
Poranek poza murami Nimnaros był tego dnia wyjątkowo rześki. Wiatr kłaniał ku ziemi niedojrzałe, zielonkawe łany zbóż na rolniczych terenach nieopodal lasu. Tego dnia okolica gdzie toczyć się miał kolejny epizod szczurzego dramatu, pogranicze między lasami a polami uprawnymi, była jednak dosyć opustoszała. Ot, w oddali dojrzeć można było jakichś pojedynczych farmerów doglądających plonów, zbierających z ziemi jakieś drobne, sflaczałe rzeczy albo wylewających coś z wiader na umiarkowanie urodzajną roślinność. W lesie co jakiś czas zaćwierkał ptaszek lub wiewiór przemknął po gałęziach, a stary, opuszczony spichlerz stojący na skraju puszczy zionął czasem głośnym świstem, kiedy wiatr zahulał w jego opustoszałym wnętrzu. Sielanka, wicherek, zieleń, piękne słoneczko, żadnych zagrożeń ani zmartwień. Brakowało tu jednak dwóch elementów. Tak, zdecydowanie ich brakowało. Jakich? Cóż, pierwszym z nich był wielki stos martwych, gnijących szczurów.
I z jednej strony ten stan rzeczy mógł zmartwić Valoo, a z drugiej mógł przynieść ulgę, bo równie makabryczny widok psułby piękną scenerię. Scenerię, którą już miał okazję zobaczyć. Ba, miał okazję nawet samemu ją namalować. Podczas jednego z popajowych przypływów weny, udało mu się stworzyć idealne odwzorowanie miejsca w którym teraz się znajdował. Słońce na niebie, przecinająca uprawy polna dróżka prowadząca do lasu, tuż przy niej ukryty na zakręcie ścieżki spadek, który z oddali zdawał się wyglądać tak, jakby pole było płaskie, ale skrywający mały rów, którym kiedyś musiał płynąć jakiś strumyk. Nieopodal stary, opuszczony, piętrowy spichlerz - otwarty i ziejący pustkami. Ale na obrazie, w miejscu gdzie appazi stał, leżeć powinien stos martwych szczurów z wywalonymi jęzorami i konwulsyjnie zaciśniętymi pazurkami. A nieopodal jeszcze, drugi element, którego złośliwie brakowało - młody chłopak stojący przy wozie na którym znajdowały się dwie beczki.
Brak wskazanych magicznych pędzlem części scenerii normalnie może nie byłby aż tak irytujący, ale to nie był jedyny powód Valoo do zmartwień. Parę dni temu, malarz dowiedział się, że jego dostawca paju zwinął interes. Gagatek podobno znalazł po prostu kogoś, kto zapłaci więcej i kto potrzebuje większych działek. Nagle okazało się, że pajace u których dotąd Valoo się zaopatrywał są niedostępni, albo nie mają niczego dla mniejszych klientów. I z jednej strony była to znakomita okazja do odwyku! A z drugiej... ech... Czemu akurat teraz, musiało zabraknąć tej pożywki dla duszy i talentu?
Ale mniejsza, czas na smutne rozmyślania właśnie się zakończył nim mógł się na dobre rozpocząć, a przygoda i splot losów musiały w końcu wyjść na pierwszy plan. Valoo usłyszał szmer z lasu i ujrzał grzywę blond włosów przyczepioną do małej niziołki wychodzącej z krzaków. Zaś chwilę później, od strony ścieżynki którą appazyjczyk przybył tu z Nimnaros, rozległy się krzyki i rozbrzmiał stukot kopyt... I nagle, jeden z elementów obrazu którego brakowało, pojawił się na widoku. W szybkim, bardzo szybkim tempie.
...
Dahlien przedzierała się dziarsko przez leśne chaszcze i krzaki, nie bacząc na pozostające we włosach liście, gałązki i drobne robaczki oczarowane jej osobą. Kolejny wspaniały dzień i kolejna wyprawa na obrzeża Nimnaros - chociaż tym razem w niezbyt przyjemnej sprawie. Od małej druidki zależały tym razem losy wielu zwierząt. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni.
Parę dni temu, do gaju w którym medytowała niziołka, dotarła delegacja gryzoni polnych. Koszatniczki, ryjówki, myszy i nornice przebyły do niej daleką drogę (jak na takie małe łapki), aby poinformować o swoich problemach oraz zgryzotach. Jakich? No, tutaj pojawił się problem, bo poczciwe, wiejskie zwierzęta nie potrafiły odpowiednio wyrazić swoich zmartwień. Zaaferowane, głupiutkie żyjątka nawet z pomocą Buhra nie były w stanie przekazać druidce o co chodzi - ta jednak zrozumiała mniej więcej istotę problemu. Coś masowo zabijało gryzonie na nimnarejskich uprawach. Coś złego i okrutnego wobec przyrody. Co dokładniej? Nie potrafiły przekazać. Ale bardzo się tego bały.
Któż miałby się zająć podobnym problemem, jak nie uzdrowicielka zwierząt? Stąd też Dahlien już od jakiegoś czasu przedzierała się ku polom, gotowa rozgryźć tajemnicę masowych zgonów gryzoni. Przeskoczyła nad zwalonymi kłodami, uśmiechnęła się do pszczół wyłaniających się z ula na jednej z gałęzi, zagłębiła w krzaczory... i wyszła w końcu na skraj lasu, na tereny polno-uprawne. Pierwszą rzeczą, którą poczuła, był chłodny dotyk przyjemnego wiatru i promieni słonecznych. Pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był szczupły, elegancki appazi, stojący samotnie pośród tej scenerii, tak jakby na coś czekał. A pierwszą rzeczą, którą usłyszała, było...
- KURWA, GDZIE GNOJU! NIE UCIEKNIESZ!
Gdzieś za appazim nagle pojawiły się dwa wozy ciągnięte przez konie - na jednym z nich siedziała para krasnoludów, kobieta i mężczyzna, a na drugim zgarbiony ork. A przed nimi ktoś biegł... ktoś zaskakująco znajomy...
...
Keegan biegł tak szybko jak mógł, a nogi uginały się już pod nim ze zmęczenia. Było zrozumiałym, że mógł mieć pecha. Każdemu zdarza się mieć zły dzień. Keeganowi nawet zdarzały się to chyba troszkę częściej niż innym. Ale TO już była przesada. Wydawać by się mogło, że wyjście poza miasto to najlepszy sposób na ukrywanie się przed strażnikami i kuzynostwem pana Raubo. Wizyta w eldriońskich namiotach, może uczestnictwo w biesiadzie? Okazja do buchnięcia komuś sakiewki? Wydania zdobytych jakiś czas temu pieniędzy? Albo poobserwowania duchów szczurów i sprawdzenie, gdzie tym razem go poprowadzą. Każda opcja była lepsza niż zupełnie niespodziewane natknięcie się na Klynne i Bayda. TYCH Klynne i Bayda, rodzeństwa rzezimieszków znanych w półświatku na tyle dobrze, że nawet Keegan nie mógł o nich nie usłyszeć. Ruda Klynne, ta która łamie po dwadzieścia jeden palców wierzycielom - po jednym za każdy opóźniony dzień spłaty haraczy, wredna, sukowata, uwielbiająca zadawać ból i z cycem aż po pas. Siwy Bayd, spokojniejszy od swojej towarzyszki, ale hodujący psy, które rzekomo gustują w ludzkim mięsie i mający zęby spiłowane na ostro, pewnie żeby się pożywiać razem z nimi. Krótko mówiąc... to mniej lubiane kuzynostwo pana Raubo. No kurwa mać.
Duet najwyraźniej nie był poza miastem by celowo poszukiwać Keegana. Przyjechali na wozie-dwukółkach ciągniętym przez konia, na którym mieli beczkę z, sądząc po narysowanej na niej kupie, nawozem. Towarzyszył im jeszcze jeden, bliźniaczy wóz, załadowany dodatkowymi dwiema beczkami i powożony przez zgarbionego, zakrytego od stóp do głów szatami orka o podkrążonych oczach i ponurej minie. Jego usta zasłaniała czarna maska, a przy boku trzymał jakąś skrzynkę - wypełnioną szklanicami albo fiolkami, jak by wskazywał brzęk podczas jazdy. Pewnie mieli po prostu dostarczyć komuś jakiś towar poza miastem. Ale skoro złapali trop Keegana...
...to nie zamierzali odpuścić. I byli przy tym naprawdę zatwardziali. Gdy Keegan próbował wtapiać się w tłum - ork bezgłośnie pokazywał krasnoludom, gdzie się znajduje, wskazując odpowiednie miejsce swym kościstym palcem. Gdy chłopak próbował na polach wbiegać w uprawy - rodzeństwo gnało po nich wozami mając gdzieś potencjalne zniszczenia. Przez długi czas Keeganowi udawało się umykać przed ciężkimi, obciążone tak załadunkiem, jak i samymi powożącymi, wozami, ale konie miały więcej sił i kondycji niż on. Dlatego biegł ku lasowi lub staremu spichlerzowi, które majaczyły w oddali, chcąc tam znaleźć schronienie i okazję do ucieczki... lub kontrataku? A im był bliżej skraju lasu, tym bardziej się dziwił, bo w miejscu gdzie zmierzał stała dwójka osób, które los musiał chyba zesłać, żeby pomogły nieszczęsnemu chłopakowi w uporaniu się z pościgiem...
...
I tak moi mili losy całej trójki trzech bohaterów splatają się po raz pierwszy. Dahlien i Valoo widzą, jak Keegan biegnie ku nim, goniony przez dwa wozy. Na jednym z nich siedzi dwójka krasnoludów, kobieta i mężczyzna. Rudowłosa kobieta z twarzą poznaczoną czarnymi tatuażami, szaleństwem w oczach, przekleństwami na ustach...
- POWYRYWAM CI DUPY Z NOGI, TFU, NOGI Z DUPY GÓWNIARZU, CHODŹ TU KURWA, DAWAJ PALUCHY!
...i siekierką przy pasie, oraz mężczyzna, z posiwiałą brodą, spokojny, powożący dwókółkami, a przy boku trzymający pałkę. Uśmiechał się złowieszczo, obnażając kły spiłowane niby u rekina. Za nimi, wolniej, jechał kolejny wóz - siedział na nim duży, zgarbiony ork, ciasno zakutany w szaty mające maskować jego figurę. Głowę przesłaniał czarnym kapturem, większą część twarzy skrywał ciemną chustą, a jego podkrążone oczy patrzyły raczej na Dahlien i Valoo, niż na Keegana. Prawą, rachityczną dłoń trzymał na leżącym obok siebie małym kuferku. Na obydwu wozach znajdowały się beczki z namalowanym na nich symbolem kupy. Krasnoludy nie zamierzały chyba zwalniać i jak tak dalej pójdzie, to władują się końmi i ciężkimi kołami nie tylko na Keegana, ale i na appazsko-niziołczy duet.
Skoro sytuacja jest rozrysowana - nadszedł czas na decyzje. Gdzie się uda Keegan, chcąc uciec przed napastnikami? Jak zareagują Dahlien i Valoo na tę nieoczekiwaną sytuację? Co zrobić w takiej sytuacji, jak wykorzystać to co jest wkoło? Czy pola spłyną krwią... czy gnojówką?