Wielki Szczur czuwa - trutka na szczury

Szczury tłoczą się w piwnicach. Niespokojna okolica. Miasto w dymie, miasto ginie. Chwalmy Szczurów Władcy imię.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 145
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:07
WIELKI SZCZUR CZUWA, AKT I: TRUTKA NA SZCZURY


Obrazek

Poranek poza murami Nimnaros był tego dnia wyjątkowo rześki. Wiatr kłaniał ku ziemi niedojrzałe, zielonkawe łany zbóż na rolniczych terenach nieopodal lasu. Tego dnia okolica gdzie toczyć się miał kolejny epizod szczurzego dramatu, pogranicze między lasami a polami uprawnymi, była jednak dosyć opustoszała. Ot, w oddali dojrzeć można było jakichś pojedynczych farmerów doglądających plonów, zbierających z ziemi jakieś drobne, sflaczałe rzeczy albo wylewających coś z wiader na umiarkowanie urodzajną roślinność. W lesie co jakiś czas zaćwierkał ptaszek lub wiewiór przemknął po gałęziach, a stary, opuszczony spichlerz stojący na skraju puszczy zionął czasem głośnym świstem, kiedy wiatr zahulał w jego opustoszałym wnętrzu. Sielanka, wicherek, zieleń, piękne słoneczko, żadnych zagrożeń ani zmartwień. Brakowało tu jednak dwóch elementów. Tak, zdecydowanie ich brakowało. Jakich? Cóż, pierwszym z nich był wielki stos martwych, gnijących szczurów.

I z jednej strony ten stan rzeczy mógł zmartwić Valoo, a z drugiej mógł przynieść ulgę, bo równie makabryczny widok psułby piękną scenerię. Scenerię, którą już miał okazję zobaczyć. Ba, miał okazję nawet samemu ją namalować. Podczas jednego z popajowych przypływów weny, udało mu się stworzyć idealne odwzorowanie miejsca w którym teraz się znajdował. Słońce na niebie, przecinająca uprawy polna dróżka prowadząca do lasu, tuż przy niej ukryty na zakręcie ścieżki spadek, który z oddali zdawał się wyglądać tak, jakby pole było płaskie, ale skrywający mały rów, którym kiedyś musiał płynąć jakiś strumyk. Nieopodal stary, opuszczony, piętrowy spichlerz - otwarty i ziejący pustkami. Ale na obrazie, w miejscu gdzie appazi stał, leżeć powinien stos martwych szczurów z wywalonymi jęzorami i konwulsyjnie zaciśniętymi pazurkami. A nieopodal jeszcze, drugi element, którego złośliwie brakowało - młody chłopak stojący przy wozie na którym znajdowały się dwie beczki.

Brak wskazanych magicznych pędzlem części scenerii normalnie może nie byłby aż tak irytujący, ale to nie był jedyny powód Valoo do zmartwień. Parę dni temu, malarz dowiedział się, że jego dostawca paju zwinął interes. Gagatek podobno znalazł po prostu kogoś, kto zapłaci więcej i kto potrzebuje większych działek. Nagle okazało się, że pajace u których dotąd Valoo się zaopatrywał są niedostępni, albo nie mają niczego dla mniejszych klientów. I z jednej strony była to znakomita okazja do odwyku! A z drugiej... ech... Czemu akurat teraz, musiało zabraknąć tej pożywki dla duszy i talentu?

Ale mniejsza, czas na smutne rozmyślania właśnie się zakończył nim mógł się na dobre rozpocząć, a przygoda i splot losów musiały w końcu wyjść na pierwszy plan. Valoo usłyszał szmer z lasu i ujrzał grzywę blond włosów przyczepioną do małej niziołki wychodzącej z krzaków. Zaś chwilę później, od strony ścieżynki którą appazyjczyk przybył tu z Nimnaros, rozległy się krzyki i rozbrzmiał stukot kopyt... I nagle, jeden z elementów obrazu którego brakowało, pojawił się na widoku. W szybkim, bardzo szybkim tempie.

...

Dahlien przedzierała się dziarsko przez leśne chaszcze i krzaki, nie bacząc na pozostające we włosach liście, gałązki i drobne robaczki oczarowane jej osobą. Kolejny wspaniały dzień i kolejna wyprawa na obrzeża Nimnaros - chociaż tym razem w niezbyt przyjemnej sprawie. Od małej druidki zależały tym razem losy wielu zwierząt. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni.

Parę dni temu, do gaju w którym medytowała niziołka, dotarła delegacja gryzoni polnych. Koszatniczki, ryjówki, myszy i nornice przebyły do niej daleką drogę (jak na takie małe łapki), aby poinformować o swoich problemach oraz zgryzotach. Jakich? No, tutaj pojawił się problem, bo poczciwe, wiejskie zwierzęta nie potrafiły odpowiednio wyrazić swoich zmartwień. Zaaferowane, głupiutkie żyjątka nawet z pomocą Buhra nie były w stanie przekazać druidce o co chodzi - ta jednak zrozumiała mniej więcej istotę problemu. Coś masowo zabijało gryzonie na nimnarejskich uprawach. Coś złego i okrutnego wobec przyrody. Co dokładniej? Nie potrafiły przekazać. Ale bardzo się tego bały.

Któż miałby się zająć podobnym problemem, jak nie uzdrowicielka zwierząt? Stąd też Dahlien już od jakiegoś czasu przedzierała się ku polom, gotowa rozgryźć tajemnicę masowych zgonów gryzoni. Przeskoczyła nad zwalonymi kłodami, uśmiechnęła się do pszczół wyłaniających się z ula na jednej z gałęzi, zagłębiła w krzaczory... i wyszła w końcu na skraj lasu, na tereny polno-uprawne. Pierwszą rzeczą, którą poczuła, był chłodny dotyk przyjemnego wiatru i promieni słonecznych. Pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był szczupły, elegancki appazi, stojący samotnie pośród tej scenerii, tak jakby na coś czekał. A pierwszą rzeczą, którą usłyszała, było...
- KURWA, GDZIE GNOJU! NIE UCIEKNIESZ!
Gdzieś za appazim nagle pojawiły się dwa wozy ciągnięte przez konie - na jednym z nich siedziała para krasnoludów, kobieta i mężczyzna, a na drugim zgarbiony ork. A przed nimi ktoś biegł... ktoś zaskakująco znajomy...

...

Keegan biegł tak szybko jak mógł, a nogi uginały się już pod nim ze zmęczenia. Było zrozumiałym, że mógł mieć pecha. Każdemu zdarza się mieć zły dzień. Keeganowi nawet zdarzały się to chyba troszkę częściej niż innym. Ale TO już była przesada. Wydawać by się mogło, że wyjście poza miasto to najlepszy sposób na ukrywanie się przed strażnikami i kuzynostwem pana Raubo. Wizyta w eldriońskich namiotach, może uczestnictwo w biesiadzie? Okazja do buchnięcia komuś sakiewki? Wydania zdobytych jakiś czas temu pieniędzy? Albo poobserwowania duchów szczurów i sprawdzenie, gdzie tym razem go poprowadzą. Każda opcja była lepsza niż zupełnie niespodziewane natknięcie się na Klynne i Bayda. TYCH Klynne i Bayda, rodzeństwa rzezimieszków znanych w półświatku na tyle dobrze, że nawet Keegan nie mógł o nich nie usłyszeć. Ruda Klynne, ta która łamie po dwadzieścia jeden palców wierzycielom - po jednym za każdy opóźniony dzień spłaty haraczy, wredna, sukowata, uwielbiająca zadawać ból i z cycem aż po pas. Siwy Bayd, spokojniejszy od swojej towarzyszki, ale hodujący psy, które rzekomo gustują w ludzkim mięsie i mający zęby spiłowane na ostro, pewnie żeby się pożywiać razem z nimi. Krótko mówiąc... to mniej lubiane kuzynostwo pana Raubo. No kurwa mać.

Duet najwyraźniej nie był poza miastem by celowo poszukiwać Keegana. Przyjechali na wozie-dwukółkach ciągniętym przez konia, na którym mieli beczkę z, sądząc po narysowanej na niej kupie, nawozem. Towarzyszył im jeszcze jeden, bliźniaczy wóz, załadowany dodatkowymi dwiema beczkami i powożony przez zgarbionego, zakrytego od stóp do głów szatami orka o podkrążonych oczach i ponurej minie. Jego usta zasłaniała czarna maska, a przy boku trzymał jakąś skrzynkę - wypełnioną szklanicami albo fiolkami, jak by wskazywał brzęk podczas jazdy. Pewnie mieli po prostu dostarczyć komuś jakiś towar poza miastem. Ale skoro złapali trop Keegana...

...to nie zamierzali odpuścić. I byli przy tym naprawdę zatwardziali. Gdy Keegan próbował wtapiać się w tłum - ork bezgłośnie pokazywał krasnoludom, gdzie się znajduje, wskazując odpowiednie miejsce swym kościstym palcem. Gdy chłopak próbował na polach wbiegać w uprawy - rodzeństwo gnało po nich wozami mając gdzieś potencjalne zniszczenia. Przez długi czas Keeganowi udawało się umykać przed ciężkimi, obciążone tak załadunkiem, jak i samymi powożącymi, wozami, ale konie miały więcej sił i kondycji niż on. Dlatego biegł ku lasowi lub staremu spichlerzowi, które majaczyły w oddali, chcąc tam znaleźć schronienie i okazję do ucieczki... lub kontrataku? A im był bliżej skraju lasu, tym bardziej się dziwił, bo w miejscu gdzie zmierzał stała dwójka osób, które los musiał chyba zesłać, żeby pomogły nieszczęsnemu chłopakowi w uporaniu się z pościgiem...

...

I tak moi mili losy całej trójki trzech bohaterów splatają się po raz pierwszy. Dahlien i Valoo widzą, jak Keegan biegnie ku nim, goniony przez dwa wozy. Na jednym z nich siedzi dwójka krasnoludów, kobieta i mężczyzna. Rudowłosa kobieta z twarzą poznaczoną czarnymi tatuażami, szaleństwem w oczach, przekleństwami na ustach...
- POWYRYWAM CI DUPY Z NOGI, TFU, NOGI Z DUPY GÓWNIARZU, CHODŹ TU KURWA, DAWAJ PALUCHY!
...i siekierką przy pasie, oraz mężczyzna, z posiwiałą brodą, spokojny, powożący dwókółkami, a przy boku trzymający pałkę. Uśmiechał się złowieszczo, obnażając kły spiłowane niby u rekina. Za nimi, wolniej, jechał kolejny wóz - siedział na nim duży, zgarbiony ork, ciasno zakutany w szaty mające maskować jego figurę. Głowę przesłaniał czarnym kapturem, większą część twarzy skrywał ciemną chustą, a jego podkrążone oczy patrzyły raczej na Dahlien i Valoo, niż na Keegana. Prawą, rachityczną dłoń trzymał na leżącym obok siebie małym kuferku. Na obydwu wozach znajdowały się beczki z namalowanym na nich symbolem kupy. Krasnoludy nie zamierzały chyba zwalniać i jak tak dalej pójdzie, to władują się końmi i ciężkimi kołami nie tylko na Keegana, ale i na appazsko-niziołczy duet.

Skoro sytuacja jest rozrysowana - nadszedł czas na decyzje. Gdzie się uda Keegan, chcąc uciec przed napastnikami? Jak zareagują Dahlien i Valoo na tę nieoczekiwaną sytuację? Co zrobić w takiej sytuacji, jak wykorzystać to co jest wkoło? Czy pola spłyną krwią... czy gnojówką?
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Awatar użytkownika
Dahlien
Posty: 932
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:09
Przemierzając leśne knieje gwizdała sobie pod nosem w rytm świergotu Luke'a, który latał nad jej głową. Mały zielony ptaszek był wyraźnie zadowolony z wycieczki, bo w okolicy pól uprawnych często mógł znaleźć dla siebie różne nasionka leżące wśród źdźbeł. Co jakiś czas wylatywał przed swą przyjaciółkę, by po krótkiej chwili wrócić. Szara myszka, Buhr, tymczasem siedziała na ramieniu Dahlien. Ona w żaden sposób nie była tak radosna. Ba! Większość czasu pozostawała spięta i nerwowo ruszała ogonkiem. Co jakiś czas popiskiwała nawet, by pośpieszyć niziołkę. Ostatni incydent w mieście odbił się na nim mocno i teraz biedny martwił się o swoich krewniaków.
- Spokojnie Buhr. Wiem, że ryjówki to Twoje koleżanki, ale już są bezpieczne. Tak, mała Gryzelda też. Przecież machała Ci na pożegnanie z tej jamki pod dużym bukiem. Oj weź przestań, Tymek wcale w tym czasie nie zawróci Basi w głowie. A nawet jeśli to znaczy, że nie była dla Ciebie. Serio, z babami są same problemy. Popatrz na mnie! - Zaśmiała się dźwięcznie głaszcząc myszkę po łepku i przeskakując przez zwalony pień jakiejś brzózki dostrzegła w oddali kraniec lasu. Znak, że zbliżała się powoli do celu swojej podróży.
Tym razem zagwizdała już w zupełnie inny sposób i Luke poleciał na przód na zwiady. Dla postronnej osoby raczej nie było niczego podejrzanego w ptaszku o szmaragdowym ubarwieniu, więc Valoo mógl go nawet nie zauważyć. No... przynajmniej póki nie usłyszał plaśnięcia, a na jego zapewne horrendalnie drogiej marynarce pojawiła się ptasia kupa. Zapewne gdyby szybko sobie przeprał ubranie nawet nie byłoby potem śladu, ale jak zaschnie... kto wie, czy nie będzie musiał sobie sprawić nowej? Upsik. Taki to los ludzi, którzy wybrali się poza miejskie mury. Niemniej działo się w tym samym czasie, gdy malarz dostrzegał biegnącego chłopca i jadące za nim wozy, więc może nawet się nie zorientował? Po tym jakże serdecznym przywitaniu się z mężczyzną Luke wrócił do lasu.
W tym czasie w lesie Dahlien właśnie ściągała wielkiego rogatego żuka, który wplótł jej się we włosy.
- Gerwazy! Przecież mówiłam Ci, że nie możesz z nami iść. Masz żonę i dzieci. Trzeba było myśleć wcześniej o konsekwencjach swoich działań. No już, wracaj do Jadwigi. - Po tej tyradzie wyciągnęła robaczka na dłoni, a ten wyraźnie obrażony na nią i na cały świat odleciał z powrotem w głąb lasu.
Wtem też usłyszała bardzo dobrze znane sobie świergotanie. Z wielką ciekawością słuchała jakże barwnej opowieści ptaszka, a na wzmiankę o udekorowaniu mężczyzny w smutnych ciemnych ciuchach wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem. Zainteresował ją również fakt, że ptaszek dostrzegł "głupiego pisklaka", jak to określił Keegana. Dziewczyna nie do końca wiedziała, o kim dokładnie mowa, ale skoro Luke tak go nazwał, to raczej kiedyś się spotkali. No cóż, to będzie ciekawy dzień.
W końcu wyłoniła się zza drzew, lecz dalej pozostała skryta w ich cieniu i wysokiej trawie. Całe szczęście przy jej wzroście łatwo było się schować. Na widok Keegana wyszczerzyła jednak zęby w wielkim uśmiechu. Widać, że dzieciak miał talent do pakowania się w kłopoty. Przecież jak się ostatnio spotkali ten czołgał się w dziurze w ścianie! Żeby mu nieco pomóc przekierowała nieco naturalnie płynącego w ziemi eteru w kierunku drogi, po której pędziły wozy, by stworzyć tam wzniesienie dość duże, by przy aktualnej prędkości wozu kierujący nim stracił panowanie nad pojazdem. Przy odrobinie szczęścia krasnoludy mogły albo wypaść z kozła, albo co lepsze wóz całkiem by się przewrócił. Na pewno jednak nieco by się rozproszyli przez nieplanowaną przeszkodę na drodze. A kto wie? Może i koło im od tego wypadnie? Byłoby miło.

Awatar użytkownika
Fristron
Posty: 91
Rejestracja: 09 maja 2022, 19:48
Valoo prawie nigdy nie wychodził z miasta i czuł się nieswojo w tak dziwnym, niezabudowanym terenie. Wiedział jednak, gdzie iść, bo kojarzył stary odosobniony spichlerz, który widział czasem z wież Dzielnicy Wysokiej kiedy malował portrety arystokratom w ich prywatnych komnatach.
Było coś hipnotyzującego w odwiedzeniu miejsca, którego z tej perspektywy nigdy nie widział, ale które jakimś tajemniczym sposobem oddał dokładnie za pomocą pędzla. Dlatego też kiedy dotarł na miejsce, wiedział od razu że spędzi tu dłuższą chwilę. Położył więc na drodze swoją skórzaną torbę podręczną, w której miał magiczny pędzel, przekąskę i parę produktów pierwszej potrzeby, takich jak fiolka perfum ze smoczego ziela; w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy ważne będzie ładnie pachnieć. Torba nie była ciężka -- nie był zwolennikiem noszenia ciężkich rzeczy (ani noszenia rzeczy w ogóle) -- ale jeśli mógł trochę sobie ulżyć, to czemu nie?
Wpatrywał się w scenerię jak z obrazka -- dosłownie -- z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, faktycznie, był podirytowany, bo chyba wyszedł z miasta na marne. Z drugiej, odczuwał lekką ulgę że może nie wszystkie jego obrazy stają się rzeczywistością. Im mniej ta dziwaczna sprawa go zajmowała, tym bardziej mógł się skupić na innych ważnych kwestiach, takich jak znalezienie nowego dostawcy paju. Wreszcie z trzeciej, do której się nie przyznawał, czuł się odrobinę zawiedziony. Choć cała sytuacja napawała go przede wszystkim przerażeniem, było coś ekscytującego w obserwowaniu, jak jego dzieła stają się rzeczywistością. Prawie jakby to on powodował te wydarzenia.
Valoo syknął przez zęby, kiedy ptasia kupa spadła dokładnie na wyszywane złotą nicią inicjały na kołnierzu jego aksamitnego płaszcza, ochlapując mu przy okazji brodę i koszulę. Jeśli ptaszysko próbowało zrobić jak największe szkody, to wyszło mu trafienie krytyczne.
- Krassam - zaklął Valoo pod nosem. Mógł spędzić całe życie w Nimnaros, ale jego matka zadbała o to, by nauczył się ojczystej mowy. A gadiańskich przekleństw nauczył się jakoś tak organicznie, bez jej wsparcia. Wystarczyło mieć uszy szeroko otwarte kiedy Malen nie wychodziły ściegi. - Dlatego nie robię plenerów... co u diabła?
Sam fakt pędzącego w jego stronę wozu byłby wystarczający, żeby go wyprowadzić z równowagi. Jeśli zaś dodać do tego chłopaka i beczki, które widział już na swoim obrazie, to całość robiła się bardzo alarmująca. Od razu rzucił okiem, czy na miejscu gdzie miał stać stos nie zaczynają zbiegać się szczury. Poczuł się trochę, jakby wszedł za kulisy Teatru Wykidajło na pięć minut przed podniesieniem kurtyny i obserwował, jak król nerwowo wciąga portki a mag pomaga przy przenoszeniu stanowiących scenografię bel siana. Bezsensowne kawałki całości, niecierpliwiące się by wskoczyć na miejsce w którym zyskają jakiś kontekst.
Cała ta metafizyka sobie, pędzący na zderzenie czołowe wóz sobie. W sytuacjach konfliktowych Valoo najchętniej przyjmował strategię taktycznego odwrotu. Chwycił więc szybko swoją torbę, momentalnie zachwiał się i prawie stracił równowagę -- zupełnie jakby ziemia się poruszyła -- i dał nura w zboża, z których zamierzał obserwować całą akcję. I w tym momencie zorientował się, że kiedy się potknął, z jego torby wysunęły się i rozbiły na drodze perfumy ze smoczego ziela -- perfumy, których nie wolno nosić do jazdy konnej, bo płoszą te zwierzaki niemiłosiernie.

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Jeśli Keegan znał się na czymś jak mało kto - było to uciekanie. Podniósł tę dziedzinę do rangi sztuki. Potrafił dać nogę drzwiami, oknem, między nogami i po ustawionych na rzece łodziach. Uciekał za dnia i w nocy. Zdarzało mu się zwiewać przed pojedynczym goniącym lub przed całą ich zgrają. W krótkich sprintach lub na długich dystansach.
A jednak, mimo tak bogatego doświadczenia, wciąż nienawidził tego jak mało czego na świecie.
Teraz biegł, czując, jak płuca coraz bardziej go palą, jak z każdym kolejnym krokiem słabną mu nogi. Czuł, że długo nie pociągnie. Jeśli tylko dotrze do miasta, pocieszał się w duchu, zgubi pościg w wąskich uliczkach. Znał trzewia Nimnaros, wiedział, w który róg skręcić i gdzie przykucnąć, żeby zniknąć w cieniu. Ale od miasta wciąż dzieliło go jeszcze kilka chwil szaleńczej gonitwy.
I wtem dojrzał wybawienie! Druidkę, którą poznał jakiś czas temu. W dniu, który doprowadził do obecnej sytuacji.
- Dahlien! - ryknął, świadom, że ten krzyk może go pozbawić sił na kilka ostatnich metrów biegu. - Dahlien, ratuj, oni nie żartują!
Zboczył z traktu, by skierować się w stronę niziołki. Jeśli jej magiczne zdolności nie pomogą, to nic mu już nie pomoże.

Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 145
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:07
Keegan przemknął tuż obok Valoo, biegnąc ku niziołce, którą dostrzegł w krzakach. Do miasta nie było blisko, bo pogoń pokierowała go w bardziej odosobnione miejsce (bogowie wiedzą w jak niecnych celach), ale widok niziołczej druidki był równie dobrym zwiastunem ratunku, co nimnarejskie uliczki. Chłopak oraz appazi mogli spojrzeć na siebie przez krótką chwilę, jednak sytuacja nie sprzyjała dłuższemu nawiązywaniu nowych znajomości. Keegan czmychnął dalej przed siebie...

...a Valoo został sam, tuż przed pędzącymi dwukółkami i koniem. Malarz mógł jednak dostrzec, że nagle, tuż przed nadjeżdżającą pogonią, z ziemi wyrósł mały pagórek. Nie miał czasu aby podziwiać ten niespodziewany cud natury, bowiem chopa, nie chopa, konie pewnie ją sprawnie ominą. Toteż odskoczył w kłosy, robiąc zgrabny unik i tracąc dobrej jakości perfumy, które rozbiły się na jednym z kamieni, znajdujących się na szlaku.

Co się wydarzyło dalej? Odrobina chaosu. Konie ominęły wzniesienie stworzone przez Dahlien, ale sam powóz nie miał jak uniknąć pagórka. Koła dwukółek odbiły się od chopy i uniosły w powietrzu, a wraz z nimi rodzeństwo krasnoludów. Zdawało się jednak, że uda im się opanować pojazd i kontynuować pościg. Nagle, do końskich chrap, dostała się woń perfum Valoo. Ogier stanął dęba, obrzydzony wulgarnym zapachem, a powóz wpadł mu w zad, wyhamowując w powietrzu. Takiego zderzenia pasażerowie nie mogli już wytrzymać. Beczułka przetoczyła się po powozie, odrobinę rozszczelniając - wylało się z niej na drogę nieco brunatnej mazi, podobnej do budyniowatej kupy. Ta spadła tuż pod nos Valoo - ot, miał takie szczęście dzisiaj do kup oraz odchodów. Jeśli chodzi zaś o krasnoludy, to ten siwobrody zleciał z kozła, upadając nieopodal wozu i kryjówki artysty, a ruda furiatka wystrzeliła z wozu jak z procy, lecąc w kierunku... w którym uciekał Keegan. Valoo zauważył, jak zza jej pasa wysuwa się sakiewka oraz jakiś... list? Obydwa przedmioty upadły w zboża, nieopodal leżącego appazi.

Koń uderzony w zad wozem niby wielkim, ciężkim batem (albo szafą), obruszył się niezmiernie i ruszył pędem w zboża - na lewo od miejsca, gdzie działo się całe wydarzenie, a gdzie stał opuszczony spichlerz. Wóz podążał za nim, nieprzewracając się. Beczka zachowała stabilność i już nic więcej się z niej nie wylewało. Siwobrody krasnolud, który upadł w pobliżu dwukółek, teraz zerwał się jak poparzony i ruszył pędem za swoim cennym ładunkiem oraz wierzchowcem. Nie zauważył appaziego w trawie, a i na gonienie Keegana chyba przeszła mu ochota. Na razie mieliście go z głowy.

Zostańmy jeszcze chwilę przy Valoo. Poza listem i sakiewką leżącą nieopodal w trawach, malarz wyczuć mógł jeszcze jedną rzecz - dziwny, a zarazem znajomy zapach brunatnej mazi, która wylądowała mu przed nosem. Z trudem przebijała się ona przez woń perfum, jednak mógł ją rozpoznać dzięki swemu doświadczeniu w obcowaniu z ową substancją. Paj. Cokolwiek było w tym, za przeproszeniem, gównie, pachniało pajem. I był to jedyny zapach wyczuwalny od mazi.

Nie skupiajmy się jednak tylko na wąchaniu, nakarmy też trochę wzrok. Ork towarzyszący krasnoludom na drugim wozie, zatrzymał swojego konia. Wsadził dłoń do kuferka, pogmerał w nim, a gdy wyciągnął palce, znajdowała się na nich jakaś czarna ciecz. Farba? Atrament? Zakapturzony zielonoskóry wychylił się na koźle, po czym namalował coś na zadzie konia. Ani Valoo, ani Dahlien, nie byli w stanie dostrzec co. Następnie, chlapiąc czerniną, wsadził drugą dłoń do kuferka - tym razem na palcach miał fioletową ciecz. Słysząc jak Keegan krzyczy "DAHLIEN!" uniósł głowę. Tak, jakby usłyszał coś, co musiał wyłapać i zapamiętać... albo jakby wyłapał coś znajomego. Dahlien jednak nie wiedziała z kim ma do czynienia. Na pewno nie był to Gruby, którego niedawno poznała, a jeździec był tak zakutany w szmaty, że trudno go było rozpoznać po samych oczach i dłoniach. Ork powoli ruszył konia i powóz w kierunku... Valoo. Najwyraźniej widział go i miał do niego jakiś interes. Dłonie ociekały mu dziwnymi barwnikami. Niechybnie, za chwilę, jego wierzchowiec wejdzie w chmurę perfum...

Mamy krasnoluda, który popędził za wozem, mamy orka, który zmierza ku malarzowi... A co z rudowłosą krasnoludką i Keeganem? No, było z jednej strony lepiej, z drugiej nie do końca. Spanikowany Keegan biegł ku Dahlien, ale nie miał okazji wcześniej przyjrzeć się okolicy, tak jak miał możliwość zrobić Valoo. Dlatego biednemu chłopakowi umknął rów ukryty pośród łanów zboża - właśnie tam, w jednej chwili, Keeganowi omsknęła się noga. Łotrzyk wpadł do dziury w której kiedyś musiał płynąć jakiś strumyk. Wyłożył się równo, ale na szczęście nic mu się nie stało. Będąc w tym swoistym "okopie", Keegan zauważył... szczury. Martwe szczury. Co najmniej kilkanaście. Z góry nie było ich widać, bo były ukryte pośród kłosów roślin, jednak wyglądało to na małe, świeże cmentarzysko, na którym nikt nie kwapił się zakopać trupów. Obok znajdowało się nieco korzeni, trzy solidne kamienie, nieco pokrzyw oraz...

- GŁOWĄ W PRZÓD KURWA!
Jeb! Do rowu wpadła ruda kula furii, wzbijając w powietrze tuman kurzu, ziemi i chwastów. Klynne najwyraźniej była jedną z tych krasnoludzic, które można było wsadzać na katapulty. Kurs wstępny w postaci bycia wystrzelanym z wozu, miała już za sobą. Sądząc po brzydkich chrupnięciach, właśnie coś sobie połamała, ale... hej, była przynajmniej blisko celu. Upadła jakichś parę metrów od Keegana. Cała brudna, posiniaczona i bez jednego zęba (może to chrupnęło?), podniosła się z kurzu, szczerząc się zakrwawioną paszczą do łotrzyka i wyciągając zza pasa siekierkę:
- Mam cię młody, pozdrowienia kurwa od mojego kuzyna.
I ruszyła ku Keeganowi, machając nonszalancko siekierką. Wbiła wzrok w krocze chłopaka - chyba wybrała już palec, który będzie chciała uciąć.

Dahlien tymczasem siedziała sobie w krzakach. Straciła trochę z oczu Keegana, widziała w oddali orka i jakiś ruch w trawie, gdzie wcześniej umknął Valoo, ale nie miała pełnego oglądu sytuacji - mogła działać, chociaż jeśli nie wyjdzie z kryjówki, to w dużej mierze będzie musiała rzucać zaklęcia "na czuja".
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Keegan zaklął pod nosem, gdy odwrócił się na plecy i zobaczył zbliżającą się z groźną minę krasnoludzicę. Ktoś o mniejszym doświadczeniu z wpadaniem w kłopoty niż on, mógłby pewnie być już na skraju ataku paniki. Keegan czuł jednak, że nie wszystko jeszcze stracone. Po pierwsze, gdzieś nieopodal była Dahlien. Po drugie... po drugie leżały tu martwe szczury. A tam, gdzie martwe szczury, tam także ich dusze.
Duchy szczurów w ostatnim czasie pokazywały mu się coraz częściej. Czasem tylko przemykały na granicy pola widzenia, czasem zamieniały z nim kilka słów. Bywało, że jakiś przysiadł na jego ramieniu i towarzyszył przez krótki czas w spacerze.
Keegan żałował, że nie miał jeszcze czasu zapoznać się z księgą otrzymaną od niziołki. Może stamtąd dowiedziałby się, jak wpływać na szczury i naginać je do swojej woli. Póki co nie przychodził mu jednak żaden inny pomysł, niż zwyczajnie poprosić o pomoc.
- Duchy szczurów! - krzyknął z nadzieją, że nawet jeśli życzenie nic nie da, to chociaż skonfunduje krasnoludzicę. - Przybądźcie mi z pomocą! Będę miał u was dług!
Jakby dla wzmocnienia swoich słów, wystawił przed siebie rękę, otwartą dłonią skierowaną ku napastniczce. Wyglądał, jak gdyby miał nadzieję, że wystrzeli z niej korowód szczurów, gotowych do walki w jego imieniu.
Poczuł kroplę potu spływającą po skroni.

Awatar użytkownika
Dahlien
Posty: 932
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:09
Niziołka zmarszczyła brwi widząc co się dzieje. Ona sama była chaotyczna, lecz nawet dla niej to co się właśnie wydarzyło to było za dużo. Cmoknęła pod nosem widząc, jak biedny koń został uderzony powozem. Nie to było jej zamiarem! Obiecała sobie, że potem go odnajdzie i upewni się, że biedak nic sobie nie zrobił.
Nie podobała jej się również wielka uwaga, z jaką orczy woźnica zareagował na jej imię. Nie wiedziała czemu, lecz napawało ją to swego rodzaju zmartwieniem. Po kiego mu to wiedzieć? Może słyszał o niej skądś? W sumie owszem, była sławna w niektórych kręgach jako druidka i kartografka, ale taki ktoś raczej nie miałby większego pożytku z jej umiejętności. Prawda?
Odrzuciła jednak szybko te myśli. W końcu była potrzebna, co przecież zostało wcześniej nawet i wykrzyczane. Nie spodziewała się, że tak szybko ponownie spotka chłopaka, a tym bardziej w takiej sytuacji. Trochę go szkoda, że nawet nie dojrzał a już miał stracić możliwość poznania niektórych z przyjemności życia. Chwilę pogłówkowała, przywołała do siebie Buhra i coś mu szepnęła na uszko, po czym mysz pobiegła pędem w stronę lasu. Kolejne polecenie, a tym razem to ptaszek ruszył na pomoc Keeganowi latając nad głową krasnoludzicy, ciągając ją dzióbkiem za włosy i odwracając uwagę. Miał stworzyć możliwość młodemu do ucieczki, lecz również samemu pozostawać w bezpiecznej odległości i z tyłu furiatki.
Wtem rozległ się dźwięk, jakby ktoś dziecko bawiło się grzechotką. Potem stawał się on coraz głośniejszy, bardziej przypominał buczenie... aż w końcu z lasu wyleciała cała chmara pszczół, które spotkała wcześniej podczas swej podróży. Przewodziła im bura myszka, a gdy te dostrzegły cel ruszyły do ataku. Miały zasłonić kobiecie pole widzenia, a jeśli ta zaczęłaby je przeganiać dostały pozwolenie na pokąsanie jej. Niziołka nie musiała być w pobliżu, by ich nadzorować. Leśne zwierzątka były bardzo mądre i sporo jej zawdzięczały. Luke dzięki temu mógł się ewakuować, obserwując jednak z bezpiecznej odległości co działo się z chłopakiem.
Sama Dahlien w tym czasie przemywała w trawie (dalej starała się unikać wzroku agresorów) i ruszyła w kierunku malarza. Chcąc nie chcą ten wplątał się w cały ten ambaras, więc czuła się w obowiązku wspomóc też jego. Przemykając na czworakach musiała naprawdę dziwnie wyglądać, lecz dzięki temu wysokie zarośla jeszcze lepiej ją skrywały. W końcu jej blond czupryna wyłoniła się tuż przed appazim, a na twarzy dziewczyny widniał wielki uśmiech.
- Cześć! Nie wiem czy wiesz, ale tu nie jest tak do końca bezpiecznie - rzekła jakby w jej mniemaniu mężczyzna należał do kategorii niedomyślnych, po czym wskazała mu palcem kierunek przez zarośla. -Jak pójdziesz tędy unikniesz stratowania przez konia. Tylko lepiej miej nisko głowę. Buhr Cię poprowadzi. Szybko!
Nie czekając dłużej, bo w końcu ork jechał ciągle w ich stronę zniknęła znów w wysokich kłosach. Martwiła się trochę o Keegana, więc poszła go szukać. Przed Valoo z kolei stanęła najzwyklejsza w świecie mysz. No... przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo zaraz stanęła na dwóch łapkach, pisnęła coś do niego, machnęła przednią łapką i zaczęła biec w kierunku wskazanym przez Dahlien. Co chwila jednak obracała się za siebie, żeby upewnić się, że mężczyzna za nią podąża. Droga przez zarośla prowadziła w kierunku spichlerza.

Awatar użytkownika
Fristron
Posty: 91
Rejestracja: 09 maja 2022, 19:48
Mówi się, że w każdej istocie znajdują się dwa wilki, toczące ze sobą wieczną bitwę. Pierwszy wilk Valoo bardzo chciał paju, i bardzo chciał go już teraz, więc jak tylko zwęszył towar, najchętniej wsadziłby długie palce prosto w kupę. Ten pomysł sam w sobie obrzydzał drugiego wilka - no dobrze, może raczej rozpieszczonego pudla - który zadawał się w ostatnich latach z arystokratami i który uważał nurzanie się w brązowej mazi za zajęcie cokolwiek gówniane.
Może i ta metafora jest trochę za wzniosła jak na rozdarcie między ciągiem ćpuna a mitrężeniem snoba, ale mniej więcej tak sytuację rozumiał Valoo. I zaczął szukać jakiegoś rozwiązania, które by sprawiły że i wilk byłby syty, i pudel uczesany. A że jako malarz miał bystre oko do detali, zauważył jak próba bicia światowego rekordu w skoku w dal na furmance skończyła się dla rudej krasnoludzicy utratą trzymanych u pasa dokumentów, które wylądowały niedaleko miejsca gdzie leżał. Zobaczył też że goblin, który najwyraźniej był z krasnoludami w komitywie, zmierza w jego kierunku. Jego mózg jeszcze łączył fakty, podczas gdy ciało chwyciło list. Dopiero wtedy myśli nadążyły za instynktem: może będzie mógł zwrócić papier goblinowi i w zamian dostać trochę paju i najlepiej kontakt do nowego solidnego dilera?
Tak oto powstał w jego głowie plan solidny że mucha nie siada i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wyrosło przed nim nagle jakieś bardzo źle uczesane dziewczę, mówiąc naraz bardzo dużo niezrozumiałych rzeczy. Valoo wyłapał ogólny sens, że ostrzegała go przed niebezpieczeństwem. Zawsze wiedział, że poza murami miasta jest dziko i groźnie, ale takie ekscesy na parę kroków od murów to chyba lekka przesada. Mała powiedziała coś o "burze" (burzy? buszu? borze?) i zwiała, zanim appazi zdążył choćby się przywitać. Dziki kraj. Zanim jednak poukładał sobie cokolwiek w głowie, przed jego oczami wyrosła mysz, gestykulując gorączkowo i wyraźnie na migi pokazując, że Valoo ma za nią iść.
I wtedy wszystko stało się jasne i oczywiste.
- Krassam. Chyba trochę przesadzałem ostatnio z pajem - mruknął do siebie, ruszając za myszą i zrzucając cały dziwaczny ambaras na syndrom odstawienny. Przestał zwracać tak mocno uwagę na to co się wyprawiało wokół niego; ani chybi były to halucynacje. Ale mysz prowadziła go do spichlerza, gdzie mógł się pewnie kimnąć i dać dziwnym wizjom odejść. A potem powinien znaleźć działkę paju. To znaczy, w głębi ducha wiedział, że tak naprawdę to powinien przestać tyle palić, ale na tę chwilę chciał przede wszystkim nie widzieć kudłatych stworzeń, katapultujących się krasnoludów i myszy-przewodników. Idąc z pochyloną głową, przypomniał sobie o liście, który zgarnął zanim jego życie zaczęło polegać na podążaniu za myszami. Nadal miał go w ręce. Spojrzał na niego, ciekaw co też jego głowa teraz wymyśliła, by przypomnieć że minęła już jakiś czas temu pora na regularną dawkę paju.

Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 145
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:07
Los bywa przewrotny - czasem chcąc pomóc, możemy się wpakować w niezłą kabałę. A czasem będąc na straconej pozycji, możemy wyjść z opresji bez szwanku...

Keegan wezwał na pomoc duchy szczurów. Robiąc epicką pozę, skierował dłoń ku krasnoludce w rozkazie ataku. Krasnoludka zatrzymała się i przestała machać siekierką, spojrzała na Keegana. Keegan spojrzał na krasnoludkę. Krasnoludka na Keegana. Keegan na krasnoludkę. Ciszę przerwało sarkastyczne cykanie świerszcza, a po chwili też złośliwy śmiech Klynne:
- Szczury? Wybrałeś sobie najgorszych możliwych sojuszników dzieciaku. A teraz dawaj jaja.
Wydawało się, że działanie Keegana nie przyniosło żadnych rezultatów, jednak ten kątem oka mógł zauważyć, jak ze zwłok jednego ze szczurów wyłania się jego cień, duch. Czerwone, gorejące ślepie gryzonia, wbiło swój wzrok w mówiącego z widmami. Z trucheł jego towarzyszy również wyślizgnęły się zjawy, zwabione obietnicą długu.

W tym momencie, nadeszło wsparcie od Dahlien! Najpierw Luke zaczął fruwać wokół krasnoludki, a potem znad rowu wyleciała cała chmara pszczół, która obsiadła furiatkę. Bzyczący rycerze wirowali wokół oponentki, a ta zaskoczona takim obrotem spraw, zaczęła się od nich opędzać. Mimo wskazania od niziołczej druidki, pszczoły nie gryzły, ani nie żądliły swojego celu - nie gryzły bo i tak nic by to nie dało, nie żądliły bo skończyłoby się to dla nich śmiercią, a miały swoje ważne, pszczele rzeczy do zrobienia. Stąd też ot, takie rozproszenie, ale dające wystarczająco czasu Keeganowi na ucieczkę i zwiększenie dystansu. Młody łotrzyk zauważył jednak coś, co normalnie powinno mu umknąć. Teraz czuł to jednak bardzo jasno i cały tok wydarzeń, zdawał mu się niesamowicie, nawet nienaturalnie klarowny. Tak, jakby widział co się stanie, albo jakby coś mu to wskazało.

Szalejąca krasnoludka tak mocno tupała, że jeden z martwych szczurów oblepiony krwią osunął się nienaturalnie w pobliże jej stóp, tuż przed nią. Przed krasnoludką - śliski szczur. A za nią... kamień wystający z ziemi. Chłopak WIEDZIAŁ, widział to oczami wyobraźni. Kobieta poślizgnie się na szczurze i rąbnie karkiem w głaz tak niefortunnie, że umrze. Keegan nie miał wątpliwości. Duchy gryzoni patrzyły uważnie. Chłopak ma teraz idealną szansę na ucieczkę, ale czy śmierć krasnoludki nie okaże się w dłuższej perspektywie bardziej kłopotliwa? Miał czas aby zareagować i przyjąć dar od swoich towarzyszy... albo odrobinę zmienić przyszłość, którą zaoferowali mu makabryczni przyjaciele.

Przejdźmy teraz głębiej w pola, do Dahlien i Valoo, którzy natrafili na nieoczekiwany problem. Niziołka przedzierała się szybko przez trawy, aby zdążyć do appaziego przed orkiem. Mknąc ku celowi poczuła, jak zaczyna jej się lekko kręcić w głowie - nie potrafiła jednak powiedzieć czemu. Było to podobne uczucie do tego gdy za szybko wstaniemy, jednak nie na tyle uciążliwe, by uniemożliwić druidce pęd. W trawach zauważyła pojedyncze, martwe gryzonie - ryjówki, szczury, nornice. Z pyszczków ciekła im piana. Może to ją otępiało? Śmierć tylu z jej towarzyszy? W końcu jednak dobiegła do ciemnoskórego malarza i rozpoczęła z nim rozmowę. Cały plan był spójny, to co Valoo i Dahlien dalej zaplanowali miało sens. Zabrakło jednak jednego, głównego elementu.

- Buhr Cię poprowadzi. Szybko! ...Buhr?
Dahlien poczuła ścisk w żołądku i oblał ją pot. Buhra nie było przed Valoo. Co więcej, nie mogła go wyczuć, zupełnie tak, jakby więź z jej towarzyszem gdzieś zanikła, została przerwana. Dopiero teraz, razem z szokiem, mgła spowijająca umysł od momentu kiedy weszła na pola nieco się rozrzedziła.

Pozornie nie wydawało się, by cokolwiek było nie tak. Świerszcze grały w trawach, biedronki chodziły po kłosach, ptaki śpiewały i szukały ziaren, gdzieś w oddali lis przebiegał przez pole, spłoszony hałasami. Rośliny pięły swoje kłosy, kwiaty i liście ku słońcu, poruszane wiatrem. Natura tu żyła, bez głębszego przyjrzenia się, trudno było wyczuć, że cokolwiek jest nie tak. Ale brakowało jednego elementu. Gryzoni. Nie, nie chodziło o to, że było parę martwych zwierzątek. Dahlien biegnąc tu, nie widziała ani jednego żywego gryzonia. Ani jednego. A jeśli Buhr próbował wbiec w pola...

Druidka usłyszała głośne, paniczne świergotanie Luke'a. Chyba znalazł swojego przyjaciela. Trzeba było działać szybko, albo dojdzie do tragedii.

Tymczasem Valoo mógł być skonfudowany i poczuł, że rzeczywiście, chyba poprzednie pajowe przygody nieco mu za mocno weszły. Zazwyczaj mówi się, że po zbytnim zaćpaniu widać białe myszki. Tym razem jednak, appazi nie widział żadnej - a kazano mu za nią iść. Ten brak jednego elementu, chaos związany z całą sytuacją, zwinięcie listu i pajowe przemyślenia sprawiły, że ork na wozie miał wystarczająco czasu, aby dojechać w pobliże. Zielonoskóry nie pędził, tylko spokojnie powoził wóz do przodu, jego koń wjechał w chmurę perfum, która spłoszyła poprzedniego rumaka... ale nic się nie wydarzyło. Zupełnie. Tajemniczy woźnica zatrzymał wierzchowca, po czym wbił spojrzenie prosto w Valoo. Appazi poczuł jak gula podchodzi mu do gardła. W spojrzeniu orka było coś nieprzyjemnego - zielonoskóry nie mrugał, a zarazem zdawał się nie patrzeć na malarza, a na coś za nim? Tak, jakby jego wzrok mógł objąć wszystko wokół:
- Masz dobry gust, przyjacielu. Perfumy ze smoczego ziela, prawda? Uwielbiam je.
Głos orka również był nieprzyjemny. Wypowiadał się kulturalnie, jego słowa były uprzejme, ale chrapliwy ton skrywał jakieś okrucieństwo, dzikość, nie pasował ani do sytuacji, ani do samej osoby zakutanego w szmaty woźnicy. Brzmiał tak, jakby brutalnemu, bełkoczącemu oprychowi z portu przyznać rozum i godność arystokraty.
- Przepraszam za ten ambaras, moi towarzysze są nieco zbyt... zmotywowani, aby złapać drobnego przestępcę. Nie ma potrzeby kryć się w brudnej, nieprzyjemnej trawie. Mam nadzieję, że spłoszony koń nie zrobił ci żadnej krzywdy?
Słowa zgrzytały z zakrytych ust orka, mierząc Valoo. Brak gracji i elegancji tonu oraz głosu, połączony z ładnymi słówkami, był jak zgrzytanie na skrzypcach pogrzebaczem. Appazi mógł zauważyć dwie rzeczy. Pierwszą - na zadzie konia był chyba wymalowany czarnym atramentem... łeb wierzchowca. Miał przekreślony pysk, tak jakby ktoś narysował portret, a potem stwierdził, że ten element nie pasuje. Nie było to malarstwo wysokich lotów, ot, bardziej rysunek kilkunastoletniego dziecka. Dalej na zadzie, było wyrysowane coś jeszcze, ale bez podchodzenia bliżej nie szło dojrzeć cóż to jest. A druga rzecz, którą Valoo mógł zauważyć? Z obu dłoni orka ciekły ciecze - z jednej czarna (której użył do namalowania znaków na zadzie konia), z drugiej fioletowa. Ciecz lekko trzymała się palców, ale też kapała obficie na ziemię. Uwadze malarza nie umknęło, że w miejscu gdzie padały czarne krople, nic się nie działo. Ale tam gdzie upadły fioletowe krople, rośliny, nieśmiało wychylające się z udeptanej dróżki, zdawały się czernieć i więdnąć. Tak, podawanie ręki temu osobnikowi nie byłoby dobrym pomysłem.
Ork chyba nie zauważył, że appazi zwędził list. Chociaż jego wszechogarniające spojrzenie było na tyle niepokojące, że trudno było ocenić, czy tak jest naprawdę. Malarz był jednak we względnie komfortowej sytuacji - w przeciwieństwie do innych bohaterów, nie musiał wybierać między życiem a śmiercią...
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Keegan nie był złym człowiekiem, a przynajmniej lubił tak o sobie myśleć. Miał może dość specyficzne podejście do prawa własności i zwykł mawiać, że umowy i glejty nie są potrzebne, by dany przedmiot zmienił właściciela, bo dobrami powinien dysponować ten, kto bardziej ich potrzebuje - zwykle ten ktoś miał na imię Keegan - ale daleko było mu to zimnokrwistego mordercy. Nigdy nie posunąłby się do odebrania komuś życia.
Ratowanie życia kogoś, kto chciałby go zabić, to zupełnie inna sprawa.
Czystość umysłu i klarowność, z jaką scena przewinęła mu się przed oczami, zaskoczyły go. W tym momencie jednak nie miał czasu tego roztrząsać. Teraz mógł tylko sprawdzić, czy jest to rzeczywiste.
Po części wiedziony ciekawością, ale głównie jednak strachem, spróbował poderwać się nieco i odskoczyć w tył - zmuszając przeciwniczkę, by zrobiła ten felerny krok do przodu, by nastąpiła na śliskie szczurze truchło.
- Pomocy! - ryknął na całe gardło. - Ona mnie zabije!
Chciał, by nikt w okolicy nie miał wątpliwości, kto tu jest agresorem, a kto niewinną ofiarą.

Awatar użytkownika
Dahlien
Posty: 932
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:09
Nawet jeśli zamierzona pomoc od druidki nie przyniosła zamierzonych efektów na pewno w jakimś stopniu poprawiła sytuację Keegana. No... przynajmniej tym się trzeba kierować. Bo kiedy życie ciska w nas cytrynami trzeba zrobić z nich lemoniadę, czy jakoś tak. Krasnoludzica może nie skończyła cała pokąsana i ze wstrząsem anafilaktycznym, jednak odwrócenie uwagi również powinno być wystarczające.
Gdy przedzierała się przez pole zaczęło się jej kręcić w głowie. To było... dziwne. Nie miewała tak! Była odporna na trucizny, więc od bardzo dawna niczym się nic jej nie zaszkodziło, a skacząc po drzewach głowa niziołki powinna już dawno się przyzwyczaić do zmian wysokości. To już jej dało do myślenia, że coś jest nie tak. Miała tylko nadzieję, że zaraz nie znajdzie ryjówek... I wtem zobaczyła martwe gryzonie.
- Na trzmieli puszysty tyłeczek... to się porobiło. - Zaklęła pod nosem zmierzając dalej do Valoo. Martwym i tak już nijak nie pomoże.
Skupiona na dotarciu do appaziego nie zorientowała się zupełnie, że brakuje przy niej jej drogiego przyjaciela. Do tego nagle Luke zaczął ją panicznie nawoływać! Spojrzała ostatni raz na malarza, a potem zniknęła wśród traw. Ostrzegła go, dalej mężczyzna musiał radzić sobie sam. Dalej z głową nisko zmierzała w kierunku, gdzie krążył zielonkawy ptaszek wyraźnie wskazując miejsce, w którym ich mysi towarzysz potrzebował pomocy.
Jak tylko dostrzegła znajome bure futerko wzięła gryzonia w ręce i uniosła z ziemi. Odetchnęła z ulgą zauważając, że ten oddycha, chociaż bardzo słabo.
- Trzymaj się Buhr, dasz radę! Basia na Ciebie czeka i ja też Cię potrzebuję. Przetrwajmy to razem, to potem załatwię wielki kawał sera. Tego dziurami, co tak bardzo lubisz! - Przemawiając do myszki nie przestawała się przemieszczać, dążąc z powrotem do ściany lasu. Zło tkwiło na polu, wśród plonów. Wierzyła, że gdy je opuszczą malec poczuje się lepiej, a przynajmniej to stężenie trujących oparów (bo podejrzewała, że z tym mają do czynienia) znacząco zmaleje.
Jak tylko dotrze do miejsca, gdzie zboża ustępują miejsca leśnej ściółce uklęknie, położy ostrożnie myszkę na swoich kolanach i zacznie wlewać jej do pyszczka zawartość jednej z licznych fiolek, które nosi u paska. To wyciąg z drzewoszedza oraz lepistii białej, które mają działanie lecznice. Ich mieszanka powinna zadziałać odtruwająco, szczególnie, że została też stosunku szybko podana.
- Luke, jak wychodziliśmy na pola widziałam w oddali ludzi wylewających coś na pola. Leć do nich i podsłuchaj o czym rozmawiają. Może to ma coś wspólnego z tym, co się stało Buhrowi! - W ukryciu głaskała delikatnie myszką i dosłownie z sercem na dłoni modliła się do Wielkiej Matki, żeby jeszcze nie zabierała od niej jednego z najważniejszych przyjaciół. Chwilowo Keegan i Valoo musieli radzić sobie samodzielnie.

Awatar użytkownika
Fristron
Posty: 91
Rejestracja: 09 maja 2022, 19:48
Valoo zmierzył orka wzrokiem. Przybysz nie wzbudził w nim ani trochę zaufania swoimi gładkimi słowami. Appazi poznał się na tym, że jego rozmówca był ani chybi nicponiem pierwszej wody i do tego stosującym złej jakości, nieprzyjazne dla środowiska naturalnego farby.
Nie znaczy to jednak, że nie można go było mieć po swojej stronie.
- Retyjejkupanie, przepraszam strasznie za całą tą sytuację ze spłoszonym koniem... Nie spodziewałem się trafić w sam środek takiej akcji - odpowiedział lekko poddenerwowanym, przejętym tonem. Jego miły, melodyjny głos był jakby w kontraście do okropnego charkotu orka. Valoo odgarnął sobie grzywkę z czoła i zaśmiał się perliście, machając do orka, żeby czasem nie przyszło mu do głowy podawać mu ręki. – Ani rozbijać całej buteleczki perfum. Pięć nimnarów poszło w diabły! Ja? Nie, mi nic nie jest, mam się całkiem dobrze. A może mógłbym poczuć się jeszcze lepiej. Towar, który wieźliście, ten który gruchnął obok mnie… ma znajomy zapach. – Powiedział Valoo, a oczy zaświeciły mu się z żądzy.

Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 145
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:07
Tak jak Valoo mierzył orka wzrokiem, tak ten zaczął odwzajemniać spojrzenie. Jego oczy na chwilę przestały patrzeć "w przestrzeń", a zzezowały się na malarzu, jakby próbował go ocenić. Wydawać się mogło, że jego chusta poruszyła się w uśmiechu:
- Cieszę się, że nic ci nie jest przyjacielu. I nie dziwię się, że się nie spodziewałeś...
Kaptur poruszył się, tak jakby ork marszczył brwi. Jego spojrzenie znowu stało się jakby nieobecne, a ton się zmienił. Nadal mówił jak oprych, próbujący udawać arystokratę, ale w jego głosie pojawiło się ostrzeżenie, a nawet groźba:
- ...bo nie wyglądasz na kogoś, kto powinien tu być. Wyglądasz na kogoś, kto nie powinien wtykać nosa w nie swoje sprawy, jeśli nie chce...

- Pomocy! Ona mnie zabije!
- CO DO KURW...!
ŁUP! Z oddali, z miejsca gdzie poleciała krasnoludka, rozległ się najpierw krzyk, a potem głośne łupnięcie... i niepokojąca cisza. Ork nie dokończył tego co chciał powiedzieć, tylko wyciągnął głowę, wbijając spojrzenie w rów. Po tym bez słowa, ignorując Valoo, trzasnął cuglami i ruszył konia w tamtym kierunku, wyraźnie zaniepokojony. Ominął malarza, a ten mógł dojrzeć w końcu co znajduje się na zadzie ogiera. Był tam kolejny malunek z namalowanym końskim łbem, ale otoczony też bardziej precyzyjnymi, jakby narysowanymi pędzlem symbolami i znakami - bez wątpienia magicznymi. Valoo nie potrafił odczytywać podobnych rytów, ale wyglądało to tak, jakby oznaczono albo zaklęto czymś wierzchowca. Appazi znalazł się w dogodnej pozycji do tego by zaplanować dalsze działania. Druidka gdzieś umknęła, chyba coś działo się w rowie, ork przestał zwracać na niego uwagę, miał podwędzony list, który mógł skrywać jakieś informacje... a jego ubrania były w fatalnym stanie. Ech, i co teraz...

- Pomocy! Ona mnie zabije!
Krzyknął Keegan, dając sus w tył.
- CO DO KURW...!
Ryknęła krasnoludka, kiedy jej noga omsknęła się na śliskim szczurze. Keegan z fascynacją, przerażeniem, satysfakcją lub niedowierzaniem mógł patrzeć, jak zgodnie z planem, rudowłosa furiatka przewala się do tyłu, uderzając podstawą czaszki o głaz. Dało się usłyszeć głuche łupnięcie, a ciało kobiety przeszedł spazm... po czym się rozluźniła. Włosy zasłoniły jej twarz, nie było widać jej pośmiertnej miny. Cóż za szczęście. Cóż za niefortunny wypadek. Wcześniej mogła zlecieć z konia i wbić się niczym bełt w ziemię i nic jej nie było, a wystarczył jeden, pechowy krok, aby uciszyć ją na dobre.

Pszczoły wystraszone całą sytuacją rozproszyły się bzykliwie, po czym czmychnęły do lasu. A duchy szczurów zaczęły cicho, miarowo piszczeć, tak jakby się... śmiały? Tak, to zdecydowanie był złośliwy chichot. Po czym jeden po drugim, z cichym "puf", poczęły znikać, aż w zasięgu wzroku młodego łotrzyka nie było ani jednego. Keegan poczuł jak żołądek mu się skręca. Pozbył się jednego zagrożenia, ale ork na wozie właśnie nadjeżdżał, a i brat Klynne zaraz zapewne wróci, kiedy tylko opanuje konia. W dodatku miał gdzieś z tyłu głowy, że o ile wcześniej pan Raubo ścigał go za utracenie dochodowego kontraktu, to teraz dojdzie gorsza, o wiele poważniejsza uraza. I pewnie nikt z krasnoludzkich familii nie przyjmie wyjaśnienia, że "to tylko wypadek". Tak czy siak, teraz miał inne rzeczy, którymi musiał się martwić. Siedział w rowie, a orczy woźnica zbliżał się nieubłaganie.

Tymczasem Dahlien porwała w swoje rączki biednego Buhra i pędząc niczym wicher, wybiegła z terenów polnych do lasu. Zwierzątko bez wątpienia było czymś zatrute, bardzo słabo oddychało i wyglądało, jakby miało koszmary albo bardzo cierpiało. Myszka z trudem popiskiwała. Druidka przyjrzała się Buhrowi uważnie, napoiła go naparem odtruwającym i po chwili obserwowania "pacjenta" zdała sobie sprawę z tego, że... nie wie do końca co mu jest. To nie była zwyczajna trutka czy jakiś toksyczny wyciąg z roślin, którym można by pozbyć się gryzoni. Zwierzątko na pewno było w jakiś sposób skażone, ale czym? Trudno określić. Napar odtruwający troszkę osłabił cierpienie Buhra, ale na pewno go nie wyleczył - co najwyżej opóźnił nieuniknione. Dahlien nie wiedziała czy zna jakieś zaklęcie, które pomoże. Mogła spróbować troszkę ulżyć w cierpieniu Buhrowi i opóźnić śmiertelne działanie substancji, mogła spróbować go zbadać z pomocą czarów. Albo... w pobliżu w końcu znajdowały się osoby, które możliwe, że odpowiadały za stan jej przyjaciela. Może trzeba się zająć orkiem i krasnoludam... krasnoludem?

Luke pomknął ku uprawiającym ziemię rolnikom i uchodźcom, próbując wybadać co się dzieje. Nim wróci z informacjami minie chwilka.
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Awatar użytkownika
Dahlien
Posty: 932
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:09
Klęcząc na leśnej ściółce wzywała w myślach wszystkie znane sobie bóstwa, żeby tylko któreś z nich pomogło jej mysiemu przyjacielowi. Głaskała go i przemawiała delikatnym głosem, lecz stan Buhra wcale się nie polepszał. Lecz dziewczyna nie zamierzała się poddać. Zbyt wiele czasu ze sobą spędzili i byli zbyt zżyci ze sobą nawzajem, żeby teraz go opuściła w potrzebie. Poza tym to nie było w jej stylu! Jako Uzdrowicielka Natury musiała sprostać zadaniu.
Skoro standardowe sposoby nie pomogły pozostawało jeszcze wierzyć, że ta dziwna zaraza ma jakieś magiczne podłoże. Niziołka zamknęła na chwilę oczy skupiając się. Wzięła głęboki wdech, uspokoiła do tej pory pędzące niczym przerażony zając serce, opanowała myśli. Kiedy na nowo podniosła powieki nie widziała już tylko leśnej zieleni. Wchodząc w stan Drugiej Uwagi widziała płynące dookoła nurty eteru, jego naturalny przebieg jak i wszelkie zaburzenia z nim związane. Szukała skazy, która mogłaby powodować stan jej przyjaciela.
Teraz nie liczyło się już nic innego. Zapomniała o Keeganie oraz nieznajomym jej mężczyźnie o ciemnej karnacji, którego wcześniej Luke "naznaczył". Musieli radzić sobie sami. Będąc chwilowo bezpieczna straciła zainteresowanie krasnoludami oraz orkiem, którzy raczej nie byli przychylnie nastawieni.
Otaczał ją las, a więc i dookoła musiało być pełno eteru ziemi. Tego, który odpowiadał za więź ze zwierzętami, regenerację, odmładzanie czy inne mechanizmy ciała. Podtrzymując Buhra jedną ręką zaczęła odsuwać ściółkę, by dojść do ciemnej ziemi, która była matką wszelkiej roślinności. To w końcu przez nią otrzymywali dary życia. Delikatnie ułożyła myszkę na niej, by następnie wyciągnąć z sakiewki zioła, jagody różnego typu, orzechy i korzonki. Gołymi dłońmi zaczęła odgarniać ziemię tak, by na okręgu wokół gryzonia wykopać w równej odległości niewielkie dołki, w środku umieszczając po jednym z każdego rodzaju darów. Po ich zakopaniu prostym patyczkiem dookoła gryzonia rozrysowała kręgi magiczne. Kładąc dłonie na okręgu zaczęła się modlić.
- Aleido, nasza Pramatko. Usłysz wołanie swych dzieci i pomóż im w potrzebie. Iselio, Pani Życia, odwlecz to co nieuniknione. Merio, Pani Końca, wstrzymaj się z przybyciem. Mystysie, nasz Praojcze, cofnij koła czasu do momentu, gdy krzywdy nie zostały wyrządzone. - Zebrała płynący dookoła eter natury, by następnie skierować go Buhra. - Nito, Bogini Równowagi. Spraw, by to małe ciało na nowo zharmonizowało się z duszą.
Z głębi swego serca miała nadzieję, że uda jej się odegnać zło i uratuje mysiego towarzysza.

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Przez umysł Keegana przemknęła lawina myśli. To, co jeszcze chwilę temu zdawało mu się świetnym pomysłem, teraz jawiło się bardziej jako podpisany na siebie samego wyrok śmierci. Był tu, obok martwej krasnoludzicy i nc nie wskazywało, by szukający go oprawcy chcieli słuchać jego wyjaśnień.

Dość uciekania, pomyślał nagle. By uniknąć długich ramion gniewu pana Raubo, musiałby opuścić Nimnaros i tę część Calivanu. A na to nie miał najmniejszej ochoty. Był stąd. Tu był jego dom.

Przemógł strach i rzucił się do martwej kobiety. Chciał zrobić to, na czym znał się najlepiej - przeszukać jej kieszenie w nadziei, że znajdzie coś pomocnego.

Spostrzegł siekierkę. Zacisnął dłoń na trzonku, zważył broń w rękach. Nie miał doświadczenia w walce z użyciem tego typu broni, czuł jednak, że gołymi pięściami wskóra jeszcze mniej.

Potem chwycił jeszcze za kamień. Zrobiło mu się wstyd na samą myśl o tym, co zamierzał zrobić, ale swoje zdrowie cenił wyżej niż życie innych istot - dowód leżał zresztą i jego stóp.

Spróbował szybko wygramolić się z rowu, po przeciwnej stronie niż nadjeżdżający na wozie napastnik. A potem czekał. Czekał, a serce waliło mu w piersi niby dzwon. Chłopakowi zdawało się, że aż widzi pulsowanie guzików na rytmicznie podskakującej klatce piersiowej.

Gdy ork był wystarczająco blisko, Keegan ryknął - choć zabrzmiało to raczej jak pisk ranionego ptaka. Chciał odwrócić uwagę woźnicy od rowu. Zaraz jednak musiał zrobić coś, by zdezorientować także konia.

Po to był mu kamień. Zamachnął się i cisnął w stronę nadbiegającego zwierzęcia. Nie liczył, że je powali. Chciał jedynie, by się potknęło, zmyliło krok na tyle, żeby nie zdołało w porę wyhamować przed rowem.

Siekierka w spoconej dłoni czekała na rozwój wydarzeń.

Awatar użytkownika
Fristron
Posty: 91
Rejestracja: 09 maja 2022, 19:48
Valoo zmarszczył brwi, widząc że ork zachowuje się - zgodnie ze swoją aparycją a wbrew wymowie - zgoła nie po dżentelmeńsku, odjeżdżając w środku groźby. Ot, po tym poznać pana od chama, pomyślał sobie: pan ma chociaż przyzwoitość dokończyć myśl, kiedy mówi że chce ci powybijać zęby.
Malarz nie byłby jednak dobrym portrecistą dla (w większości nieszczególnie atrakcyjnej) nimnarejskiej klasy wyższej gdyby łatwo się poddawał. Inaczej nie wykonałby zlecenia od Lady Lynnstrum, która poprosiła o solowe portrety każdego ze swoich ośmioraczków, a które wykonywać musiał w sali tuż obok kuchni gdzie służąca kwasiła wyjątkowo śmierdzącą kapustę. Poza tym, tutaj chodziło o paj. Valoo gwizdał sobie więc na urwaną groźbę orka (w duchu, na głos trochę się bał, szczególnie jak zobaczył magiczne runy na zadku konia) i postanowił wcisnąć swój nos dokładnie tam, gdzie nie należy.
Rozważywszy swoje opcje, stwierdził że lepszy list w garści niż beczka paju na orczym wozie i dał znowu nura w zboża, żeby czasem nikt nie zauważył co robi. Tam wyciągnął list i zaczął go czytać.

Awatar użytkownika
Gruby
Posty: 145
Rejestracja: 26 lut 2022, 22:07
Dahlien wzięła się za przeprowadzenie rytuału. Zebrała w sobie moc, pomknęła trzecim okiem ku prądom magii i rozpoczęła przywoływanie boskiej mocy. Eter natury pomknął ku Buhrowi, próbując dotknąć go leczącą mocą, jednak... odbił się od niego. Nie, odbił to złe słowo. Dahlien czuła się tak, jakby mimo rzucania zaklęcia, to w żaden sposób nie działało. Nie chodziło o to, że czar został źle spleciony, ani że nie był dobrze dostosowany do choroby myszki. Czuła się trochę tak, jakby jej magia w ogóle nie miała wpływu na Buhra. Tak jakby zwierzątko stało się całkowicie odporne na pozytywne efekty magii natury i ziemi.

Czy to jakiś odpowiedni dobór składników? Magia użyta przez kogoś innego? Klątwa? Coś czym zatruł się Buhr było na swój sposób wyjątkowe. To było coś, z czym Dahlien nie miała dotąd do czynienia. Każdą złą czy plugawą magię dało się odepchnąć z pomocą czarów "dobra". Ale to nie było nawet złe. Tak jakby z Buhra wyciągnięto całą więź z naturą? Jakby już nie było zwierzęciem?

Druidka nie potrafiła określić, ale sam stan jej towarzysza i to, że nie była mu w stanie mu pomóc, było czymś zupełnie nowym dla niej. Dzięki użytej przez niziołkę magii, zwierzątko prawdopodobnie przetrwa dzień lub dwa, ale jeśli ta nie znajdzie głębszej przyczyny problemu, to podzieli ono los swych pobratymców.

W głowie Dahlien coś zaświtało. Chwila, czy ostatnio nie spotkała się z notatkami kogoś, kto miał podobny problem? Kto z pomocą magii natury próbował kogoś bezskutecznie uleczyć? Może to podobna sytuacja... Parę mrugnięć oczętami i jeszcze jedna myśl, wspomnienie. Kiedyś, ktoś opowiadał jej o orku, który nienawidził zwierząt i był wynajmowany, aby je zabijać. Najemnik, któremu żaden druid wolał nie stawać na drodze, bo był wobec niego bezsilny. Nie pamiętała szczegółów historii, ale brzmiało to jak pewien trop... Trop, który mógł być bardzo blisko...


...


Keegan przemacał zwłoki krasnoludki w poszukiwaniu jakichś fantów. Nie znalazł niczego mocno przydatnego, poza wetkniętą za pazuchę niecodzienną monetę. Znajdowała się na niej z jednej strony głowa psa z zasłoniętymi opaską oczami, a z drugiej wyryty napis "WIERNY". Dziwna rzecz do noszenia przy sobie. Zdobył też siekierkę oraz kamień, który rychło poszedł w ruch!

Ork podjechał spokojnie wraz z koniem na kraniec rowu, gdy wtem, w pysk zwierzęcia rąbnął kamulec. Ogier zarżał żałośnie i zaczął stawać dęba, niechybnie zwiastując szybkie przewalenie się na dół. Jednak stało się coś dziwnego. Woźnica szybko się wychylił i dwoma, szybkimi ruchami przekreślił coś na końskim zadzie. Koń nagle zamilkł, jego nogi wróciły do poprzedniej pozycji. Stał teraz nie drgając, ani nie rżąc. Patrzył pustymi oczyma na Keegana, a w jego wzroku nie było ani odrobiny rozumu czy strachu. Z pyska ciekła mu krew, która kapała obficie na ziemię.

Ork cmoknął z niezadowoleniem, i ciągle siedząc w powozie, znowu zanurzył ręce w swojej szkatułce, która leżała przy nim. Te znowu pokryły się czarną i fioletową mazią.
- Sprawy się trochę skomplikowały.
Skwitował, po czym zaczął mruczeć coś pod nosem i układać dłonie w znaki. Powietrze wokół niego zaczęło trzaskać energią. Uch... czy ten ork był magiem? Trzeba albo brać nogi za pas, albo jakoś go rozproszyć, nim dokończy inkantację. Albo spróbować jakiegoś innego występu. Tak czy siak, sądząc po kłębiącej się wokół niego energii, nie wydawał się być typem czarodzieja, który bardzo długo zbiera siłę na użycie magii.


...


Jedna zajmuje się przyjacielem w agonii, drugi walczy na śmierć i życie z orczym magiem... a Valoo mógł docenić to, że ludzie listy piszą. Siedząc pośród smaganych wiatrem łanów zbóż, zagłębił się w lekturę. List był zaskakująco długi i posiadał parę cennych informacji, a kierowany nie był chyba do krasnoludki, która go zgubiła, a do jej brata. Brzmiał tak...

"Kochany kuzynie,

weź siostrę i stawcie się co świt w Labiryncie, dnia (tu napisany był dzień bieżący), tam gdzie ostatnio się widzieliście z moją wnuczką. Dołączycie tam do orczego maga, Glifosa, razem z którym przewieziecie towar poza miasto. Nie denerwujcie go i nie skaczcie mu do gardła, to niebezpieczny typ, nawet dla was. Będzie przy wozach z beczkami. Nasi hojni przyjaciele obawiają się, że ich wrogowie zaczną działać. Trzymajcie się z dala od szczurów, Glifos się nimi zajmie, starajcie się go osłaniać i przede wszystkim PILNUJCIE ŁADUNKU.

Jeszcze raz przesyłam wam rysopis tego małego gnojka, przez którego straciliśmy kontrakt u Larsa. Jak go znajdziecie to najpierw skopcie mu dupę, a potem przyprowadźcie do mnie. Nasi hojni przyjaciele o dziwo również chcą go dostać w swoje ręce. Postarajcie się go nie zabić i niech na miłość bogów, Klynne nie urywa mu jaj.

Wpadnijcie do mnie jutro i dajcie znać jak poszło. Nie przychodźcie dzisiaj, jestem poza domem i nastraszycie mi wnuczkę.

Ściskam i całuję,
Raubo"


List opatrzony był rysunkiem Keegana - mało wprawnym i karykaturalnym, ale takim po którym nawet Valoo, któr