Poczochrała go po włosach dając mu jasno do zrozumienia, że nie ma co się martwić. Czuła się dobrze i chociaż momentami dalej miała dziwne uczucie w gardle, to jednak nie zagrażało to jej życiu.
- Wujem, tak...? Powiem szczerze, że poza ojcem i babką nie miałam rodziny. Znaczy owszem, na pewno jakaś tam może istnieć, ale raczej nikt nie chciał mieć kontaktu z zapijaczonym narkomanem. Gdyby nie ja to i babka zostawiłaby go na pastwę losu. - Kiedyś podsłuchała kłótnie, gdy się kłócili. Jej też na pewno było ciężko patrzyć jak rodzony syn się tak stoczył.
- Byłeś już w sumie takim starszym mężczyzną? Nie obraź się, ale... no... ja wiem, że Twoja rasa naśladuje ludzi. Po prostu martwię się, czy jak pójdziesz w takie skupisko to nie stanie Ci się krzywda. No i takie stare pryki też najczęściej są nieco zgorzkniali. Chyba. Ale najczęściej są.
Martwiła się o niego. Wiedziała, że niby istnieją mężczyźni dżentelmeni, ale z jej okropnym szczęściem w życiu nie miała możliwości zbyt wielu takich poznać. Częściej wpadała na skończone szuje, z którymi młoda dziewczyna nie chciała mieć nic wspólnego. Z resztą... T'jartha wolała najbardziej takiego jak teraz. Nastolatka, który najlepiej pasował do swojego charakteru.
- Martwię się też tą pracą fizyczną. Byłeś dwukrotnie raniony. Twoje ciało może to odczuć. No i sama przemiana Cię męczy. - Była nadopiekuńcza. Trochę, jakby nie chciała go wypuścić spod swoich skrzydeł. Jej nigdy nikt nie bronił, więc nawet nie brała tego pod uwagę. Z resztą ona była starsza, ona powinna dbać o niego. Miała mętlik w głowie, jakieś pozostałości wczorajszego stanu.