.
Odłożył pusty już niemal kielich obok jej filiżanki z herbatą. Gdy pochylał się, by to zrobić, Sarya mogła wyczuć delikatną nutę korzennych perfum. Lambert pochylił się nieco bardziej nad stołem i sięgnął po jeden z leżących na blacie dokumentów - kartkę ukrytą dotąd pod jedną z map Nimnaros. Sądząc po pewnym ruchu Lamberta, mężczyzna doskonale wiedział, gdzie ją znajdzie - zupełnie, jak gdyby wcześniej sam przykrył ją innymi papierami.
- Nuda, pani Saryo - zaczął, prostując się i patrząc na dokument, którego zawartość pozostawała niewidoczna dla kobiety - jest matką niejednego znakomitego przedsięwzięcia. Jestem więcej niż rad, słysząc, że to właśnie ona pchnęła panią ku kolekcji ametystów pana Tresta. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale mam głęboką nadzieję, że także teraz doskwiera pani pewna... stagnacja. - Uśmiechnął się delikatnie, po czym wręczył jej dokument.
Sarya ujrzała szkic maski. Szkic, trzeba przyznać, wykonany całkiem sprawną ręką, choć daleki od rangi arcydzieła. Wystarczający jednak, by po karku kobiety przebiegł delikatny dreszcz.
Maska przedstawiała trupią czaszkę z wyłupaną częścią żuchwy. Z lewej strony czoła sterczało coś, co musiało być rogiem. Ponad wszelką wątpliwość, nie była to jednak zwierzęca czaszka - mimo pewnych różnic, z których róg był największą, była to niewątpliwie ludzka czaszka.
- Czy imię Kryttis coś pani mówi? - Lambert już się nie uśmiechał.
- Proszę o wybaczenie tak niefortunnie dobranych słów! Mam nadzieję, że nie potraktowała pani wypowiedzi o atutach podarowanych przez naturę dwuznacznie. - Cały czas patrzył jej w oczy, nie pozwalając, by wzrok choćby na moment zjechał niżej. - Miałem na myśli rzadkie talenty połączone z ponadprzeciętną urodą. W żadnym wypadku nie chciałem koncentrować sedna wypowiedzi na jakiejkolwiek składowej tego ostatniego elementu.
Odłożył pusty już niemal kielich obok jej filiżanki z herbatą. Gdy pochylał się, by to zrobić, Sarya mogła wyczuć delikatną nutę korzennych perfum. Lambert pochylił się nieco bardziej nad stołem i sięgnął po jeden z leżących na blacie dokumentów - kartkę ukrytą dotąd pod jedną z map Nimnaros. Sądząc po pewnym ruchu Lamberta, mężczyzna doskonale wiedział, gdzie ją znajdzie - zupełnie, jak gdyby wcześniej sam przykrył ją innymi papierami.
- Nuda, pani Saryo - zaczął, prostując się i patrząc na dokument, którego zawartość pozostawała niewidoczna dla kobiety - jest matką niejednego znakomitego przedsięwzięcia. Jestem więcej niż rad, słysząc, że to właśnie ona pchnęła panią ku kolekcji ametystów pana Tresta. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale mam głęboką nadzieję, że także teraz doskwiera pani pewna... stagnacja. - Uśmiechnął się delikatnie, po czym wręczył jej dokument.
Sarya ujrzała szkic maski. Szkic, trzeba przyznać, wykonany całkiem sprawną ręką, choć daleki od rangi arcydzieła. Wystarczający jednak, by po karku kobiety przebiegł delikatny dreszcz.
Maska przedstawiała trupią czaszkę z wyłupaną częścią żuchwy. Z lewej strony czoła sterczało coś, co musiało być rogiem. Ponad wszelką wątpliwość, nie była to jednak zwierzęca czaszka - mimo pewnych różnic, z których róg był największą, była to niewątpliwie ludzka czaszka.
- Czy imię Kryttis coś pani mówi? - Lambert już się nie uśmiechał.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Proszę się nie obawiać. – Sarya uśmiechnęła się do Lamberta. – Chyba właściwie zrozumiałam pana komentarz. Ale nawet, gdyby pan miał na myśli inne moje… atuty, nie obraziłoby mnie to w najmniejszym stopniu. Wbrew pozorom – tu uśmiechnęła się leciutko – nie jestem niewinną dziewicą, która oburzyłaby się na tego rodzaju komentarz. Zapewne zdaje pan sobie sprawę, że w mej pracy często muszę słuchać i mniej wyszukanych uwag… oraz wygłaszanych przez osoby z mniejszą od pańskiej ogładą.
I chociaż, idąc tu, Sarya postanowiła sobie, że nie będzie próbowała żadnych kobiecych sztuczek na Lambercie – i była zadowolona, że trzymała się tej decyzji, bo nie wyglądał on na kogoś, na kogo by działały – to teraz, by zagrać mu nieco na nosie uniosła ręce i przeciągnęła się, eksponując… atuty.
Zaraz jednak przestała. Po pierwsze, dlatego, że rozmowa zaczęła się robić poważna. Po drugie, dlatego, że w stroju, który założyła, eksponowanie czegokolwiek nie było zbyt łatwe.
- Nie ukrywam, że ostatnie parę tygodni upłynęło mi wyjątkowo spokojnie – powiedziała. – Sądzę, że „stagnacja” w rzeczy samej jest tu jak najbardziej właściwym słowem. Wygląda też – tu, w oczach Saryi znów zamigotały ogniki rozbawienia – że jest pan mężczyzną, który ma parę pomysłów na to, jak zabawić znudzoną kobietę.
Sarya oparła się wygodniej w krześle. Jej palce musnęły zaoferowaną wcześniej przez Lamberta spinkę do włosów. Rozmowa z Lambertem była dla Saryi prawdziwą przyjemnością, ale wiedziała, że – w przeciwieństwie do wielu innych mężczyzn – Lambert nie zaprosił jej tu dla przyjemności. Należało przejść do rzeczy.
- Przyznam, że jak na pierwszą randkę, to ta zaczęła się bardzo interesująco. Nie dość, że zostałam poczęstowana pyszną herbatą, dostałam taką śliczną spinkę, to jeszcze chyba nikt wcześniej nie pokazał mi równie interesujących rysunków. – Sarya uniosła podany jej dokument. - Nawet jeśli te rysunki są odrobinę makabryczne.
Zadumała się na chwilę. Kryttis… To mogło być jeszcze bardziej interesujące i emocjonujące niż się spodziewała.
- Z bogami mi niezbyt po drodze. – Ze wszystkich rzeczy, które Sarya powiedziała tego wieczora, to było największe kłamstwo, ale umiała kłamać a to zostało wypowiedziane pewnie, bez zająknięcia. – Jednak nawet ja słyszałam o Kryttisie. Gnijący. Pan Ciemności. Władca śmierci i pan żywych trupów. „Bądź grzeczną i porządną dziewczynką, albo Kryttis zabierze twoją duszę”. Często słyszałam takie ostrzeżenie, ale cóż… niezbyt się tym przejęłam i teraz pracuję tu, gdzie pracuję i czekam aż ten zły bóg porwie mojego ducha. – Ton Saryi nie pozostawiał złudzeń, że nie żałuje wyborów, które doprowadziły ją do tego miejsca.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Choć Lambert spoważniał nieco od momentu, gdy sięgnął po rysunek z maską, Sarya mogła z łatwością wyczytać w jego wyrazie twarzy, że ta rozmowa także jemu sprawia przyjemność.
Naturalnie, oboje zdawali sobie sprawę, że w ich środowisku gra pozorów i fałszywe sympatie to chleb powszedni, jednak... Czy całe życie tak nie wygląda, a wzajemna świadomość, że się zwodzi i jest się zwodzonym, może paradoksalnie stać się źródłem głębszej relacji?
- Cieszę się, pani Saryo, że pani duch jest póki co na swoim miejscu. Byłoby nieodżałowaną stratą, gdyby Kryttis zainteresował się nim teraz, pozbawiając nas sposobności ku kolejnej randce. - Uśmiech. Szczery? Raczej tak.
Odsunął sobie krzesło stojące przy dłuższej krawędzi stołu i usiadł na nim tak, że teraz od Saryi dzielił go raptem metr.
- Maska - podjął po chwili Lambert - jest cenna. To jeden z nielicznych egzemplarzy zachowanych w tak dobrym stanie. Z pewnością jedyny taki w okolicach Nimnaros. Jak pewnie się pani domyśla, oznacza to, że cieszy się ona zainteresowaniem wielu osób. Nie jestem jednak pewien, ile z nich zdaje sobie sprawę, czym maska jest naprawdę i ile jest warta.
Przerwał na chwilę, by dać kobiecie zrozumieć, jak wysoka może być stawka.
- Chciałbym zaproponować pani współpracę. Jej celem, jak się zapewne pani domyśla, jest wejście w posiadanie tego przedmiotu. Bez wydawania na to zawrotnej kwoty - dodał z uśmiechem. - Z powodów, które będę mógł przedstawić, jeśli się pani zgodzi, decyzja jest niestety dość nagląca. Najlepiej, gdyby podjęła ją pani, zanim Taler pojawi się z propozycją dolewki herbaty. Oczywiście, jeśli ma pani jakieś pytania, odpowiem w miarę możliwości.
Położył dłoń na stole i wbił wzrok w paznokcie. Jeśli Sarya chciała do tej pory zgrywać słodką kochankę, tym razem Lambert poszedł w jej ślady - wyglądał jak nieśmiały zalotnik, który właśnie wyznał swoje uczucia ukochanej i bał się spojrzeć jej w oczy, zlękniony, że ujrzy w nich odmowę.
Naturalnie, oboje zdawali sobie sprawę, że w ich środowisku gra pozorów i fałszywe sympatie to chleb powszedni, jednak... Czy całe życie tak nie wygląda, a wzajemna świadomość, że się zwodzi i jest się zwodzonym, może paradoksalnie stać się źródłem głębszej relacji?
- Cieszę się, pani Saryo, że pani duch jest póki co na swoim miejscu. Byłoby nieodżałowaną stratą, gdyby Kryttis zainteresował się nim teraz, pozbawiając nas sposobności ku kolejnej randce. - Uśmiech. Szczery? Raczej tak.
Odsunął sobie krzesło stojące przy dłuższej krawędzi stołu i usiadł na nim tak, że teraz od Saryi dzielił go raptem metr.
- Maska - podjął po chwili Lambert - jest cenna. To jeden z nielicznych egzemplarzy zachowanych w tak dobrym stanie. Z pewnością jedyny taki w okolicach Nimnaros. Jak pewnie się pani domyśla, oznacza to, że cieszy się ona zainteresowaniem wielu osób. Nie jestem jednak pewien, ile z nich zdaje sobie sprawę, czym maska jest naprawdę i ile jest warta.
Przerwał na chwilę, by dać kobiecie zrozumieć, jak wysoka może być stawka.
- Chciałbym zaproponować pani współpracę. Jej celem, jak się zapewne pani domyśla, jest wejście w posiadanie tego przedmiotu. Bez wydawania na to zawrotnej kwoty - dodał z uśmiechem. - Z powodów, które będę mógł przedstawić, jeśli się pani zgodzi, decyzja jest niestety dość nagląca. Najlepiej, gdyby podjęła ją pani, zanim Taler pojawi się z propozycją dolewki herbaty. Oczywiście, jeśli ma pani jakieś pytania, odpowiem w miarę możliwości.
Położył dłoń na stole i wbił wzrok w paznokcie. Jeśli Sarya chciała do tej pory zgrywać słodką kochankę, tym razem Lambert poszedł w jej ślady - wyglądał jak nieśmiały zalotnik, który właśnie wyznał swoje uczucia ukochanej i bał się spojrzeć jej w oczy, zlękniony, że ujrzy w nich odmowę.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sarya nie było zbyt zaskoczona tym, że Lambert chce ją zaprosić do udziału w skoku. Bardziej ją zaskoczyło, że wymagał odpowiedzi natychmiast. Raz już się zgodziła zbyt szybko na pewną ofertę i konsekwencje tego wyboru odczuwała do dziś. Najpierw trzeba było zyskać na czasie.
- Wejście w posiadanie tego przedmiotu bez wydawania na to zawrotnej kwoty? - zapytała, akcentując drugą część zdania. - A nasza randka upływała w tak miłej atmosferze. Mam nadzieję, że nie zasugerował pan właśnie, że jestem... tania? Albo, co gorsza, nie wyraził nadziei, że... oddaję się... za darmo? Może czasem, dla przyjemności... ale rzadko po tak krótkiej znajomości.
Prawdę mówiąc ten Lambert był kimś, komu Sarya rozważyłaby oddanie się - rozmaicie rozumiane - za darmo nawet i po krótkiej znajomości. Ale nie miała zamiaru dać tego po sobie poznać.
- Nuda nudą, ale żadnych usług nie dostarczam za darmo - dodała więc, uśmiechając się lekko. - Dziewczyna za coś musi jeść... plus to też kwestia szacunku. Chociażby do siebie.
- Oczywiście pierwszym pytaniem, które mi przychodzi do głowy jest: czy jeśli odmówię, to pozwoli mi pan wyjść z potencjalnie szkodliwą dla pana wiedzą czy raczej postanowi mi to uniemożliwić... mniej lub bardziej drastycznymi metodami. - Sarya wbiła wzrok w oczy Lamberta. - W takiej sytuacji, naturalnie, pozostałoby mi tylko się zgodzić na współpracę, ale czy mógłby mi pan zaufać? I czy ja mogłabym zaufać panu, że mogę odmówić i odejść?
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Gdy Lambert podniósł wzrok na Saryię, w jego oczach nie skrzyły się już wesołe ogniki. Kobieta dostrzegła w jego twarzy zgoła odmienne uczucie - smutek.
- Obawiałem się, że to pytanie padnie. Muszę jednak przyznać, że z każdą minutą naszej rozmowy czułem, że odpowiedź na nie sprawi mi coraz większy ból.
Zamilkł na chwilę, dając Saryi czas na zrozumienie tych słów.
- Taler to dobry chłopak. Ręce mu nie drżą, gdy nosi naczynia, potrafi zająć gości niezobowiązującą rozmową, a do tego nie ma rodziny, więc jest dla mnie dostępny właściwie bez żadnej przerwy. Ale żadna z tych zalet nie jest tym, co cenię w nim najbardziej.
Pochylił się i delikatnym ruchem sięgnął po filiżankę, na dnie której wciąż pozostała jeszcze resztka herbaty. Uniósł naczynie do twarzy i powąchał.
- Taler to perfekcjonista. Jak nikt potrafi ukryć w napoju truciznę, sprawiając, że dla nieświadomego gościa będzie ona właściwie niewyczuwalna. A przy tym, jak przystało na specjalistę w swoim fachu, potrafi przygotować antidotum na każdą z trucizn, które ma w swoim arsenale.
Ostrożnie odłożył filiżankę.
- Gdyby to pytanie nie padło, nigdy pani by się o tym nie dowiedziała. Prędzej czy później tego wieczoru udałoby mi się poczęstować panią koniakiem, zawierającym odtrutkę. W mniej lub bardziej randkowych okolicznościach - dodał, jednak bez uśmiechu. - Wyszłaby pani stąd, niczego nie podejrzewając. Skoro jednak pytanie padło, cóż. Obawiam się, że jeśli pani stąd wyjdzie, ta buteleczka pozostanie zakorkowana. - Spojrzał w stronę naczynia, z którego pił już tego wieczoru.
Westchnął.
A potem uśmiechnął się. Najpierw delikatnie, potem szeroko. Za chwilę śmiał się już w głos, odchylając się na krześle.
- Żartuję. Piękną zrobiła pani minę, pani Saryo. Rzeczywiście mi pani uwierzyła, czy jest pani tak wytrawną aktorką? Nie, proszę nie mówić.
Uspokoił się i przesunął filiżankę z powrotem w stronę kobiety.
- W każdej chwili może pani stąd wyjść. Bez żadnych konsekwencji. Jedyne, co może pani stracić to okazja, by napić się dolewki tej wyśmienitej herbaty oraz... By nieźle zarobić. Kiedy mówiłem o pozyskaniu maski za darmo, nie miałem na myśli wykorzystania pani talentów bez należytej opłaty. Chodziło mi jedynie o pominięcie w całym... akcie płatności dla obecnego posiadacza tego artefaktu. O swoją dolę nie musi się pani obawiać. Szanuję i doceniam fachowców.
- Obawiałem się, że to pytanie padnie. Muszę jednak przyznać, że z każdą minutą naszej rozmowy czułem, że odpowiedź na nie sprawi mi coraz większy ból.
Zamilkł na chwilę, dając Saryi czas na zrozumienie tych słów.
- Taler to dobry chłopak. Ręce mu nie drżą, gdy nosi naczynia, potrafi zająć gości niezobowiązującą rozmową, a do tego nie ma rodziny, więc jest dla mnie dostępny właściwie bez żadnej przerwy. Ale żadna z tych zalet nie jest tym, co cenię w nim najbardziej.
Pochylił się i delikatnym ruchem sięgnął po filiżankę, na dnie której wciąż pozostała jeszcze resztka herbaty. Uniósł naczynie do twarzy i powąchał.
- Taler to perfekcjonista. Jak nikt potrafi ukryć w napoju truciznę, sprawiając, że dla nieświadomego gościa będzie ona właściwie niewyczuwalna. A przy tym, jak przystało na specjalistę w swoim fachu, potrafi przygotować antidotum na każdą z trucizn, które ma w swoim arsenale.
Ostrożnie odłożył filiżankę.
- Gdyby to pytanie nie padło, nigdy pani by się o tym nie dowiedziała. Prędzej czy później tego wieczoru udałoby mi się poczęstować panią koniakiem, zawierającym odtrutkę. W mniej lub bardziej randkowych okolicznościach - dodał, jednak bez uśmiechu. - Wyszłaby pani stąd, niczego nie podejrzewając. Skoro jednak pytanie padło, cóż. Obawiam się, że jeśli pani stąd wyjdzie, ta buteleczka pozostanie zakorkowana. - Spojrzał w stronę naczynia, z którego pił już tego wieczoru.
Westchnął.
A potem uśmiechnął się. Najpierw delikatnie, potem szeroko. Za chwilę śmiał się już w głos, odchylając się na krześle.
- Żartuję. Piękną zrobiła pani minę, pani Saryo. Rzeczywiście mi pani uwierzyła, czy jest pani tak wytrawną aktorką? Nie, proszę nie mówić.
Uspokoił się i przesunął filiżankę z powrotem w stronę kobiety.
- W każdej chwili może pani stąd wyjść. Bez żadnych konsekwencji. Jedyne, co może pani stracić to okazja, by napić się dolewki tej wyśmienitej herbaty oraz... By nieźle zarobić. Kiedy mówiłem o pozyskaniu maski za darmo, nie miałem na myśli wykorzystania pani talentów bez należytej opłaty. Chodziło mi jedynie o pominięcie w całym... akcie płatności dla obecnego posiadacza tego artefaktu. O swoją dolę nie musi się pani obawiać. Szanuję i doceniam fachowców.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Przez chwilę panowała absolutna cisza. Oczywiście Lambert mógł kłamać o tym, że opowieść o truciźnie i odtrutce była kłamstwem. To co mówił, że może odejść, mogło również być kłamstwem. Bez wątpienia był wyśmienitym oszustem. Sarya, która sama doskonale kłamała i była niezła jeśli chodzi o widzeniu poprzez łgarstwa innych, nie miała pojęcia, co jest prawdą.
Lambert mógł nawet planować pozbyć się jej, jak już dokonają kradzieży.
Ta niepewność sprawiała, że Sarya wspaniale się bawiła. Wielu by uznało, że jest szalona, ale uwielbiała kłamstwa i maski, nie tylko u siebie, ale u innych. Zgadywanie motywów, gra cieni i pozorów... czasem sądziła, że to nadaje jej życiu sens.
Sarya roześmiała się donośnym, perlistym śmiechem, nie zasłaniając nawet ust, by śmiać się delikatnie jak przystawało damie... a być może to też była tylko gra?
- Mężczyzna, który prosi kobietę, by zachowała swe tajemnice, zamiast nalegać, by je wyjawiła? I jak mogłabym komuś takiemu odmówić? - powiedziała w końcu. - Ale owszem, mam wiele pytań.
Zaczęła wyliczać na palcach:
- Na jakim etapie jest cała operacja? Czy ma pan plany budynku i zabezpieczeń, czy dopiero należy je zdobyć? Czy operacja musi być przeprowadzona przed jakąś konkretną datą? Czy przedmiot jest silnie magiczny? - Zmiana ręki. - Jeśli tak, czy musimy być jakoś specjalnie przygotowani do przetransportowania go? - przeszła na "my", przejęzyczenie spowodowanem nadmiernym entuzjazmem, czy tylko chciała, by Lambert tak myślał? - Jakie środki właściciel ma do dyspozycji, by spróbować odzyskać zgubę? Czy będzie w stanie namierzyć przedmiot za pomocą magii? Czy jest pod czyjąś ochroną? Czy mamy człowieka w środku? Jeśli nie, to czy mamy pomysł, jak go tam umieścić?
Sarya pochyliła się do przodu.
- I być może najważniejsze pytanie - powiedziała. - Na ile osób to jest skok? Wspominał pan o innych zaproszonych. O kim mówimy? Domyślam się, że jeśli są to osoby wybrane przez pana, to są to tylko najlepsi profesjonaliści.
Spojrzała na pustą filiżankę.
- Wygląda na to, że rozmowa może jeszcze chwilę potrwać - powiedziała. - Czy byłoby narzucaniem się, gdybym poprosiła o dolewkę trucizny? - mrugnęła do Lamberta. - To znaczy herbaty. A jeśli nie chce pan angażować pana Talera, to wystarczyłaby mi szklanka wody.
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon raźno wmaszerował na podwórze i minął jabłoń, pod którą zresztą nie raz zdarzało mu się zbijać bąki.
Uśmiechnął się, bo i czemu miał się nie uśmiechać. Późne popołudnie, Dzielnica Wysoka, stężenie alkoholu we krwi w sam raz, kamienica ładna, choć Lambert upierał się, że niewyróżniająca się. Jakby wiedział, jak trudno jest zbudować piękną kamienicę, która nie będzie groteskowa i wpasuje się do sąsiedztwa.
Ścisnął silniej teczkę pod pachą i wspiął się po schodach. Przy drzwiach pukaniem się nie trudził, tylko nacisnął klamkę i wszedł do mieszkania.
- Dobry wieczór, Taler - przywitał się, mijając i nie zaszczycając chłopca spojrzeniem. - Och, nie kłopocz się, proszę.
Pozostawił Talera w korytarzu z ustami otwartymi pod lichym wąsem i rękami wyciągnietymi po płaszcz, którego Jon oddawać chwilowo nie zamierzał.
Wparował do salonu, choć tym razem zaanonsował się krótką sekwencją uderzeń knykciami w drzwi i skierował się prosto w kąt, by zająć się brzękliwym przeglądem butelek. Jon miał świadomość, że wśród arystokracji i tych, którzy w jakiś sposób pragną do jej kręgów dołączyć istnieje pewne przeświadczenie, że kosmpolityczne podejście do życia jest teraz modne i właściwe. Sam Jon uważał je jednak za małostkowe. Po co być obywatelem świata, skoro można być jego gospodarzem? A Jon wszędzie czuł się jak u siebie.
- Dobry wieczór, Lambert - powiedział, nalewając sobie wina, które finalnie wybrał na chybił, trafił. Obejrzał się i widząc, jak nieznane mu mapy, czy też inne papierzyska, rzucają podejrzany blask na twarz gospodarza, odezwał się, bez przekąsu - promieniejesz.
Dopiero teraz zauważył stojącą przy nim kobietę. Ach, trzeba było pozwolić Talerowi się wprowadzić. Niepotrzebnie, tak jak do siebie zawsze, ale jak inaczej, skoro miejsce znajome, meble, twarze, wszystko znajome, po co udawać, ale jak nie udawać, a i czego nie udawać?
Galop myśli nawet cieniem nie odbił się na uprzejmym uśmiechu Jona, który wpatrywał się intensywnie, choć nie nachalnie w piękną i jakby znajomą twarz.
- Tu są dokumenty, o które prosiłeś - powiedział, zwracając się z powrotem do Lamberta, kładąc teczkę na blacie, gdzie znalazł kawałek wolnej przestrzeni, by je odłożyć, zapomnieć zupełnie o papierach, o planach, o tajnych zgodach, za którymi musiał się nachodzić, oj musiał, czasem pogrozić, czasem przyjść nocą, raz prawie powoływać się na nieistniejące uprawnienia, a czasem być po prostu miłym. I gdy tylko opasły plik dokumentów opuścił przytulną przystań jego szczupłych palców, opuścił nieodwołalnie, odcumował i odpłynął z jego myśli i głowy, która już na inny tor skręciła. - Nie będę cię zanudzał, w jaki sposób weszły w moje posiadanie. Nie jest to historia, o której bardowie będą śpiewać za tysiąc lat.
Po czym odrywając spojrzenie od gospodarza, spojrzał na Saryę, choć widział, że już między nimi skrzy, że tylko parę słów niewypowiedzianych wisi w powietrzu, wisi między spojrzeniami. Ale cóż to była za różnica?
- Natomiast, nie zdziwiłbym się, gdyby o pani, bardowie układali pieśni i za całe eony - Jon, podświadomie wiedział, że coś przerwał, że wszedł w trakcie, ale cóż to mogło być aż tak ważnego, tak istotnego, że przerwać, nie można, skoro bez niego się odbywało? Nic ważnego, najzupełniej istotności dopiero teraz mogło nabrać. - Przedstawisz nas?
Uśmiechnął się, bo i czemu miał się nie uśmiechać. Późne popołudnie, Dzielnica Wysoka, stężenie alkoholu we krwi w sam raz, kamienica ładna, choć Lambert upierał się, że niewyróżniająca się. Jakby wiedział, jak trudno jest zbudować piękną kamienicę, która nie będzie groteskowa i wpasuje się do sąsiedztwa.
Ścisnął silniej teczkę pod pachą i wspiął się po schodach. Przy drzwiach pukaniem się nie trudził, tylko nacisnął klamkę i wszedł do mieszkania.
- Dobry wieczór, Taler - przywitał się, mijając i nie zaszczycając chłopca spojrzeniem. - Och, nie kłopocz się, proszę.
Pozostawił Talera w korytarzu z ustami otwartymi pod lichym wąsem i rękami wyciągnietymi po płaszcz, którego Jon oddawać chwilowo nie zamierzał.
Wparował do salonu, choć tym razem zaanonsował się krótką sekwencją uderzeń knykciami w drzwi i skierował się prosto w kąt, by zająć się brzękliwym przeglądem butelek. Jon miał świadomość, że wśród arystokracji i tych, którzy w jakiś sposób pragną do jej kręgów dołączyć istnieje pewne przeświadczenie, że kosmpolityczne podejście do życia jest teraz modne i właściwe. Sam Jon uważał je jednak za małostkowe. Po co być obywatelem świata, skoro można być jego gospodarzem? A Jon wszędzie czuł się jak u siebie.
- Dobry wieczór, Lambert - powiedział, nalewając sobie wina, które finalnie wybrał na chybił, trafił. Obejrzał się i widząc, jak nieznane mu mapy, czy też inne papierzyska, rzucają podejrzany blask na twarz gospodarza, odezwał się, bez przekąsu - promieniejesz.
Dopiero teraz zauważył stojącą przy nim kobietę. Ach, trzeba było pozwolić Talerowi się wprowadzić. Niepotrzebnie, tak jak do siebie zawsze, ale jak inaczej, skoro miejsce znajome, meble, twarze, wszystko znajome, po co udawać, ale jak nie udawać, a i czego nie udawać?
Galop myśli nawet cieniem nie odbił się na uprzejmym uśmiechu Jona, który wpatrywał się intensywnie, choć nie nachalnie w piękną i jakby znajomą twarz.
- Tu są dokumenty, o które prosiłeś - powiedział, zwracając się z powrotem do Lamberta, kładąc teczkę na blacie, gdzie znalazł kawałek wolnej przestrzeni, by je odłożyć, zapomnieć zupełnie o papierach, o planach, o tajnych zgodach, za którymi musiał się nachodzić, oj musiał, czasem pogrozić, czasem przyjść nocą, raz prawie powoływać się na nieistniejące uprawnienia, a czasem być po prostu miłym. I gdy tylko opasły plik dokumentów opuścił przytulną przystań jego szczupłych palców, opuścił nieodwołalnie, odcumował i odpłynął z jego myśli i głowy, która już na inny tor skręciła. - Nie będę cię zanudzał, w jaki sposób weszły w moje posiadanie. Nie jest to historia, o której bardowie będą śpiewać za tysiąc lat.
Po czym odrywając spojrzenie od gospodarza, spojrzał na Saryę, choć widział, że już między nimi skrzy, że tylko parę słów niewypowiedzianych wisi w powietrzu, wisi między spojrzeniami. Ale cóż to była za różnica?
- Natomiast, nie zdziwiłbym się, gdyby o pani, bardowie układali pieśni i za całe eony - Jon, podświadomie wiedział, że coś przerwał, że wszedł w trakcie, ale cóż to mogło być aż tak ważnego, tak istotnego, że przerwać, nie można, skoro bez niego się odbywało? Nic ważnego, najzupełniej istotności dopiero teraz mogło nabrać. - Przedstawisz nas?
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert z uwagą wsłuchiwał się w wypluwane jednym tchem pytania. Z każdym kolejnym zawieszonym w powietrzu znakiem zapytania upewniał się, że wybrał właściwie. Każdy kolejny wyprostowany przez Saryę palec dowodził jej profesjonalizmu.
Najważniejsze pytanie padło jednak dopiero na końcu. Gdy zapytała o dolewkę, dając tym samym do zrozumienia, że nie zerwie się zaraz i nie wyjdzie. Wtedy Lambert pozwolił sobie na kolejny tego wieczoru uśmiech.
Wstał i podszedł do uchylonych drzwi. Wystawił głowę na korytarz. Sarya nie słyszała dokładnie, wyłapała jednak imię Talera oraz słowo opuncja.
- Herbata niedługo będzie gotowa. Tymczasem postaram się odpowiedzieć na te z pani pytań, na które znam już odpowiedzi. - Odwrócił się i powoli ruszył z powrotem w stronę stołu. Minął Saryę i stanął obok butelki z koniakiem i swojego kieliszka. - Może jednak uda mi się nakłonić panią, by skusiła się na coś mocniejszego? - zapytał, wyjmując korek z szyjki.
- Chcę być z panią zupełnie szczery - zaczął. Oboje wiedzieli jak brzmią te słowa. Oboje wiedzieli, że musiały paść. - Operacja, jak pięknie nazwała pani nasze przedsięwzięcie, jest jednocześnie na etapie wstępnym i zaawansowanym. Już tłumaczę - dodał szybko widząc jej uniesioną brew. - O tym, że maska jest w Nimnaros, dowiedziałem się przed kilkoma dniami. Natychmiast podjąłem odpowiednie kroki, między innymi kontaktując się z panią. To jednak, choć pani obecność z pewnością uświetni naszą… operację… nie było jedynym, co zrobiłem. Udało mi się zebrać trochę informacji.
Odłożył butelkę i zatoczył ręką szeroki krąg nad zawalonym papierami stołem.
- Maska trafiła tu z dalekiego południa. Niestety, dowiedziałem się o tym zbyt późno, by przechwycić ją w transporcie. To byłoby zdecydowanie najłatwiejsze. Jej poprzedni właściciel musiał nie zdawać sobie sprawy z tego, w czego jest posiadaniu, skoro zdecydował się jej pozbyć. Ostatecznie sprawy mają się jednak tak, że maska dotarła szczęśliwie do posiadłości pana Vincenta Flattera. Z pewnością pani o nim słyszała.
To nazwisko rzeczywiście obiło się Saryi o uszy. Vincent Flatter był jednym z bardziej cenionych przedsiębiorców w Nimnaros. Zaczynał jako bankier, jednak gdy nadeszły trudne czasy, zrozumiał, że należy się przebranżowić. Wtedy też otworzył Dom Aukcyjny Flattera, który szybko zyskał w mieście dużą renomę. Od lat to właśnie tam toczyły się najbardziej zażarte licytacje o największe stawki. Trzeba przyznać Flatterowi, że jak nikt potrafił zbudować zainteresowanie licytowanymi towarami. Na salonach śmiano się, że nawet własną teściową sprzedałby z zyskiem.
- Reszty historii jest pewnie się pani domyślić. Maska jest obecnie u Flattera. Jutro w południe trafi na aukcję, gdzie z pewnością zostanie sprzedana. Niestety, nie umiem przewidzieć, do kogo trafi. Stąd też zdaje się, że na jej przechwycenie mamy dwie możliwości. Możemy wykraść ją z posiadłości Flattera lub pokusić się na skok w biały dzień, podczas licytacji. Oba rozwiązania mają swoje plusy, w obu łatwo dostrzec potencjalne zagrożenia.
Zawiesił głos, by dać Saryi przetrawić te informacje. W samą porę, by usłyszeć dźwięki z korytarza.
- Wspomniałem, że mogę nie potrafić odpowiedzieć na wszystkie pani pytania. Odpowiedzi, których mi brakowało, chyba właśnie nadeszły.
I faktycznie - odpowiedzi wparowały do pomieszczenia wraz z Jonem. Zaraz za nim szedł Taler. W rękach miał parujący imbryk, a na twarzy zakłopotanie. Wymienił z Lambertem porozumiewawcze spojrzenie za plecami Jona, nalał herbaty do filiżanki stojącej przed Saryą i ulotnił się, zanim ktokolwiek zdołał go zaczepić. Najwyraźniej długie tygodnie, w czasie których Jon stał się częstym gościem tego mieszkania nie wystarczyły, by miłujący porządek i dobre wychowanie sługa zdołał przywyknąć do nieokrzesanego temperamentu strażnika miejskiego.
Lambert powitał Jona szerokim uśmiechem. W pierwszym odruchu zamierzał ruszyć do barku po kieliszek dla niego, ale oficer straży wyminął go i sam się obsłużył. Lambert nie miał nic przeciwko.
- Dobrze cię widzieć, Jon - powiedział. - Cieszę się, że humor ci dopisuje. Poznaj proszę panią Saryę. Jest głęboko zainteresowana naszą… operacją. - Puścił Saryi oko. - Pani Saryo, ten pan to Jon Kubitza von Craco. Źródło odpowiedzi na pytania, które przed chwilą pani zadała.
Pochylił się nad dostarczonymi przez Jona dokumentami. Przejrzał papiery i wręczył je Saryi.
- Wyśmienicie. Plan budynku, w którym mieści się Dom Aukcyjny Flattera. Rozumiem, że nie udało ci się zdobyć planów jego willi, Jon? - zapytał, ale w jego głosie próżno było doszukiwać się rozczarowania. - Nic dziwnego. Gdy ją budowali, mało kto myślał o archiwizacji tego typu dokumentacji. Wspomniałeś za to, że ogrodnik Flattera ma u ciebie dług. Rozwiej, proszę, wątpliwości pani Saryi. Czy możemy założyć, że mamy swojego człowieka na miejscu?
Zamilkł i omiótł spojrzeniem dwójkę swoich gości. Uniósł kieliszek do ust, w duchu delektując się tą chwilą. Był niezwykle ciekaw, co wyniknie ze zderzenia tych temperamentów.
Najważniejsze pytanie padło jednak dopiero na końcu. Gdy zapytała o dolewkę, dając tym samym do zrozumienia, że nie zerwie się zaraz i nie wyjdzie. Wtedy Lambert pozwolił sobie na kolejny tego wieczoru uśmiech.
Wstał i podszedł do uchylonych drzwi. Wystawił głowę na korytarz. Sarya nie słyszała dokładnie, wyłapała jednak imię Talera oraz słowo opuncja.
- Herbata niedługo będzie gotowa. Tymczasem postaram się odpowiedzieć na te z pani pytań, na które znam już odpowiedzi. - Odwrócił się i powoli ruszył z powrotem w stronę stołu. Minął Saryę i stanął obok butelki z koniakiem i swojego kieliszka. - Może jednak uda mi się nakłonić panią, by skusiła się na coś mocniejszego? - zapytał, wyjmując korek z szyjki.
- Chcę być z panią zupełnie szczery - zaczął. Oboje wiedzieli jak brzmią te słowa. Oboje wiedzieli, że musiały paść. - Operacja, jak pięknie nazwała pani nasze przedsięwzięcie, jest jednocześnie na etapie wstępnym i zaawansowanym. Już tłumaczę - dodał szybko widząc jej uniesioną brew. - O tym, że maska jest w Nimnaros, dowiedziałem się przed kilkoma dniami. Natychmiast podjąłem odpowiednie kroki, między innymi kontaktując się z panią. To jednak, choć pani obecność z pewnością uświetni naszą… operację… nie było jedynym, co zrobiłem. Udało mi się zebrać trochę informacji.
Odłożył butelkę i zatoczył ręką szeroki krąg nad zawalonym papierami stołem.
- Maska trafiła tu z dalekiego południa. Niestety, dowiedziałem się o tym zbyt późno, by przechwycić ją w transporcie. To byłoby zdecydowanie najłatwiejsze. Jej poprzedni właściciel musiał nie zdawać sobie sprawy z tego, w czego jest posiadaniu, skoro zdecydował się jej pozbyć. Ostatecznie sprawy mają się jednak tak, że maska dotarła szczęśliwie do posiadłości pana Vincenta Flattera. Z pewnością pani o nim słyszała.
To nazwisko rzeczywiście obiło się Saryi o uszy. Vincent Flatter był jednym z bardziej cenionych przedsiębiorców w Nimnaros. Zaczynał jako bankier, jednak gdy nadeszły trudne czasy, zrozumiał, że należy się przebranżowić. Wtedy też otworzył Dom Aukcyjny Flattera, który szybko zyskał w mieście dużą renomę. Od lat to właśnie tam toczyły się najbardziej zażarte licytacje o największe stawki. Trzeba przyznać Flatterowi, że jak nikt potrafił zbudować zainteresowanie licytowanymi towarami. Na salonach śmiano się, że nawet własną teściową sprzedałby z zyskiem.
- Reszty historii jest pewnie się pani domyślić. Maska jest obecnie u Flattera. Jutro w południe trafi na aukcję, gdzie z pewnością zostanie sprzedana. Niestety, nie umiem przewidzieć, do kogo trafi. Stąd też zdaje się, że na jej przechwycenie mamy dwie możliwości. Możemy wykraść ją z posiadłości Flattera lub pokusić się na skok w biały dzień, podczas licytacji. Oba rozwiązania mają swoje plusy, w obu łatwo dostrzec potencjalne zagrożenia.
Zawiesił głos, by dać Saryi przetrawić te informacje. W samą porę, by usłyszeć dźwięki z korytarza.
- Wspomniałem, że mogę nie potrafić odpowiedzieć na wszystkie pani pytania. Odpowiedzi, których mi brakowało, chyba właśnie nadeszły.
I faktycznie - odpowiedzi wparowały do pomieszczenia wraz z Jonem. Zaraz za nim szedł Taler. W rękach miał parujący imbryk, a na twarzy zakłopotanie. Wymienił z Lambertem porozumiewawcze spojrzenie za plecami Jona, nalał herbaty do filiżanki stojącej przed Saryą i ulotnił się, zanim ktokolwiek zdołał go zaczepić. Najwyraźniej długie tygodnie, w czasie których Jon stał się częstym gościem tego mieszkania nie wystarczyły, by miłujący porządek i dobre wychowanie sługa zdołał przywyknąć do nieokrzesanego temperamentu strażnika miejskiego.
Lambert powitał Jona szerokim uśmiechem. W pierwszym odruchu zamierzał ruszyć do barku po kieliszek dla niego, ale oficer straży wyminął go i sam się obsłużył. Lambert nie miał nic przeciwko.
- Dobrze cię widzieć, Jon - powiedział. - Cieszę się, że humor ci dopisuje. Poznaj proszę panią Saryę. Jest głęboko zainteresowana naszą… operacją. - Puścił Saryi oko. - Pani Saryo, ten pan to Jon Kubitza von Craco. Źródło odpowiedzi na pytania, które przed chwilą pani zadała.
Pochylił się nad dostarczonymi przez Jona dokumentami. Przejrzał papiery i wręczył je Saryi.
- Wyśmienicie. Plan budynku, w którym mieści się Dom Aukcyjny Flattera. Rozumiem, że nie udało ci się zdobyć planów jego willi, Jon? - zapytał, ale w jego głosie próżno było doszukiwać się rozczarowania. - Nic dziwnego. Gdy ją budowali, mało kto myślał o archiwizacji tego typu dokumentacji. Wspomniałeś za to, że ogrodnik Flattera ma u ciebie dług. Rozwiej, proszę, wątpliwości pani Saryi. Czy możemy założyć, że mamy swojego człowieka na miejscu?
Zamilkł i omiótł spojrzeniem dwójkę swoich gości. Uniósł kieliszek do ust, w duchu delektując się tą chwilą. Był niezwykle ciekaw, co wyniknie ze zderzenia tych temperamentów.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Dziękuję za ofertę - powiedziała do Lamberta, patrząc na butelkę koniaku. - Chętnie napiję się, jak już będziemy świętować sukces naszej operacji.
Wydarzenia nabrały tempa, gdy do pokoju wpadł urodziwy mężczyzna, a za nim wszedł niezawodny Taler.
- Przepyszna trucizna! - Sarya zdążyła jedynie zawołać za tym drugim, nim zamknął za sobą drzwi.
Zaraz jednak skupiła całą uwagę na nowoprzybyłym. Ciekawe co było w nim takiego, że Taler tak starał się go unikać? Wydawał się znajomy, zwłaszcza, że chyba niewielu w mieście było równie przystojnych mężczyzn. Nawet nie przystojnych - raczej ładnych. Pasowałby do Domu Urody, zarówno jako klient jak i pracownik.
Otaksowała wzrokiem jego postać, ubiór, posturę. Coś w nim przywodziło na myśl żołnierza, ale nie do końca. Zresztą Nimnaros nie miało armii. Strażnik? Oficer? Ale coś się w tym nie zgadzało. Może źle na to patrzyła? Może to był raczej jakiś szlachcic?
Wstała - jakżeby inaczej - pełnym gracji ruchem. Patrząc na Jona, wyciągnęła rękę.
- Niezmiernie mi miło pana poznać, panie von Craco - powiedziała. - Widzę, panie Gresk, że pana przyjaciele są równie dobrze wychowani i szarmanccy jak pan. Wolałabym jednak, by bardowie powstrzymali się z śpiewaniem na temat mojego udziału w tym przedsięwzięciu. Wygląda ono na jedno z tych, które lepiej przeprowadzić tak, by nasze tożsamości pozostały nieznane.
Usiadła powoli.
- Widzę, że nasza kompania staje się coraz bardziej doborowa i aż czuję jak szanse naszego sukcesu rosną. Już nie mogę się doczekać aż wszyscy poznamy się lepiej w trakcie realizacji przedsięwzięcia - powiedziała, nie spuszczając Jona z oczu. - A więc, panie von Craco, zamieniam się w słuch. Proszę obnażyć przede mną sekrety i słabości naszego celu.
Wyczekując odpowiedzi, Sarya intensywnie myślała. Zachowanie Jona jednoznacznie wskazywało, że był częstym gościem u Lamberta. Zakładałą wcześniej, że wszyscy biorący udział w skoku będą zwerbowani na tych zasadach, co i ona - dostrzeżeni przez Lamberta, ale bliżej mu nie znani. Fakt, że Jon zdawał się być już w komitywnie z jej nowym pracodawcą zmartwił Saryę. Szanse na to, że Lambert postanowi się jej pozbyć po przeprowadzeniu akcji właśnie wzrosły, a jej szanse na to, by znalazła sojuszników wśród innych biorących udział w operacji jednocześnie spadły.
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon zacisnął delikatnie palce na szczupłej wyciągniętej ku niemu dłoni i musnął wargami ciemną skórę, wciągając jej zapach.
- Pani Saryo? - powtórzył Jon, prostując się i prostując się dumnie, naturalnie, po oficersku, świdrując wzrokiem kobietę. - Ileż serc pękniętych zostać musiało, niefrasobliwie odrzuconych - oderwał wzrok i spojrzał na Lamberta. - Czy też może przejęzycznie tylko i jest to panna Sarya? Wybaczcie, proszę, śmiałość, ale wydajesz mi się duchem wolnym, umysłem nieokiełznanym lojalnością już komuś obiecaną.
Porucznik uśmiechnął się uśmiechem człowieka, który doskonale wie, że żadnej różnicy mu nie robi kto, komu, kiedy i jak, ani zresztą w sumie co obiecywał, oddawał, przysięgał i na duchy przodków się zaklinał. O ileż łatwiej nie wierzyć w takie bzdury jak lojalność, przychodząc znikąd, zmierzać do nikąd i trzymać się tego, co się ma, tu i teraz, i trzymać się kurczliwie, zębami, wydrzeć sobie nie dać za nic. Ale nie dlatego, że się obiecało, dlatego, że to się uważa za swoje. A lojalność? Pierdolenie.
Słowa na wiatr rzucone, wiatrem porwane, których przy pół życiu trzyma tylko czyjaś wiara, że ktoś o nich pamięta i tych słów dotrzyma.
- Trucizna? - powtórzył, zaglądając w swój kieliszek i śmiejąc się w głos. - Gościnność twego domu znacznie spadła, przyjacielu, czy chcesz nas tu gościć już na wieki?
Oderwał w końcu swoją dłoń od dłoni Saryi trzymanej aż do tej pory, celowo, niby nie było okazji, by puścić, by zmienić położenie. Teraz jednak, na wzmiankę o ogrodniku, zatoczył nią krąg, dramatyczny niemalże. Zrobił małą pauzę, bo czuł na sobie kobiecy wzrok, pławił się w nim chwilę, grzał się jego ciepłem i czuł jego rozlewa się po całym jego ciele.
- Na ile udało mi się ustalić, Lambercie - odezwał się w końcu. - Taki plan nie istnieje, a raczej istniał kiedyś, wedle mojej wiedzy teraz tylko ktoś, kto umie w popiołach czytać może się z nim i jego twórcą zapoznać. Architektowi podziękowano nożem w plecy, nawet ten nóż widziałem, niczego sobie zresztą. Potem razem z dokumentami spalony, dokumentnie, że się tak wyrażę.
Upił łyk wina, bo czuł, że trzeźwieje. Głowa ciężka taka, powieki opuchnięte jakby, ciało, jakby nagle przypomniało sobie te noce nieprzespane, te żarcie podłe i alkoholu za dużo. Lekkości, lekkości mu trzeba, więc Jon wypił, wlał w siebie resztę.
- Mam nadzieję, że nie sprawię wam trosk za bardzo - powiedział już weselej, wracając do brzęczenia butelkami i stwierdził, że zamiast tak kursować w te i nazad, tu i ówdzie, jak statek parowy, albo prom bardziej od brzegu do brzegu, od rozmowy do barku, to już lepiej butelkę ze sobą zabrać. Pomyślał Jon, że niegrzecznie, no ale czyż plecy tyle razy pokazywać grzecznie? A Taler, łobuz jeden, nie kwapił się do kursowania w Jonowym imieniu, a imię szlacheckie przecież, nóg na loterii nie wygrał i nie zostały stworzone do ścierania się w takich sprawach. - Ale ani człowiek, ani nasz, ani ogrodnik nawet. Kreatura nikczemna, pomocnik ogrodnika ledwie, a i to od tych prac mniej skomplikowanych. Ale na miejscu jest owszem, dupę posadził i siedzi. Lambercie, powiem wprost, jest to podlec, który sprzeda nas jak tylko dowie się o nas na tyle, by było co sprzedać. Boi się Flattera jak ognia i nie dziwię się, bo jednego pracownika już spalił przecież, więc to tylko odrobina rozsądku w pustej głowie.
Pauza, nalej, wypij, powtórz. Gardło wyschnięte, uśmiech przepraszający, uśmiech szczery, piękny, zębów białych blask, na powrót radosne iskierki w bladych oczach. Rumieniec na twarz wraca, a pozycja, choć wyprostowana, znów naturalna w swej dumie z samej siebie. To jeszcze jeden. Zacny trunek, zacny rocznik, bukiet też zacny, bo Lambert się zna, i wie, że Jon się zna i Jon wie, że go ten Lambert rozpieszcza czasem jak dziecko, zuchwałe takie, domagające się najlepszych prezentów. Ale przecież mu się należy. Nie że dokumenty przyniósł, że się wywiedział u tej poskręcanej od garbienia się przy klombach kreatury o paluchach brudnych, zębach brudnych o sumieniu czarnym jak ziemia, w której grzebie. Należy mu się, bo tak.
- Pieniędzmi nic nie załatwimy, bo weźmie i od nas i od Flattera. Bać się nas nie boi, bo i czego tu się bać, mamy te same narzędzia co jego pracodawca, a czyja ręka mu sznur na gardle zaciśnie, to jemu zajedno. Ale - tu spojrzał na Saryę i przekrzywił delikatnie głowę. - Nasz wachlarz możliwości się powiększył i nasza atrakcyjność wzrosła. Moi drodzy, mam wrażenie, że niewłaściwą osobę wybraliśmy do rozmów, z tym pożal się boże, którykolwiek, co ma chwilę wolną na żale, ogrodnikiem. Choć może nie niewłaściwą, ale niekompletną. O kolejną. Gdyż właśnie jest z nami ktoś, komu żaden mężczyzna nie odmówi.
Jon rozłożył szeroko ręce i jak w sztuce teatralnej, magicznej, za jego pleców wychynął Taler, wyciągając mu z dłoni kielisz i pustą już butelkę, sprawnym ruchem zdjął płaszcz i przewiesił sobie przez łokieć. Wsunął niezwykle zgrabnie pełen już kieliszek z powrotem i butelkę też napełnioną oddał Jonowi. Bo Taler, był istnym czarodziejem w tym, co robił.
- Złoty człowiek - podsumował tylko Jon. - Dziękuję.
- Pani Saryo? - powtórzył Jon, prostując się i prostując się dumnie, naturalnie, po oficersku, świdrując wzrokiem kobietę. - Ileż serc pękniętych zostać musiało, niefrasobliwie odrzuconych - oderwał wzrok i spojrzał na Lamberta. - Czy też może przejęzycznie tylko i jest to panna Sarya? Wybaczcie, proszę, śmiałość, ale wydajesz mi się duchem wolnym, umysłem nieokiełznanym lojalnością już komuś obiecaną.
Porucznik uśmiechnął się uśmiechem człowieka, który doskonale wie, że żadnej różnicy mu nie robi kto, komu, kiedy i jak, ani zresztą w sumie co obiecywał, oddawał, przysięgał i na duchy przodków się zaklinał. O ileż łatwiej nie wierzyć w takie bzdury jak lojalność, przychodząc znikąd, zmierzać do nikąd i trzymać się tego, co się ma, tu i teraz, i trzymać się kurczliwie, zębami, wydrzeć sobie nie dać za nic. Ale nie dlatego, że się obiecało, dlatego, że to się uważa za swoje. A lojalność? Pierdolenie.
Słowa na wiatr rzucone, wiatrem porwane, których przy pół życiu trzyma tylko czyjaś wiara, że ktoś o nich pamięta i tych słów dotrzyma.
- Trucizna? - powtórzył, zaglądając w swój kieliszek i śmiejąc się w głos. - Gościnność twego domu znacznie spadła, przyjacielu, czy chcesz nas tu gościć już na wieki?
Oderwał w końcu swoją dłoń od dłoni Saryi trzymanej aż do tej pory, celowo, niby nie było okazji, by puścić, by zmienić położenie. Teraz jednak, na wzmiankę o ogrodniku, zatoczył nią krąg, dramatyczny niemalże. Zrobił małą pauzę, bo czuł na sobie kobiecy wzrok, pławił się w nim chwilę, grzał się jego ciepłem i czuł jego rozlewa się po całym jego ciele.
- Na ile udało mi się ustalić, Lambercie - odezwał się w końcu. - Taki plan nie istnieje, a raczej istniał kiedyś, wedle mojej wiedzy teraz tylko ktoś, kto umie w popiołach czytać może się z nim i jego twórcą zapoznać. Architektowi podziękowano nożem w plecy, nawet ten nóż widziałem, niczego sobie zresztą. Potem razem z dokumentami spalony, dokumentnie, że się tak wyrażę.
Upił łyk wina, bo czuł, że trzeźwieje. Głowa ciężka taka, powieki opuchnięte jakby, ciało, jakby nagle przypomniało sobie te noce nieprzespane, te żarcie podłe i alkoholu za dużo. Lekkości, lekkości mu trzeba, więc Jon wypił, wlał w siebie resztę.
- Mam nadzieję, że nie sprawię wam trosk za bardzo - powiedział już weselej, wracając do brzęczenia butelkami i stwierdził, że zamiast tak kursować w te i nazad, tu i ówdzie, jak statek parowy, albo prom bardziej od brzegu do brzegu, od rozmowy do barku, to już lepiej butelkę ze sobą zabrać. Pomyślał Jon, że niegrzecznie, no ale czyż plecy tyle razy pokazywać grzecznie? A Taler, łobuz jeden, nie kwapił się do kursowania w Jonowym imieniu, a imię szlacheckie przecież, nóg na loterii nie wygrał i nie zostały stworzone do ścierania się w takich sprawach. - Ale ani człowiek, ani nasz, ani ogrodnik nawet. Kreatura nikczemna, pomocnik ogrodnika ledwie, a i to od tych prac mniej skomplikowanych. Ale na miejscu jest owszem, dupę posadził i siedzi. Lambercie, powiem wprost, jest to podlec, który sprzeda nas jak tylko dowie się o nas na tyle, by było co sprzedać. Boi się Flattera jak ognia i nie dziwię się, bo jednego pracownika już spalił przecież, więc to tylko odrobina rozsądku w pustej głowie.
Pauza, nalej, wypij, powtórz. Gardło wyschnięte, uśmiech przepraszający, uśmiech szczery, piękny, zębów białych blask, na powrót radosne iskierki w bladych oczach. Rumieniec na twarz wraca, a pozycja, choć wyprostowana, znów naturalna w swej dumie z samej siebie. To jeszcze jeden. Zacny trunek, zacny rocznik, bukiet też zacny, bo Lambert się zna, i wie, że Jon się zna i Jon wie, że go ten Lambert rozpieszcza czasem jak dziecko, zuchwałe takie, domagające się najlepszych prezentów. Ale przecież mu się należy. Nie że dokumenty przyniósł, że się wywiedział u tej poskręcanej od garbienia się przy klombach kreatury o paluchach brudnych, zębach brudnych o sumieniu czarnym jak ziemia, w której grzebie. Należy mu się, bo tak.
- Pieniędzmi nic nie załatwimy, bo weźmie i od nas i od Flattera. Bać się nas nie boi, bo i czego tu się bać, mamy te same narzędzia co jego pracodawca, a czyja ręka mu sznur na gardle zaciśnie, to jemu zajedno. Ale - tu spojrzał na Saryę i przekrzywił delikatnie głowę. - Nasz wachlarz możliwości się powiększył i nasza atrakcyjność wzrosła. Moi drodzy, mam wrażenie, że niewłaściwą osobę wybraliśmy do rozmów, z tym pożal się boże, którykolwiek, co ma chwilę wolną na żale, ogrodnikiem. Choć może nie niewłaściwą, ale niekompletną. O kolejną. Gdyż właśnie jest z nami ktoś, komu żaden mężczyzna nie odmówi.
Jon rozłożył szeroko ręce i jak w sztuce teatralnej, magicznej, za jego pleców wychynął Taler, wyciągając mu z dłoni kielisz i pustą już butelkę, sprawnym ruchem zdjął płaszcz i przewiesił sobie przez łokieć. Wsunął niezwykle zgrabnie pełen już kieliszek z powrotem i butelkę też napełnioną oddał Jonowi. Bo Taler, był istnym czarodziejem w tym, co robił.
- Złoty człowiek - podsumował tylko Jon. - Dziękuję.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Panna - powiedziała Sarya, tonem, który jasno mówił, że rozróżnienie czy panna czy pani, nie ma dla niej większego znaczenia. - Ale, owszem, łamanie, zwłaszcza niefrasobliwe, serc w rzeczy samej wypełnia znaczącą część mojego terminarza. - Spojrzała na Lamberta. - No proszę, dwóch, jakże przystojnych, mężczyzn prześcigających się w komplementowaniu niewinnej dziewicy? - Zamrugała jednocześnie skromnie, jak i zalotnie. - Ach, będę się rumieniła tak bardzo, że zwrócę uwagę wszystkich strażników.
Spojrzała niemal tęsknie na herbatę, ale ta jeszcze była zbyt ciepła by ją pić. Zamiast tego przeniosła spojrzenie na Jona.
- Czyli nie mamy planów? I nasz człowiek nie pozostanie za długo naszym człowiekiem? Cóż, bogowie najwyraźniej stwierdzili, że zbyt łatwo by nam poszło, gdybyśmy dostali wszystko na tacy. Przynajmniej będzie ciekawie. Jak widzę pana niesamowicie sprawne i zręczne ręce, panie von Craco, sięgają daleko. Ale, skoro o rękach mowa, to chyba pora bym i ja ujęła sprawy w me drobne dłonie? Pomocnik ogrodnika, powiada pan? Trochę mało czasu, by subtelnie urobić sobie mężczyznę - te słowa Sarya powiedziała z pewnym rozbawieniem, jakby ciesząc się na wyzwanie. Zaraz jednak westchnęła. - Niestety przyspieszanie tej gry, gnanie na złamanie karku ku kulminacji, pozbawia kobietę niemal całej przyjemności. O ileż przyjemniej przeciągać tę sytuację? - Kolejne westchnienie i, nieco rozmarzony wyraz zniknął z twarzy kobiety. - A czym dysponuje ów pomocnik, czego od kogoś innego byśmy nie mogli uzyskać? I czy nie jest on tam tylko potrzebny jeśli zechcemy wykraść maskę w nocy, z posiadłości? A nie ustaliliśmy ostatecznie, kiedy i gdzie uderzymy.
Veni, rescripsi, discessi