Skok - Odcinek Pierwszy
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon przez chwilę w ciszy podziwiał ilość flegmy, która wylądowała mu przed samymi butami, ale otrząsnął się na krzyk Saryi. Wiele myślu wpadło mu do głowy, głupich, niemądrych i całkiem kretyńskich. Ale okradanie jednego z najniebezpieczniejszych osób w mieście, w biały w dzień, będąc oficerem było równie o ile nie bardziej kretyńskie. Więc cóż mu szkodziło brnąć w to dalej?
- Panienko Racardo - odezwał się pełnym szacunku głosem, skłaniając lekko głowę, skupiając się by nazwisko wybrzmiało. - Panienka wybaczy.
Odwinął się sprawnie i trzasnął chłopa w pysk otwartą dłonią.
- SIerżancie Valees - zwrócił się do Lamberta, przy okazji awansując pewnego znajomego. - Proszę skuć pana Cereza pod zarzutem napaści obyczajowej na panienkę Racardo i odprowadzić do aresztu. Jak tylko pojawią się tu przedstawiciele Jorigda, przekażemy więźnia Złotej Gwardii.
Jon nie lubił działać tak rano. W dodatku na trzeźwo. Lambert uparł się, że nie dzisiaj. A Jon trzeźwy, to Jon rozeźlony, raptowny i nierozsądny. Wahający się od radykału do radykału, od apatii do furii. I zupełnie nie wiedział, czy nie przestrzelił tym razem, wiedział jednak, że wykaraskają się z tego, to pośle kwiaciarnianego chłopca na posyłki, po wino. Albo i dwa. Zresztą, pijany oficer, to oficer godny zaufania. Trzeźwy strażnik miejski jakoś zawsze wygląda nieprzyjaźnie i podejrzanie.
- Panienko Racardo - odezwał się pełnym szacunku głosem, skłaniając lekko głowę, skupiając się by nazwisko wybrzmiało. - Panienka wybaczy.
Odwinął się sprawnie i trzasnął chłopa w pysk otwartą dłonią.
- SIerżancie Valees - zwrócił się do Lamberta, przy okazji awansując pewnego znajomego. - Proszę skuć pana Cereza pod zarzutem napaści obyczajowej na panienkę Racardo i odprowadzić do aresztu. Jak tylko pojawią się tu przedstawiciele Jorigda, przekażemy więźnia Złotej Gwardii.
Jon nie lubił działać tak rano. W dodatku na trzeźwo. Lambert uparł się, że nie dzisiaj. A Jon trzeźwy, to Jon rozeźlony, raptowny i nierozsądny. Wahający się od radykału do radykału, od apatii do furii. I zupełnie nie wiedział, czy nie przestrzelił tym razem, wiedział jednak, że wykaraskają się z tego, to pośle kwiaciarnianego chłopca na posyłki, po wino. Albo i dwa. Zresztą, pijany oficer, to oficer godny zaufania. Trzeźwy strażnik miejski jakoś zawsze wygląda nieprzyjaźnie i podejrzanie.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Przez twarz Cereza przetoczyła się lawina emocji. Najpierw, gdy odezwała się Sarya, zdębiał. Chwilę trwał w szoku i niedowierzaniu, wymieszanym z wywołanym bacznym spojrzeniem partnerki stresem. Już otwierał usta, by wyjaśnić, że to jakieś wielkie nieporozumienie, że ktoś próbuje sobie z niego żartować, kiedy odezwał się Jon.
Wtedy Cerez pobladł. Gdy wybrzmiało nazwisko jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Nimnaros i okazało się, że stojąca kilka korków dalej kobieta może być spokrewniona z przywódcą Rady Magów, awanturnika oblał zimny pot.
I zanim zdążył się nad tym dobrze zastanowić, zanim fakty w jego głowie zaczęły składać się w jakikolwiek obraz, którego ujrzenie mogłoby mu dać wyjść z tej sytuacji obronną ręką, wydarzyła się kolejna rzecz - dostał w mordę, a chwilę potem drugi z mężczyzn, ten nazwany Valeesem, wykręcił mu boleśnie rękę.
- Stójcie, proszę! - krzyknęła towarzyszka obezwładnianego mężczyzny. Najwyraźniej współczucie na widok grymasu bólu na jego twarzy przyćmiło chwilowo kłujące ją po słowach Saryi uczucie zazdrości. - Nie róbcie mu krzywdy. Wygłupił się!
Lambert przywitał te słowa z ulgą. W zorganizowanym przez Jona komplecie ubrań strażnika brakowało kajdan. Wzmocnił nieco dźwignię, czekając, aż Cerez jęknie z bólu, a gdy usłyszał oczekiwany dźwięk, puścił tamtego. Zadbał przy tym, by odepchnąć go na deszcz.
Na twarzy Cereza wymalował się gniew, ba, święte oburzenie. Masując obolałe ramię, oczami miotał gromy na dwójkę strażników. W tym momencie jego złość przyćmiła wszystkie inne emocje.
- Zapłacicie za to. Nie obchodzi mnie, kim jest ta pani, niechże będzie nawet panienką Racardo. Ale na was doniosę. Sierżant Valees, tak? A pan? Kogo jeszcze jutro wyrzucą ze straży na zbity pysk? - zapytał, patrząc wyzywająco na Jona. Najwyraźniej fakt, że ostatecznie nie został skuty, przywrócił mu resztki animuszu. Taktycznie jednak trzymał się poza zasięgiem ramion szlachcica.
Tymczasem Sarya zauważyła, że u wlotu w ulicę Różaną pojawiły się dwa wozy - na przedzie jechała zdobiona bogato kareta, za nią zaś wlókł się ciągnięty przez cztery konie wóz towarowy. Ich cel właśnie się zbliżał.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Porucznik Heinreich Schumacher - odpowiedział Jon, przygładzając czarne od pasty włosy, które do tych Heinreicha w ogóle nie było podobne, ale Sarya trudziła się cały ranek, aby nadać im pozory naturalności i wyszło pięknie. Jon był teraz brunetem i to jak od urodzenia. Z nikłym uśmiechem przygładził sumiaste, czarne wąsiska, które Lambert ewidentnie przywłaszczył sobie z jakiejś trupy aktorskiej. Ach cóż za chłopem był dziś Jon! Wąsaty brunet!
Widząc w oddali karetę zareagował, znów, po oficersku. Wpadł do kwiaciarni, rozejrzał się i zanim ktokolwiek zdążył zareagować wyszarpnął z rogu parasol, który rozłożył nad głową Saryi i wcisnął jej w rękę, by wyjść już samemu na środek ulicy. Przechodząc nie omieszkał odepchnąć Cereza.
- Biuro do spraw ochrony osobistej Rady Magów przyjmuje interesantów w parzyste dni robocze popuładniami, do pory obiadowej - stwierdził tylko patrząc zimno. - Jeżeli pan sobie życzy możemy pana odeskortować jeszcze dziś, by poczekał pan na miejscu, lub sierżant Valees, może też spisać zeznania i odwiedzimy pana w domu, by nie musiał się pan trudzić.
I Jon wspomniał o odwiedzinach w domu nie tonem szlachica, nie tonem oficera, ale tonem psa. Starego strażnika, który niczym nie różni się od bandytów, po prostu ma odznakę i robi to samo, co oni, tyle, że ma uprawnienia.
- Jednak chwilowo muszę pana przeprosic. Darmozjady muszą zarobić na chleb - powiedział, wychodząc na środek i unosząc dłoń, by kareta się zatrzymała.
Widząc w oddali karetę zareagował, znów, po oficersku. Wpadł do kwiaciarni, rozejrzał się i zanim ktokolwiek zdążył zareagować wyszarpnął z rogu parasol, który rozłożył nad głową Saryi i wcisnął jej w rękę, by wyjść już samemu na środek ulicy. Przechodząc nie omieszkał odepchnąć Cereza.
- Biuro do spraw ochrony osobistej Rady Magów przyjmuje interesantów w parzyste dni robocze popuładniami, do pory obiadowej - stwierdził tylko patrząc zimno. - Jeżeli pan sobie życzy możemy pana odeskortować jeszcze dziś, by poczekał pan na miejscu, lub sierżant Valees, może też spisać zeznania i odwiedzimy pana w domu, by nie musiał się pan trudzić.
I Jon wspomniał o odwiedzinach w domu nie tonem szlachica, nie tonem oficera, ale tonem psa. Starego strażnika, który niczym nie różni się od bandytów, po prostu ma odznakę i robi to samo, co oni, tyle, że ma uprawnienia.
- Jednak chwilowo muszę pana przeprosic. Darmozjady muszą zarobić na chleb - powiedział, wychodząc na środek i unosząc dłoń, by kareta się zatrzymała.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Cała trójka poczuła dreszczyk emocji, którego tak wypatrywali od wczorajszego spotkania. Obiecana niepewność nadeszła, dając znać o swojej obecności przyjemnym mrowieniem karków, podniesionym tętnem, wyostrzeniem zmysłów.
Jon dziarsko wkroczył w ulewę. Gdy podnosił dłoń, aby zatrzymać karetę, wyglądał, jak gdyby robił to setki razy. Może zresztą robił - straż od miesięcy rządziła się swoimi prawami, a jej starania, by odbudować dawną świetność, po wielokroć wymagały szeroko zakrojonych działań. Być może kontrole bogato wyglądających karet w jakiś pokrętny sposób także wpisywały się w plan odbudowy.
Przemoknięty do suchej nitki woźnica szarpnął lejce, wstrzymując konie. Jon zauważył na jego twarzy ponure rozczarowanie. Nic nie chroniło mężczyzny przed deszczem. Jeszcze chwilę temu mógł się łudzić, że przewiezie swojego zleceniodawcę z miejsca na miejsce, a potem schroni się w ciepłej karczmie, susząc ubrania przy kominku. A teraz proszę, przeklęty wąsacz wstrzymuje jazdę. Bogowie wiedzą, ile zajmie im czasu.
- Czego? Śpieszę się! - krzyknął woźnica. - Wiozę ważną personę w ważne miejsce. A za nami jedzie wóz z ważnymi towarami, więc lepiej, żeby powód, dla którego wymachujesz tą ręką był równie ważny!
Drzwi karety pozostawały zamknięte.
***Tymczasem pod daszkiem Cerez wypluwał z siebie kolejne obelgi i groźby. Fakt, że Jon wykpił go i odszedł, dodatkowo rozeźlił mężczyznę. Sarya mogła jednak odetchnąć z ulgą - mężczyzna najwidoczniej wciąż nie był pewien jej pozycji społecznej i na wszelki wypadek zdecydował się całą furię wylać na Lamberta. Mężczyźni spierali się teraz, ignorując swoje towarzyszki.
Kobieta, która przyszła tu z Cerezem, wyminęła ich i z teatralnym westchnieniem wmaszerowała do kwiaciarni. Najwidoczniej miała już dość moknięcia.
Ze swojego miejsca Sarya doskonale widziała, jak Jon zatrzymuje wóz. Mogła wkroczyć.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sarya ruszyła przed siebie. Po drodze zdjęła z siebie płaszcz i rzuciła na ziemię. Cóż, trzeba będzie to wrzucić w koszta. Zadrżała instynktownie, czując zimne krople opadające na jej twarz, szyję i nagie ramiona. Eresmes dopiero się zaczął, więc wieczór nie był AŻ TAK zimny, ale i tak nie było to przyjemne, zwłaszcza czując jak jej suknia - jednak ciemnoniebieska, a nie czerwona - moknie i przylega do ciała.
Oczywiście to ostatnie działało - a przynajmniej miało podziałać - na jej korzyść. Przechodząc obok Jona potknęła się celowo, zatoczyła i wpadła na niego.
- Deszcz. Włosy! - wysyczała mu do ucha prostując się, po czym warknęła: - Ręce precz!
Podchodząc do karety, zerknęła w dół. Spód sukni ubrudził jej się i zamoczył, ale to także grało na jej korzyść. Zapukała do drzwi karety, najpierw delikatnie, jak wstydliwa kobieta, nie chcąca się narzucać i nieco onieśmielona całą sytuacją, później mocniej, bardziej dramatycznie, jak ktoś kto bardzo, ale to bardzo chce przestać moknąć.
- Przepraszam - powiedziała, decydując się na ton jednocześnie słodki, jak i drżący. W tym ostatniem pomagało jej przenikające ją powoli zimno. Po wszystkim będzie musiała napić się gorącej herbaty. - Przepraszam, że się narzucam, ale czy będzie pan moim rycerzem w lśniącej zbroi i uratuje damę?
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon, który nigdy nie przypuszczał, że wąsiska, wielkie i zwisające, mogą dawać pewności siebie, ściągnął brwi i usilnie zmarszczył się nad wąsem i czuł się ważny jak nigdy przedtem.
- Ważne ludzie i ważne miejsca poczekają - powiedział, patrząc złowrogo na drugą karetę. - Bo ja tu mam ważne papiery.
Informacja od Saryi zjerzyła mu włosy na karku, ale zrobił wszystko, by nie dać się zbić z pantałyku. Popatrzył na nią z ostentacyjnie pogardą, wytarł rękę, której dotknęła w mokre już spodnie i splunął za nią paskudnie i po chamsku. Rzucił jeszcze okiem na Lamberta i pokazał mu palcem, jakby to Lambert miał mieć na nią oko.
Deszcz nie ustawał, więc było tylko jedno do zrobienia zanim ta robota na czarno, czernią spłynie do rynsztoka, a cała trójka do aresztu.
- Złaź no, chłopie, z tego kozła - warknął. - I otwieraj tamtą karetę. Nie będziemy tu stać i moknąć do jutra.
- Ktoś wam życzliwy zgłosił przemyt - dodał konspiratorskim tonem, już tym miłym, tak oko puścił troszkę znad sumiastych wąsów, które powoli rozpoczęły swoją drogę ku wolności. - My też nie chcemy tego robić. Rzucimy okiem raz, dwa, podpiszecie i dalej w swoją drogę.
- Ważne ludzie i ważne miejsca poczekają - powiedział, patrząc złowrogo na drugą karetę. - Bo ja tu mam ważne papiery.
Informacja od Saryi zjerzyła mu włosy na karku, ale zrobił wszystko, by nie dać się zbić z pantałyku. Popatrzył na nią z ostentacyjnie pogardą, wytarł rękę, której dotknęła w mokre już spodnie i splunął za nią paskudnie i po chamsku. Rzucił jeszcze okiem na Lamberta i pokazał mu palcem, jakby to Lambert miał mieć na nią oko.
Deszcz nie ustawał, więc było tylko jedno do zrobienia zanim ta robota na czarno, czernią spłynie do rynsztoka, a cała trójka do aresztu.
- Złaź no, chłopie, z tego kozła - warknął. - I otwieraj tamtą karetę. Nie będziemy tu stać i moknąć do jutra.
- Ktoś wam życzliwy zgłosił przemyt - dodał konspiratorskim tonem, już tym miłym, tak oko puścił troszkę znad sumiastych wąsów, które powoli rozpoczęły swoją drogę ku wolności. - My też nie chcemy tego robić. Rzucimy okiem raz, dwa, podpiszecie i dalej w swoją drogę.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Sarya czuła przeszywające zimno. To nie był już przyjemny dreszczyk emocji - teraz było to najzwyklejsze w świecie uczucie przemarznięcia i przemoczenia. Trzeba jednak przyznać, że ta chwila dyskomfortu była grą wartą świeczki - zgodnie z jej oczekiwaniami, ulewny deszcz w mgnieniu oka zamienił jej suknię w ciężki, ale bardzo przylegający i podkreślający walory strój.
Mogła być pewna, że Vincentowi Flatterowi na ten widok zmięknie serce. Ktoś o bardziej rynsztokowym poczuciu humoru niż Sarya mógłby zastanowić się także, czy będzie to jedyna zmiana stopnia twardości w jego ciele. Takie rozważania nie przystoiły jednak damie z Domu Urody.
Gdy zobaczyła, że klamka w drzwiach karety obraca się, a w wejściu pojawia się niewielka szczelina, mogła tylko czekać, by ujrzeć spodziewany zachwyt na twarzy bogatego przedsiębiorcy.
Zamiast tego, zobaczyła zaskoczone i nieco rozgniewane spojrzenie kobiety w okolicach czterdziestki. Ta również była elegancko ubrana, a w dłoni trzymała wachlarz. Choć widać było, że w stylizację włożyła dużo wysiłku, nie wyglądała nawet w połowie tak dobrze jak Sarya - niektórym natura daje, dla innych pozostaje skąpa.
- Tak? - zapytała kobieta. Głos miała wysoki, nieprzyjemny dla ucha. Gdy mówiła, przeciągała słowa. - Co to za zamieszanie?
Ta chwila wystarczyła, by Sarya dostrzegła siedzącego za kobietą Flattera. Właściciel Domu Aukcyjnego nigdy nie był klientem Sayri ani żadnej z jej koleżanek, doskonale znała jednak jego twarz - niemal każdy w Nimnaros go znał. Mężczyzna po pięćdziesiątce, z gęstą siwą czupryną zaczesaną na bok. Twarz miał wąską, pociągłą, dokładnie ogoloną. Elegancka koszula i trzyczęściowy garnitur dodawały mu klasy, podobnie jak trzymany na kolanach kapelusz.
Wychylał się delikatnie zza swojej towarzyszki. Z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać.
***
Jon z zadowoleniem zauważył, że Lambert przechwycił jego spojrzenie i skinął delikatnie głową. Udało mu się już odprawić Cereza, który energicznym krokiem oddalał się teraz spod kwiaciarni. Obok skrytobójcy leżał parasol, który Jon chwilę wcześniej wręczył Saryi - najwyraźniej kobieta była na tyle pewna powodzenia swojego planu z mokrą damą w opałach, że postanowiła nie korzystać ze szlachetnego gestu nowego kompana. Ściekającą z włosów farbę musiała zauważyć dopiero później, gdy było już za późno, by cofnąć się bez zwracania uwagi.
Woźnica, nie bez ociągania, wykonał polecenie Jona i zgramolił się na ziemię. Strażnik mógł dostrzec, że mężczyzna kuśtyka delikatnie na lewą nogę - wyglądało to jak stara kontuzja, która wciąż daje o sobie znać.
Zamiast do wozu z tyłu, zaczął iść w stronę strażnika. Mokra od deszczu kostka brukowa nie pomagała - przemieszczał się powoli. Jon miał jeszcze chwilę, by zareagować, zanim tamten podejdzie na tyle blisko, by dostrzec spływającą po karku i skroniach farbę.
- Pokaż pan te papiery - warknął woźnica, zbliżając się. Najwyraźniej ten krótki spacer go rozeźlił.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon rozpromienił się do tego stopnia, że, gdyby to było możliwe, jego uśmiechnięta twarz nadęłaby się i uniosła jak balon ku chmurkom, by zawisnąć na niebie jako drugie słoneczko nad Nimnaros, ogrzewając jego mieszkańców swoim uśmiechem, urokiem, dobrocią i wspaniałością wąsa.
A przynajmniej taką miał nadzieję.
Siegnął za pazuchę i coś co do tej pory mogło uchodzić za starannie i z czułością wyhodowany piwny bebzun okazało się opasłą teczką pełną papierów. Jon z łezką w oku, lub kroplą deszczu lejącego się z nieba, nie było pewności, wspomniał, jak od bladego świtu wypełniał kwity. Jeżeli więc była to łza, to z pewnością nie rozczulenia.
Gdy Sarya z wprawą dokonywała cudów transformując mu jego szlachecką twarz, w kogoś zdecydowanie bliżej rynsztoka, on sam lamentował i biadolił nad papierami. Teraz jednak okazało się, że wysiłek był wart zachodu, więc i radość była prawdziwa i naturalna niczym wiatr na polu, a dodatkowo podbita potrzebą chwili, więc Jon miał nadzieje, że letnia wichura jego entuzjazmu wprost spod wąsa solidnie poszarpie kłosy zwątpienia woźnicy.
- A dobrze, że pan pyta! - wrzasnął mu w ucho, w ręce mu wciskając bezpardonowo wyciągniete dokumenty. Samemu rozciągając nad głową teczkę, by zrobić z niej prowizoryczny kapelusz. Jako że teczka była solidna, skórzana, ale twarda jak diabeł, złożyła się w ostrokątny trójkąt i Jon wyglądał jak góralski dom, który po wyhodowaniu wąsów, postanowił przejść się na spacer. - Ja też lubię porządek. Takie niedopowiedzenia, to skaranie boskie, naprawdę, potem ktoś, coś pyta, bo nie zostało powiedziane, bo nie wyjaśniono wystarczająco dobrze, a tu proszę, wszystko spisane, z pieczątkami, panie drogi, istne archiwum, ale wszystko na miejscu. Noga nie boli? Nie? Dobrze, mam nadzieję, że w pana wieku, też będę taki chyży jak pan z tego kozła zeskoczył, ho ho! Ale co to ja, proszę tu mamy druk trzy-ce, wypełniony przez niejaką Hildegundę, jest to zgłoszenie typowe dla podejrzenia o przemyt, tu mamy druk piętnaście-be, który złożyła wcześniej, ale niestety to idzie do inspekcji drogowej, a to oni się nie zajmują takimi rzeczami. Typowy błąd nowicjusza, ale z kronikarskiego obowiązku zachowałem oryginał, tu widzi pan jak kleksy sadzi? Bogowie zlitujcie się nad tym umęczonym bogu ducha winnym pergaminem. Tu jest akt urodzenia Hildegundy, akt skończenia... hmm... szkoły? Jak pan myśli? Albo wyjście z aresztu, bogowie raczą wiedzieć, zaraz prześledzimy, na pewno mam kopię, ja nie jestem w ciemię bity. Tu jest adres, zameldowanie, tatko z mamką, więc tożsamość sprawdzona, tutaj sierżant Valees zbierał zeznania, zaraz panu więcej opowie. Ubawi się pan po pachy, bo Valees, to jest komik pierwszej wody. Ostatnio pół godziny nam opowiadał nadmuchał żabę, do tej pory mnie żebra bolą. A podobno ta Hildegunda to też żartowniś tęgi, wyobrazi pan sobie, że mamkę z babką pomyliła i źle herbaty im podała, no komedia, cyrk i obrady polityczne, co najmniej! Ale miała na poparcie swoich podejrzeń, rozmowę podsłuchaną, tam, proszę kolejne zeznanie i tam kawałek dalej upoważnienia od radcy, bo widzi pan, kapitan z radcą po kielichu, jak szwagry...
Jon plótł aż wąs nie miał kiedy opaść i falował hipnotyzująco, gdy porucznik przerzucał papiery w rękach woźnicy, pokazywał palcem i tłumaczył, a potem dla pewności tłumaczył jeszcze raz tyle, że od tyłu i w formie biernej. A gdy tak pieprzył od rzeczy, rzucił woźnicy lodowate spojrzenie wyzwanie, chłopie, ja tak mogę do jutra, nawet się jeszcze nie spociłem.
A przynajmniej taką miał nadzieję.
Siegnął za pazuchę i coś co do tej pory mogło uchodzić za starannie i z czułością wyhodowany piwny bebzun okazało się opasłą teczką pełną papierów. Jon z łezką w oku, lub kroplą deszczu lejącego się z nieba, nie było pewności, wspomniał, jak od bladego świtu wypełniał kwity. Jeżeli więc była to łza, to z pewnością nie rozczulenia.
Gdy Sarya z wprawą dokonywała cudów transformując mu jego szlachecką twarz, w kogoś zdecydowanie bliżej rynsztoka, on sam lamentował i biadolił nad papierami. Teraz jednak okazało się, że wysiłek był wart zachodu, więc i radość była prawdziwa i naturalna niczym wiatr na polu, a dodatkowo podbita potrzebą chwili, więc Jon miał nadzieje, że letnia wichura jego entuzjazmu wprost spod wąsa solidnie poszarpie kłosy zwątpienia woźnicy.
- A dobrze, że pan pyta! - wrzasnął mu w ucho, w ręce mu wciskając bezpardonowo wyciągniete dokumenty. Samemu rozciągając nad głową teczkę, by zrobić z niej prowizoryczny kapelusz. Jako że teczka była solidna, skórzana, ale twarda jak diabeł, złożyła się w ostrokątny trójkąt i Jon wyglądał jak góralski dom, który po wyhodowaniu wąsów, postanowił przejść się na spacer. - Ja też lubię porządek. Takie niedopowiedzenia, to skaranie boskie, naprawdę, potem ktoś, coś pyta, bo nie zostało powiedziane, bo nie wyjaśniono wystarczająco dobrze, a tu proszę, wszystko spisane, z pieczątkami, panie drogi, istne archiwum, ale wszystko na miejscu. Noga nie boli? Nie? Dobrze, mam nadzieję, że w pana wieku, też będę taki chyży jak pan z tego kozła zeskoczył, ho ho! Ale co to ja, proszę tu mamy druk trzy-ce, wypełniony przez niejaką Hildegundę, jest to zgłoszenie typowe dla podejrzenia o przemyt, tu mamy druk piętnaście-be, który złożyła wcześniej, ale niestety to idzie do inspekcji drogowej, a to oni się nie zajmują takimi rzeczami. Typowy błąd nowicjusza, ale z kronikarskiego obowiązku zachowałem oryginał, tu widzi pan jak kleksy sadzi? Bogowie zlitujcie się nad tym umęczonym bogu ducha winnym pergaminem. Tu jest akt urodzenia Hildegundy, akt skończenia... hmm... szkoły? Jak pan myśli? Albo wyjście z aresztu, bogowie raczą wiedzieć, zaraz prześledzimy, na pewno mam kopię, ja nie jestem w ciemię bity. Tu jest adres, zameldowanie, tatko z mamką, więc tożsamość sprawdzona, tutaj sierżant Valees zbierał zeznania, zaraz panu więcej opowie. Ubawi się pan po pachy, bo Valees, to jest komik pierwszej wody. Ostatnio pół godziny nam opowiadał nadmuchał żabę, do tej pory mnie żebra bolą. A podobno ta Hildegunda to też żartowniś tęgi, wyobrazi pan sobie, że mamkę z babką pomyliła i źle herbaty im podała, no komedia, cyrk i obrady polityczne, co najmniej! Ale miała na poparcie swoich podejrzeń, rozmowę podsłuchaną, tam, proszę kolejne zeznanie i tam kawałek dalej upoważnienia od radcy, bo widzi pan, kapitan z radcą po kielichu, jak szwagry...
Jon plótł aż wąs nie miał kiedy opaść i falował hipnotyzująco, gdy porucznik przerzucał papiery w rękach woźnicy, pokazywał palcem i tłumaczył, a potem dla pewności tłumaczył jeszcze raz tyle, że od tyłu i w formie biernej. A gdy tak pieprzył od rzeczy, rzucił woźnicy lodowate spojrzenie wyzwanie, chłopie, ja tak mogę do jutra, nawet się jeszcze nie spociłem.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Wielu mężczyzn (i nie tylko) było zachwyconym tym, ja zręczne były dłonie i palce Saryi.
Ona sama jednak wiedziała, że nie może się równać z Utenią, jedną z dziewczyn z Domu Urody, która często zabawiała zarówno klientów jak i swe siostry pokazami sztuki żonglerki. Piłki, pomarańcze czy noże, pozornie bez wysiłku podrzucała i przerzucała te rzeczy, a jej dłonie poruszały się tak szybko, że były aż rozmazane.
I teraz Sarya miała okazję wykorzystać - nieco metaforycznie - tę sztukę. Wystarczyła chwila równa długości jednego uderzenia serca, by porzuciła jeden plan i zdecydowała się na inny.
Sarya nie wierzyła w sztuczną skromność i wiedziała, że bogowie obdarowali ją urodą. Nie była jednak tak pyszna, by sądzić, że wystarczy rzut oka na nią, by mężczyzna zapomniał o wszystkim innym. Towarzyszka Flattera mogła być ważną partnerką w interesach, krewną kogoś ważnego lub kimś innym, kogo Flatter nie mógłby wyrzucić z powozu, by zrobić miejsce dla Saryi.
Dlatego, w pierwszej kolejności, trzeba było się upewnić, że kobieta nie uzna Saryi za zagrożenie. Andurianka objęła się rękami by oddać - nawet nie udawany - chłód, który czuła i by jednocześnie zasłonić swój biust. Flatter miał uderzenie serca lub dwa by na niego zerknąć, teraz mogła zacząć pracować jego wyobraźnia, a nie było sensu eskponować piersi przed jego towarzyszką.
Gdy Sarya się odezwała, adresatem jej wypowiedzi była również nieznajoma, a nie Flatter:
- Proszę pani - zapytała, z pewną dumą, jak osoba z odpowiednich sfer, jednak niższa stanem niż nieznajoma - Chwała bogom, że zatrzymali wasz pojazd. W swej głupocie - tu nerwowy uśmiech - nie wzięłam płaszcza i marznę tu na deszczu, a mężczyzna, z którym miałam iść... cóż, chyba zmienił zdanie. Błagam, pomóżcie, nim moja suknia stanie się przemoczoną szmatą.
Wszystko było. Porozumiewawcze spojrzenie wymienione z nieznajomą, spojrzenie kobiet, które zostały kiedyś oszukane przez mężczyzn... no, i które zdawały sobie sprawy z powagi zagrożenia zniszczenia ładnej sukni. Plus, oczywiście, zagrożenie, że gdyby towarzyszka Flattera kazała się wynosić Saryi w potrzebie... wyszłaby na zołzę i straciłaby w oczach swego kompana.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Jon widział, jak z każdym jego słowem irytacja spływa z twarzy woźnicy, niby zmywana ulewnym deszczem, a jej miejsce zajmuje skrajne przerażenie. Bogowie, zdawało się jęczeć jego spojrzenie, po co ja pytałem o te papiery?
Chwytał jeden dokument po drugim. O ile z początku zdawało się, że faktycznie próbuje coś z nich wyczytać, szybko zaczął łapać je po prostu bez składu i ładu, starając się po prostu nie rozsypać wszystkich papierzysk po mokrym bruku.
Tusz rozmywał się na dokumentach, czyniąc część z nich zupełnie nieczytelnymi. Palec Jona wodził po spływających linijkach, samemu barwiąc się na czarno.
I wtedy wzrok woźnicy powędrował w górę, po palcu, przez ramię i bark, do szyi i wyżej, ku przybrudzonej ściekającym tuszem twa…
- Jakieś kłopoty, szefie? - rozległ się głos za ich plecami, skutecznie odwracając uwagę woźnicy od facjaty Jona. Lambert zbliżał się do nich, trzymając nad głową rozłożony parasol, porzucony wcześniej przez Saryę.
Jon miał chwilę, by zareagować. By przerzucić uwagę woźnicy na nadchodzącego Lamberta, zanim tamten zainteresuje się jego charakteryzacją.
***
Kobieta z karety przez kilka chwil taksowała Saryę uważnym spojrzeniem. Pracownica Domu Urody doskonale znała ten wzrok, tak charakterystyczny dla żon i kochanek o niewystarczającej pewności siebie, zachodzących w głowę, czy ich wybranek nie skusiłby się na kształty innej.
- Wchodź, dziewczyno, nie moknij. - Nieprzyjemny grymas zniknął z twarzy kobiety, choć w jego miejscu nie pojawiła się troska czy sympatia. Zdawało się, że towarzyszka Flattera robi to raczej z poczucia powinności.
Podkuliła nogi, by zrobić Saryi miejsce i wpuścić ja do środka. Gdy trzasnęły drzwiczki, dziewczynę otuliło przyjemne ciepło. Można latami hartować się niczym stal, ale nie ma człowieka, który nie doceni chwili wytchnienia w przytulnym wnętrzu, gdy na dworze leje jak z cebra.
- Cristina Ag’Illera - przedstawiła się kobieta. - A mój towarzysz to Vincent Flatter. Po stroju i lokalizacji domyślam się, że podobnie jak my, zmierza pani na aukcję, pani…?
Flatter chrząknął, kierując na siebie uwagę.
- Powiedziała pani, że zostaliśmy zatrzymani? Co tam się dzieje? - Choć starał się zachować klasę, w jego ruchach i głosie Sarya dostrzegła pewną nerwowość.
Chwytał jeden dokument po drugim. O ile z początku zdawało się, że faktycznie próbuje coś z nich wyczytać, szybko zaczął łapać je po prostu bez składu i ładu, starając się po prostu nie rozsypać wszystkich papierzysk po mokrym bruku.
Tusz rozmywał się na dokumentach, czyniąc część z nich zupełnie nieczytelnymi. Palec Jona wodził po spływających linijkach, samemu barwiąc się na czarno.
I wtedy wzrok woźnicy powędrował w górę, po palcu, przez ramię i bark, do szyi i wyżej, ku przybrudzonej ściekającym tuszem twa…
- Jakieś kłopoty, szefie? - rozległ się głos za ich plecami, skutecznie odwracając uwagę woźnicy od facjaty Jona. Lambert zbliżał się do nich, trzymając nad głową rozłożony parasol, porzucony wcześniej przez Saryę.
Jon miał chwilę, by zareagować. By przerzucić uwagę woźnicy na nadchodzącego Lamberta, zanim tamten zainteresuje się jego charakteryzacją.
***
Kobieta z karety przez kilka chwil taksowała Saryę uważnym spojrzeniem. Pracownica Domu Urody doskonale znała ten wzrok, tak charakterystyczny dla żon i kochanek o niewystarczającej pewności siebie, zachodzących w głowę, czy ich wybranek nie skusiłby się na kształty innej.
- Wchodź, dziewczyno, nie moknij. - Nieprzyjemny grymas zniknął z twarzy kobiety, choć w jego miejscu nie pojawiła się troska czy sympatia. Zdawało się, że towarzyszka Flattera robi to raczej z poczucia powinności.
Podkuliła nogi, by zrobić Saryi miejsce i wpuścić ja do środka. Gdy trzasnęły drzwiczki, dziewczynę otuliło przyjemne ciepło. Można latami hartować się niczym stal, ale nie ma człowieka, który nie doceni chwili wytchnienia w przytulnym wnętrzu, gdy na dworze leje jak z cebra.
- Cristina Ag’Illera - przedstawiła się kobieta. - A mój towarzysz to Vincent Flatter. Po stroju i lokalizacji domyślam się, że podobnie jak my, zmierza pani na aukcję, pani…?
Flatter chrząknął, kierując na siebie uwagę.
- Powiedziała pani, że zostaliśmy zatrzymani? Co tam się dzieje? - Choć starał się zachować klasę, w jego ruchach i głosie Sarya dostrzegła pewną nerwowość.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
//Two can play that game.
- Dziękuję wam bardzo, dziękuję - Sarya powiedziała, ignorując pytanie Flattera. Jej wdzięczność była nawet dość szczera, rozkoszując się ciepłem i brakiem deszczu w środku powozu. - Nazywam się Catelyn Chettblan i owszem, zdążałam na aukcję.
Opuściła ręce, którymi się obejmowała. Raz, że nie było już jej aż tak zimno, dwa, że nie było powodu by zakrywać biust. Przecież Cristina by jej teraz nie wyprosiła?
Spojrzała obojgu w oczy, Flatterowi o sekundę lub dwie dłużej niż jego partnerce.
- Tak! Miałam zamiar iść na aukcję. Na pewno znalazłabym tam coś ślicznego. Do tego oczywiście ta atmosfera tego miejsca, muzyka... - zasłoniła usta dłonią. - Zaraz... pan Flatter? To znaczy, że to pana Dom Aukcyjny? Niesamowite! Jak się panu udało stworzyć coś równie wspaniałego!
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Sierżancie! - krzyknął uradowany Jon, któremu wraz z farbą z włosów, kolory spływały z twarzy. - Tutaj szanowny pan, woźnica z zawodu, swoją drogą będziemy musieli pana poprosić o licencję, a sierżant Valees spisze kopię, ale bądź co bądź szanowny pan ma kilka pytań.
Bezceremonialnie ściągnął Lambertowi z głowy grubą czapę strażnika, którą wcześniej wspaniałomyślnie mu oddał. Nie udało mu się zdobyć dwóch, jednak uznał, że teraz on bardziej jej potrzebuje. Zresztą Lambert miał parasol, więc niech nie marudzi. Jon zamienił na swojej głowie, iście magicznym ruchem, jak na przedstawieniu iluzjonisty, okrycie. W jednej chwili była teczka, mgnienie okiem i jest czapa nasadzona aż na uszy.
- Sierżant panu wszystko wytłumaczy, proszę się nie krępować z pytaniami i przygotować dokumenty. Mój kapitan mógłby pracować w archiwum, ma takie oko do detali. Ale, ale. Nie ma co tu tak moknąć, oj, widzę, że ręce ma pan zajęte, a my tu czas tracimy. Pan pozwoli - trajkotał dalej Jon i odczepił od pasa woźnicy pęk kluczy i ruszył raźnym krokiem, starannie nie pomijając żadnej kałuży, by w nią wdepnąć, w stronę wozu, by zacząć szukać odpowiedniego klucza.
Bezceremonialnie ściągnął Lambertowi z głowy grubą czapę strażnika, którą wcześniej wspaniałomyślnie mu oddał. Nie udało mu się zdobyć dwóch, jednak uznał, że teraz on bardziej jej potrzebuje. Zresztą Lambert miał parasol, więc niech nie marudzi. Jon zamienił na swojej głowie, iście magicznym ruchem, jak na przedstawieniu iluzjonisty, okrycie. W jednej chwili była teczka, mgnienie okiem i jest czapa nasadzona aż na uszy.
- Sierżant panu wszystko wytłumaczy, proszę się nie krępować z pytaniami i przygotować dokumenty. Mój kapitan mógłby pracować w archiwum, ma takie oko do detali. Ale, ale. Nie ma co tu tak moknąć, oj, widzę, że ręce ma pan zajęte, a my tu czas tracimy. Pan pozwoli - trajkotał dalej Jon i odczepił od pasa woźnicy pęk kluczy i ruszył raźnym krokiem, starannie nie pomijając żadnej kałuży, by w nią wdepnąć, w stronę wozu, by zacząć szukać odpowiedniego klucza.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert starał się zachować poważną minę. Nawet powieka mu nie drgnęła, gdy Jon pewnym ruchem ściągnął mu z głowy nakrycie i naciągnął czapkę na własny czerep. Doświadczenie nauczyło go, że podejrzane czyny wzbudzają mniej emocji niż przesadne reakcje na nie. Dlatego teraz starał się zachowywać, jak gdyby wszystko przebiegało według standardowej procedury. O straży krążyły zresztą w Nimnaros różne plotki, a duża część z nich - co w zasadzie nie odbiegało od prawdy - dotyczyła strasznego niedofinansowania tego organu. Według woźnicy jedna czapka na grupę patrolową mogła być zjawiskiem może nie oczywistym, ale na pewno nie szczególnie zaskakującym.
- Tak jest, poproszę licencję woźnicy - przytaknął Lambert, słysząc słowa Jona. - Niezbędne będą też dokumenty potwierdzające, że konie były sprawdzone w ciągu ostatniego roku. Ma pan, mam nadzieję, kwit na wymianę podków w ostatnim czasie? Ci z transportu wymyślają coraz to nowsze bzdury, sami się wkurzamy, ale co zrobić. Twarde prawo, ale prawo. Proszę tylko pomyśleć, gdzie byłoby dziś Nimnaros, gdybyśmy go nie respektowali? Złodzieje panoszyliby się po ulicach, dochodziłoby do kradzieży w biały dzień. Powiem panu, myślę, że nikomu nie można byłoby ufać.
Woźnica był coraz bardziej skonfundowany. Nerwowo przetrzepywał kieszenie, w poszukiwaniu wymaganych dokumentów. Zdawał się nawet nie zauważyć, gdy Jon odpiął mu od paska pęk kluczy.
Odchodząc w stronę drugiego powozu, szlachcic usłyszał jeszcze, jak Lambert zaczyna opowiadać przezabawną historię o wizycie Hildegundy na komisariacie. Choć nie mógł tego widzieć, był pewien, że jednocześnie skrytobójca posyła mu nad głową woźnicy mordercze spojrzenie.
Powożący drugim pojazdem nie stanowił problemu. Przyglądał się całemu zajściu i najwidoczniej widok dwóch strażników rozmawiających od dłuższego czasu z woźnicą wystarczył mu jako legitymizacja wszystkiego. Z jego perspektywy kontrola wyglądała na fachową i zgodną z procedurami.
Może był bardziej praworządnym obywatelem. A może o bardziej przychylnym nastawieniu zadecydował fakt, że nad jego siedziskiem ktoś zapobiegawczy wybudował daszek, dzięki czemu ulewny deszcz nie lał mu się na głowę.
W każdym razie, gdy Jon go mijał, machnął tylko ręką na znak, że wszystko jest w porządku.
Poszukiwanie właściwego klucza nie zajęło dużo czasu - trafił już za drugim razem.
Wóz wyładowany był licznymi skrzyniami, ustawionymi jedna na drugiej. Jon mógł tylko dziękować sobie w duchu, że zamiast oznaczyć właściwą skrzynię węglem, jak pierwotnie zakładali, ostatecznie umówili się z pomocnikiem ogrodnika na wycięcie na niej rysy kozikiem. Dzięki temu jego wzrok stosunkowo szybko odnalazł właściwy ładunek.
Jak na złość, skrzynia była zastawiona innymi. Stała własciwie na samym końcu. Nie będzie łatwo się do niej dostać.
***Vincent Flatter był coraz wyraźniej zaniepokojony. Odsunął zasłonkę, by wyjrzeć przez okienko po swojej stronie powozu. Strugi deszczu i ponura aura utrudniały mu widoczność. Poruszył się nerwowo na siedzisku.
- Nieprawdaż? - zawtórowała Saryi Christina. - Zawsze powtarzam Vincentowi, że nie docenia owoców swojej pracy. Dom Aukcyjny to perła w koronie Nimnaros, tymczasem Vincent pozostaje wciąż niezadowolony. Mówi, że to jeszcze nie wszystko, na co go stać, że to za mało. Mógłbyś kiedyś, Vincencie, posłuchać głosu mieszkańców. Pani Chettblan mówi prawdę, Dom Aukcyjny jest wspaniałym miejscem.
Vincent nie zareagował na te słowa. Znów przyłożył czoło do okienka, próbując cokolwiek wypatrzeć.
- Nie ma powodów, żeby więcej dziś pani mokła. Proszę jechać z nami. Widziała pani już listę przedmiotów, które trafią na aukcję? Upatrzyła coś pani? - zapytała uprzejmie Christina.
Tymczasem Vincent przechylił się w kierunku drzwi i niezgrabnie spróbował przecisnąć się pomiędzy nogami obu pań, chcąc dotrzeć do wyjścia.
- Muszę zobaczyć, dlaczego stoimy. Spóźnimy się.
Sarya nie mogła wiedzieć, jak wygląda sytuacja na zewnątrz i ile udało się już osiągnąć Jonowi i Lambertowi. Czuła jednak, że upłynęło zbyt mało czasu, by zdążyli już ulotnić się z łupem. Jeśli nie chciała narażać ich na większe ryzyko, musiała zrobić coś, co zatrzyma mężczyznę w środku.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Z pewnym zaskoczeniem Sarya stwierdziła, że Christina jest naprawdę miłą kobietą, gdy już przełamie początkową nieufność.
- Ach, nie, nie widziałam listy przedmiotów - powiedziała Sarya. - Liczyłam, że coś przykuje moją uwagę na miejscu. A może pani by mi podszepnęła, co ciekawego będzie oferowane?
Tak, odwrócenie uwagi Christiny nie okazało się być trudne. Vincent Flatter okazał się być bardziej wymagającym celem. Trzeba było zacząć nad nim pracować. Sarya roześmiała się serdecznym śmiechem i zwróciła się do Christiny:
- Ależ on ma poczucie humoru! Spóźnimy się! - przeniosła wzrok na Vincenta. - Przecież to pana Dom Aukcyjny! Nie możemy się spóźnić!. To wszyscy inni przyjdą zbyt wcześnie. Ach, już sobie mogę to wyobrazić... tę niecierpliwość? Gdzie jest pan Flatter? Kiedy się zacznie aukcja? Wszyscy przeglądający raz po raz listę przedmiotów do kupienia, wyobrażający siebie trzymających nowe nabytki, utwierdzający się w przekonaniu, że nie tylko ich chcą, ale i potrzebują! Dyskretne rozmowy, mające na celu wywiedzieć się, kto inny ostrzy zęby na ich upragniony zakup... tak... Jeśli pan "spóźni" się jeszcze trochę, to coś czuję, że wszystkie przedmioty osiągną rekordowe ceny! A jeśli ktoś opuści aukcję nim pan przyjedzie... cóż, to znaczy, że mu tak naprawdę nie zależało, prawda? A więc i tak nie byłby poważnym graczem.
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon, idąc, dumnie krocząc zresztą, choć chowając głowę między ramionami w nadziei jakiejś nikłej, że to uchroni go przed deszczem, obejrzał się za siebie, jak Lambertowi idzie zagadywanie woźnicy.
Lambert przedstawiał iście kamienne oblicze, a jego niezachwiana pewność siebie mogłaby sprawić, że nawet posągi odwracają wzrok z zakłopatania.
Sam Jon, nieświadomie zresztą trochę, był jedną z niewielu osób na świecie, która potrafi dumnie przemykać chyłkiem. Szlachecka krew i duma, nie pozwalała mu się zanadto zginać niczym gorset.
Dobrze, uchronił się przed deszczem, łeb schował w czapie, ale taki pusty łeb, to mógłby też równie dobrze schować w piwnicy, na to samo by mu się przydał. Od razu zauważył, że choć pęk kluczy był pokaźny żaden nie pasował do skrzyń. A Jon nie znał się włamywaniu się do zamków. No chyba, że łomem, tak raz, a dobrze, to potrafił, ale nie tak, by nie zostawić śladów. Flatter musiał trzymać je przy sobie, lub ten drugi woźnica, no cóż, za późno by się przekonywać. Postanowił ułatwić Lambertowi robotę i zabrał się za przekładanie skrzyń. Szorując, przesuwając, przenosząc, zapierając się rękami i nogami, jakoś utorował drogę do skrzyni, którą ustawił subtelnie na widoku. Tak, aby łatwo było ją zauważyć, rzucając okiem dwa razy. A z tego co Jon pamiętał Lambert miał dwoje oczu, więc powinien znaleźć już za pierwszym.
- Sierżancie! - wrzasnął donośnie, wychodząc i głośno chlupocząc buciskami, podszedł do Lamberta. - Proszę nie zanudzać obywatela głupotami. Dokonałem wstępnej inspekcji i tak, jak się spodziewaliśmy jest to najprawdopodobniej oszustwo. Skrzyń oczywiście nie będziemy kontrolować, zajmie się tym nasz oddział w samym domu aukcyjnym, gdzie będą otwierane. Natomiast musimy sprawdzić, czy te konie mogą was bezpiecznie dowieźć. Sierżancie Valees, jako, że jest pan specjalistą i synem cieśli i z tego tytułu lepiej się pan zna na wozach niż ja proszę dokonać szczegółowej inspekcji. Proszę tylko niczego nie porysować - przypomniał subtelnie, we własnym mnienamiu, znak jaki uzgodnili. - Ja tym czasem pójdę z naszym woźnicą podpisać papiery i będziemy się zbierać a szanownemu państwu pozwolimy. Czy też może życzą sobie państwo, żeby was odeskortować na miejsce?
Lambert przedstawiał iście kamienne oblicze, a jego niezachwiana pewność siebie mogłaby sprawić, że nawet posągi odwracają wzrok z zakłopatania.
Sam Jon, nieświadomie zresztą trochę, był jedną z niewielu osób na świecie, która potrafi dumnie przemykać chyłkiem. Szlachecka krew i duma, nie pozwalała mu się zanadto zginać niczym gorset.
Dobrze, uchronił się przed deszczem, łeb schował w czapie, ale taki pusty łeb, to mógłby też równie dobrze schować w piwnicy, na to samo by mu się przydał. Od razu zauważył, że choć pęk kluczy był pokaźny żaden nie pasował do skrzyń. A Jon nie znał się włamywaniu się do zamków. No chyba, że łomem, tak raz, a dobrze, to potrafił, ale nie tak, by nie zostawić śladów. Flatter musiał trzymać je przy sobie, lub ten drugi woźnica, no cóż, za późno by się przekonywać. Postanowił ułatwić Lambertowi robotę i zabrał się za przekładanie skrzyń. Szorując, przesuwając, przenosząc, zapierając się rękami i nogami, jakoś utorował drogę do skrzyni, którą ustawił subtelnie na widoku. Tak, aby łatwo było ją zauważyć, rzucając okiem dwa razy. A z tego co Jon pamiętał Lambert miał dwoje oczu, więc powinien znaleźć już za pierwszym.
- Sierżancie! - wrzasnął donośnie, wychodząc i głośno chlupocząc buciskami, podszedł do Lamberta. - Proszę nie zanudzać obywatela głupotami. Dokonałem wstępnej inspekcji i tak, jak się spodziewaliśmy jest to najprawdopodobniej oszustwo. Skrzyń oczywiście nie będziemy kontrolować, zajmie się tym nasz oddział w samym domu aukcyjnym, gdzie będą otwierane. Natomiast musimy sprawdzić, czy te konie mogą was bezpiecznie dowieźć. Sierżancie Valees, jako, że jest pan specjalistą i synem cieśli i z tego tytułu lepiej się pan zna na wozach niż ja proszę dokonać szczegółowej inspekcji. Proszę tylko niczego nie porysować - przypomniał subtelnie, we własnym mnienamiu, znak jaki uzgodnili. - Ja tym czasem pójdę z naszym woźnicą podpisać papiery i będziemy się zbierać a szanownemu państwu pozwolimy. Czy też może życzą sobie państwo, żeby was odeskortować na miejsce?
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Sarya po raz kolejny w swoim życiu przekonała się, że wystarczy kilka sztuczek językiem, by zadowolić mężczyznę. Jej słowa musiały trafić w czułe struny Flattera, ponieważ ten zatrzymał się w pół ruchu do drzwiczek i - po raz pierwszy, odkąd się poznali - posłał pracownicy Domu Urody szczery uśmiech.
- Piękne słowa, pani Chatteblan. Piękne, bo prawdziwe - stwierdził Vincent, ponownie siadając na miejscu. - Podobnie jak w tej grze, która zaczęła ostatnio przykuwać uwagę bywalców miejskich karczm, najważniejsza jest czarna kulka, ponieważ ma wpaść ostatnia do jednej z dziur po bokach stołu, tak samo i ja, wpadając jako ostatni na aukcję, podkreślę swoją pozycję. - Uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z obrazowego porównania.
Christina zaśmiała się cicho. Sarya nie potrafiła rozpoznać, czy to faktyczne rozbawienie, czy raczej potrzeba utwierdzenia towarzysza w przekonaniu, że powiedział coś wartego uwagi.
- Jednakże - podjął Flatter - wolę spóźniać się na własnych zasadach, wiedząc, co jest tego przyczyną. - Przesunął zasuwkę w górze okna, co pozwoliło mu odchylić nieco szybę. - Goooonzo! - krzyknął, przykładając usta do powstałej szczeliny. - Gonzo, co tam się wyprawia?!
Christina posłała Saryi niewinne spojrzenie i lekko wzruszyła ramionami. Ach, ci mężczyźni i ich biznesy, zdawał się mówić ten gest, nic ich od tego nie odciągnie.
- Bardzo podoba mi się pani podejście do aukcji - odezwała się. - To, że nie dowiaduje się pani niczego z wyprzedzeniem, nie buduje oczekiwań i nie rozbudza emocji. Dzięki temu może pani zakupić to, co rzeczywiście panią zachwyci, a nie to, co zdawało się zachwycające na papierze. Domyślam się, że to nie pierwsza pani licytacja. Udało się pani wejść już w posiadanie jakichś szczególnie interesujących towarów? - Choć było to zapewne niezamierzone, ostatnie słowo powiedziała w sposób, który sugerował, że dla niej aukcje to tylko biznes, a wystawione przedmioty są jedynie środkiem do zysku.
Flatter, gdyby nie był zajęty cichą rozmową ze stojącym przy oknie woźnicą, z pewnością by zaprotestował.
***
Woźnica już miał odpowiedzieć Jonowi, co myśli o propozycji eskorty, gdy ze strony karety rozległ się donośny krzyk.
- Goooonzo! - krzyczał ktoś siedzący w środku.
Woźnica wzdrygnął się, a potem przeprosił strażników i odszedł w stronę karety. Lambert wykorzystał ten moment, by mrugnąć do Jona i szybkim krokiem udać się w stronę drugiego wozu.
Jon przez chwilę stał w ciszy, moknąc na nieprzestającym padać deszczu. Widział, jak Lambert zbliża się do drugiego wozu i niknie za nim. Teraz mógł tylko liczyć oddechy i czekać. Wdech, wydech. Ile, do diabła, wdechów i wydechów może trwać otwarcie skrzyni przez kogoś, kto zjadł na tym zęby? Pewnie chwilę. Lada moment Lambert powinien dostać się już do maski.
Ledwie przemknęło to Jonowi przez myśl, zauważył, że coś jest nie tak. Stojący przy karecie woźnica - Gonzo - posłał mu szybkie spojrzenie, a gdy upewnił się, że Jon został sam, chyżo ruszył w stronę drugiego wozu. Jon błyskawicznie ocenił odległość - stał kilka metrów dalej, a mokry bruk był niezwykle śliski. Prawdopodobnie dogoni woźnicę akurat w momencie, gdy ten dotrze do końca wozu. Ale czy uda mu się jeszcze jakoś powstrzymać go przed ujrzeniem, co robi Lambert?
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jona zalały lodowaty deszcz, zimne poty i natłok myśli, co zrobić.
Decyzja mogła być tylko jedna. Postanowił wyrzucić z siebie miksturę psiarskiego ulicznika i krwi starego rodu. Całą gamę osobowości, która nie znosi sprzeciwu i domaga się odpowiedzialności. A sprzeciwu nie akcpetuje, bo i tak nie wiedzialałby, co z nim zrobić.
- Obywatelu! - ryknął na cały głos, aż mokry wąs zafurkotwał. Postanowił nie ruszać się z miejsca i z wyprostowaną postawą udowodnić, że to nie on będzie tu do kogoś podchodził. - Przypominam, że utrudnianie inspekcji przeciw przemytniczej jest surowo karane! Od przypalania żelazem do obcięcia dłoni włącznie! Kastracja jest gdzieś pomiędzy!
Miał tylko nadzieję, że Lambert go usłyszał jak, tak darł mordę o zmyślonych karach za zmyślone zbrodnie i zaraz wyjdzie i uspokoi woźnicę. I że Gonzo chociaż zwątpi na chwilę, by zastanowić się jakim cudem kastracja znalazła się między przypalaniem i obcinaniem dłoni.
- Co chcecie przed nami ukryć? - dodał, decydując się, by postawić kilka powolnych kroków.
Decyzja mogła być tylko jedna. Postanowił wyrzucić z siebie miksturę psiarskiego ulicznika i krwi starego rodu. Całą gamę osobowości, która nie znosi sprzeciwu i domaga się odpowiedzialności. A sprzeciwu nie akcpetuje, bo i tak nie wiedzialałby, co z nim zrobić.
- Obywatelu! - ryknął na cały głos, aż mokry wąs zafurkotwał. Postanowił nie ruszać się z miejsca i z wyprostowaną postawą udowodnić, że to nie on będzie tu do kogoś podchodził. - Przypominam, że utrudnianie inspekcji przeciw przemytniczej jest surowo karane! Od przypalania żelazem do obcięcia dłoni włącznie! Kastracja jest gdzieś pomiędzy!
Miał tylko nadzieję, że Lambert go usłyszał jak, tak darł mordę o zmyślonych karach za zmyślone zbrodnie i zaraz wyjdzie i uspokoi woźnicę. I że Gonzo chociaż zwątpi na chwilę, by zastanowić się jakim cudem kastracja znalazła się między przypalaniem i obcinaniem dłoni.
- Co chcecie przed nami ukryć? - dodał, decydując się, by postawić kilka powolnych kroków.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Krzyk Jona wpadł także przez uchylone okno do karety. Vincent Flatter westchnął ciężko i pokręcił głową, podczas gdy Sarya mogła się tylko domyślać, co dzieje się na zewnątrz.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Ostatnie, czego Sarya potrzebowała, to aby ktokolwiek zwrócił uwagę i potem powiedział, że "nasłuchiwała dźwięków spoza powozu". Nie, ona poświęciła się całkowicie swojej roli i ignorowała wszystkie dźwięki poza słowami Vincenta i Christiny. A zresztą... wierzyła w kompetencję Lamberta i Jona. Oni mieli swoją robotę, a ona swoją.
I znów szybka ocena Christiny. A więc patrzyła na aukcję jak na jeden wielki interes? Wspaniale. Sarya dalej utrzymywała, że największym błędem jaki mogłaby teraz popełnić, to zwrócić Christinę przeciwko sobie. A więc niech ta uważa za całkowitą amatorkę... amatorkę, ale dysponującą własnymi pieniędzmi, tak by nie pomyślała, że "Catelyn Chettblan" chce wykorzystać Vincenta.
- Niestety - Sarya przybrała smutny wyraz twarzy. - Te rzeczy, które mi się podobały, były zawsze poza moim zasięgiem. A może... - głos Andurianki przybrał ton konspiracyjnego szeptu, gdy zwróciła się bezpośrednio do Vincenta, delikatnie dotykając palcami jego przedramienia - panie Flatter, może pomógłby pan jeszcze raz kobiecie w opałach? Może jest pan w stanie polecić mi coś pięknego, co będzie oferowane na aukcji? Jestem pewna, że zna pan na pamięć wszystkie oferowane przedmioty.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Być może Sarya postanowiła udawać, że krzyki zza okna jej nie obchodzą. Być może Christina także nie zwracała na nie uwagi.
Ale nie Vincent Flatter.
Właściciel Domu Aukcyjnego z każdą chwilą był coraz bardziej nerwowy. W końcu coś jakby się w nim przelało.
- Przepraszam - powiedział tylko, a w jego głosie było coś, co powstrzymało Saryę przed dalszymi próbami zatrzymania go. - Christino, opowiedz pani Chatteblan, co jest na dzisiejszej liście. Idę sprawdzić, co się tam wyprawia.
Dynamicznie przecisnął się między kobietami i chwilę potem już był na zewnątrz.
Przez otwarte drzwi do karety wpadł lodowaty wiatr. Sarya poczuła, jak przeszywa ją zimny dreszcz - jej suknia nie zdążyła jeszcze wyschnąć.
Gorszy był jednak inny chłód. Ten, który malował się teraz na twarzy Christiny. Patrzyła na Saryę przenikliwie, a z jej twarzy zniknęły całe uprzejmość i współczucie, które do tej pory pozwalały oszustce myśleć, że ma Ag'illerę w garści.
- No dobrze, złociutka, w co sobie pogrywasz? - odezwała się Christina po chwili pełnej napięcia ciszy. - Nie pamiętam twojego imienia, ale takiej urody nie sposób zapomnieć. Pojawiłaś się w Domu Urody w czasie, kiedy ja... Dochodziłam do wniosku, że samozatrudnienie przyniesie mi większe korzyści. - Uśmiechnęła się cierpko. - Flatter to łakomy kąsek, prawda? Ta kurka znosi mi złote jaja od blisko roku i nie chciałabym, żeby to się skończyło za sprawą jakiejś młodszej i bardziej ponętnej kobiety. - Znacząco zmierzyła Saryę spojrzeniem.
Uniosła dłoń, by dać znać, że to jeszcze nie pora na tłumaczenia.
- Tylko dlatego, że czuję, że mam pewien dług wobec Domu Urody, nie wydam cię. Ale nie pozwolę ci zdobyć Vincenta. Jego serce i skarbiec należą do mnie.
Opuściła dłoń. Nadeszła pora na ruch Saryi.
***Jon miał powody do zadowolenia. Jego władczy ton podziałał na Gonza lepiej, niż mógł oczekiwać. Woźnica stanął jak wryty i odwrócił się do niego powoli. W jego rozbieganych oczach, w rzucanych na boki nerwowych spojrzeniach, widać było narastający stres.
- Ja... ja nie wiem, ja tylko powożę - powiedział niemrawo i gestem wskazał Jonowi, żeby sam się przekonał.
Jon wyszedł za powóz, pozostawiając rozdrganego Gonza poza zasięgiem wzroku. Drewniane drzwi prowadzące do części z załadunkiem były otwarte. Stał w nich Lambert.
Białe zęby złodzieja błyszczały w szerokim uśmiechu. Uwagę Jona przykuwało jednak coś innego - przypominająca trupią czaszkę maska, którą Gresk nonszalancko podrzucał w dłoni. Mieli to!
- Co tam masz, przebierańcu? - rozległo się za plecami Jona. Ten, zanim się odwrócił, zobaczył jeszcze, jak uśmiech spływa z twarzy Lamberta.
W ich stronę zmierzało trzech mężczyzn. Od razu rozpoznali tego na przedzie - to Cerez, awanturnik spod kwiaciarni, któremu niecały kwadrans wcześniej popsuli randkę. Gorsze było jednak to, co czaiło się za jego plecami.
Dwóch strażników. Jon rozpoznał ich bez trudu - Billy oraz Joel, rekruci cieszący się ponurą sławą tych, którzy najczęściej zgłaszają się po nowe pałki do magazynu, po tym, jak poprzednie połamią na plecach nieszczęśników, którzy podpadli im w czasie patrolu.
- Wiedziałem, że coś jest nie tak - ryknął Cerez, celebrując zwycięstwo. - Gałgany! Dwie ulice dalej wpadłem na tych oto strażników i zapytałem, czym, do diabła, ta okolica zasłużyła sobie na tak liczne patrole. Zdziwili się, bo podobno tylko oni mieli przydział na ten obszar. Więc ich tu przyprowadziłem. I co, trzeba było mnie wkurwiać?
Jon, który stał nieco z boku powozu, póki co pozostawał nierozpoznany. Nie miał jednak wątpliwości, że jego masakrada to za mało, by oszukać tych dwóch. Gdy przyjrzą mu się z bliska, bez trudu rozpoznają w nim jednego ze swoich.
Billy odłączył się od pozostałej dwójki i przeszedł za plecami Jona. Szlachcic zesztywniał na chwilę, ale tamten wyminął go tylko.
- Ty, kurwa, woźnica. W tej chwili się tutaj meldujesz - ryknął w stronę Gonza.
Jon dostrzegł kątem oka, jak woźnica odwraca się na pięcie.
- Pierdolę tę robotę. Za mało mi płacą, żebym się w to mieszał - ryknął i faktycznie zaczął się oddalać. Gdy dotarł do koni, zatrzymał się i odezwał do kogoś, kto jeszcze pozostawał poza zasięgiem wzroku szlachcica, schowany za zwierzętami. Jego tożsamość została jednak szybko ujawniona przez krzyki wyprowadzonego z równowagi Gonza. - Żegnam, panie Flatter! Sam se pan powoź! Najpierw chcą ode mnie, kurwa, dokumenty, zaświadczenia, glejty, potem słucham historii o jakiejś, jak jej tam, Hilgdegundzie i jej herbatkach, a teraz jeszcze... Pierdolę! - Ściągnął z głowy woźniczą czapkę i cisnął ją pod nogi, byłego już, zleceniodawcy.
*** Sytuacja maluje się więc następująco. Na ulicy Różanej stoją dwa wozy, jeden za drugim. Na samym przedzie, przy koniach, Flatter wysłuchuje właśnie okrzyków wzburzonego Gonza. Wewnątrz tego powozu siedzą Sarya wraz z Christiną.
Na drugim wozie zasiada młodszy woźnica, który do tej pory nie podjął żadnej inicjatywy. Zdaje się, że czeka tylko, aż to wszystko się skończy i będzie mógł zakończyć zmianę.
Obok drugiego wozu, mniej więcej w jego połowie, stoi jeden z rekrutów straży miejskiej, Billy, zdziwiony reakcją Gonza, który odważył się zignorować jego polecenie. Dwa kroki dalej, przy narożniku tegoż wozu, plecami do Billy'ego stoi Jon.
W otwartych drzwiach, na wozie, stoi Lambert. Zdążył już ukryć maskę za plecami. Nie ulega jednak wątpliwości, że patrzący na niego z dołu podejrzliwie Joel nie odpuści, dopóki tamten nie pokaże mu rąk.
Cały ten obrazek wieńczy Cerez, chodzący w tę i z powrotem w poprzek ulicy, wypluwając z siebie kolejne inwektywy pod adresem Jona i Lamberta.
Zrobił się, kurwa, niezły burdel.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Pamiętasz, Lambert, jak ci opowiadałem, że po jakiego grzyba my układamy te plany, skoro wydarzenia nigdy nie idą zgodnie z nimi? Po co my się trudzimy, skoro zawsze wszystko idzie w łeb i trzeba improwizować? Nie mówiłem, że równie dobrze, to możemy wszyscy przebrać się w sukienki i tak pójdzie coś nie tak?
To Jon myślał, kiedy w ponurym milczeniu patrzył Lambertowi głęboko w oczy.
- Radzę się czegoś złapać, panie Valees - powiedział tylko. - I mocno trzymać.
Chlasnął wrotami powozu, ale nie miał czasu by zamykać je na kłódkę, więc tylko wcisnął skobel.
Odwrócił się, by spojrzeć na osiłka, który przypałętał się tu z drugim bęcwałem, przyprowadzonym przez idiotę. Naprawdę jesteśmy siebie warci, godni przeciwnicy, pomyślał Jon. Ale wiedział też, że straż, jaka by nie była, to formacja militarna. I jaki burdel, by tam nie panował, od twarzy ważniejsze są stopnie. A Jon wciąż miał na sobie mundur oficera. A w żyłach kipiącą brawurę.
- Spierdalaj, chamie - odezwał się tylko do Joela, mijając go. Zbliżając się do Billy'ego dodał - ty też.
Sadząc długie, pewne kroki zbliżył się do zydla i wskoczył na siedzisko. Wyprostował się i odetchnął głęboko, ciesząc się chwilowym brakiem deszczu pod daszkiem. Przyszło mu do głowy, że niesamowite tłumy polubiły moknąć na ulicach.
Spojrzał lodowatym wzrokiem na młodego woźnicę i tylko krótkim spojrzeniem, on, ulica, on, ulica, dał mu do zrozumienia, że pora wysiąść. Ale nie czekał. Zepchnął go z całej siły, mając nadzieję, że chłopak nie skręcił karku i trzasnął z całej siły lejcami po końskich grzbietach i ryknął ile powietrza w płucach:
- WIO!
Aby wyminąć powóz przed nimi.
Och, Saryo, moja słodka Saryo. Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze w mieszkaniu Lamberta, by wspólnie świętować. Mam też nadzieję, że Lambert obije sobie dupsko o skrzynei za te głupie pomysły. Chciałby coś krzyknąć Saryi, jakiś kod, sygnał umowiony, myśl ulotną, geniuszu przebłysk. Ale nie miał, ani czasu, ani kodu, myśli, sygnału. Nie chciał jej wydać. Więc posłał jej tylko myśl, powodzenia. Pokładam nadzieję, że nie urwiesz nam jajec, jak już się zobaczymy.
To Jon myślał, kiedy w ponurym milczeniu patrzył Lambertowi głęboko w oczy.
- Radzę się czegoś złapać, panie Valees - powiedział tylko. - I mocno trzymać.
Chlasnął wrotami powozu, ale nie miał czasu by zamykać je na kłódkę, więc tylko wcisnął skobel.
Odwrócił się, by spojrzeć na osiłka, który przypałętał się tu z drugim bęcwałem, przyprowadzonym przez idiotę. Naprawdę jesteśmy siebie warci, godni przeciwnicy, pomyślał Jon. Ale wiedział też, że straż, jaka by nie była, to formacja militarna. I jaki burdel, by tam nie panował, od twarzy ważniejsze są stopnie. A Jon wciąż miał na sobie mundur oficera. A w żyłach kipiącą brawurę.
- Spierdalaj, chamie - odezwał się tylko do Joela, mijając go. Zbliżając się do Billy'ego dodał - ty też.
Sadząc długie, pewne kroki zbliżył się do zydla i wskoczył na siedzisko. Wyprostował się i odetchnął głęboko, ciesząc się chwilowym brakiem deszczu pod daszkiem. Przyszło mu do głowy, że niesamowite tłumy polubiły moknąć na ulicach.
Spojrzał lodowatym wzrokiem na młodego woźnicę i tylko krótkim spojrzeniem, on, ulica, on, ulica, dał mu do zrozumienia, że pora wysiąść. Ale nie czekał. Zepchnął go z całej siły, mając nadzieję, że chłopak nie skręcił karku i trzasnął z całej siły lejcami po końskich grzbietach i ryknął ile powietrza w płucach:
- WIO!
Aby wyminąć powóz przed nimi.
Och, Saryo, moja słodka Saryo. Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze w mieszkaniu Lamberta, by wspólnie świętować. Mam też nadzieję, że Lambert obije sobie dupsko o skrzynei za te głupie pomysły. Chciałby coś krzyknąć Saryi, jakiś kod, sygnał umowiony, myśl ulotną, geniuszu przebłysk. Ale nie miał, ani czasu, ani kodu, myśli, sygnału. Nie chciał jej wydać. Więc posłał jej tylko myśl, powodzenia. Pokładam nadzieję, że nie urwiesz nam jajec, jak już się zobaczymy.