Maska - Odcinek Drugi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert zakrztusił się, gdy dotarło do niego, że Sarya to, co miało być przeprosinami za wulgaryzm, wzięła za przeprosiny za nawiązanie do jej profesji.
Potem rozkaszlał się, gdy usłyszał pytanie o wchodzenie Jona w innych ludzi, a po nim sugestię o nie zakładaniu przy tym rzeczy.
- Przepraszam - rzucił ze łzami w oczach. - Jakiś paproch wpadł mi do buzi.
Po chwili był już tym samym Lambertem, jakim poznała go Sarya. Opanowanym i z klasą.
- A już było całkiem miło - uśmiechnął się do kobiety - gdy zaczęła mi pani mówić po imieniu. Ileż dni pełnych wrażeń należy pani zapewnić, by zasłużyć na ten przywilej?
Spojrzał na Jona.
- Jeśli o wrażenia chodzi, to obawiam się, że dziś wieczorem będziecie musieli zdać się na siebie. Zanim podejmiemy dalsze kroki, muszę zrozumieć, jak te ofiary losu trafiły na nasz trop.
Potem rozkaszlał się, gdy usłyszał pytanie o wchodzenie Jona w innych ludzi, a po nim sugestię o nie zakładaniu przy tym rzeczy.
- Przepraszam - rzucił ze łzami w oczach. - Jakiś paproch wpadł mi do buzi.
Po chwili był już tym samym Lambertem, jakim poznała go Sarya. Opanowanym i z klasą.
- A już było całkiem miło - uśmiechnął się do kobiety - gdy zaczęła mi pani mówić po imieniu. Ileż dni pełnych wrażeń należy pani zapewnić, by zasłużyć na ten przywilej?
Spojrzał na Jona.
- Jeśli o wrażenia chodzi, to obawiam się, że dziś wieczorem będziecie musieli zdać się na siebie. Zanim podejmiemy dalsze kroki, muszę zrozumieć, jak te ofiary losu trafiły na nasz trop.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon na wzmiankę o wspólnych orgazmach i wchodzeniu w innych ludzi ewidentnie się ożywił. Zgasł jednak jak płomień świecy zdmuchnięty marudzeniem Lamberta.
- O matko, no dobra! - jęknął, czując, że małpa w jego głowie stanowczo za długo nie jest zabawiana. - Skoro to dla ciebie takie ważne!
Wykonał kilka dramatycznych gestów, ale widząc, że nie znajdzie zrozumienia, przestał w pół ruchu.
- Dowiemy się - powiedział, podchodząc do ulicy i machając ręką. - Wiem, gdzie są. Możemy nawet przesłuchać ich po twojemu. Po prostu nie bądź taką jęczybułą.
Jon doskonale zdawał sobie sprawę, że to on dzierży tytuł absolutnego czempiona lokalnego jęczybulstwa, którego nawiasem mówiąc, jeszcze lata nie odda, ale nie przeszkadzało mu obrzucać innych podobnymi epitetami, kiedy był znudzony i rozdrażniony.
Powóz podjechał stosunkowo szybko, gdyż nimnarejscy woźnice pod wpływem niebagatelnej ilości magicznej energii w powietrzu, wykształcili w sobie dodatkowy zmysł, dzięki któremu wyczuwali pieniądze. Bogaci frajerzy jaśnieli dla nich blaskiem jutrzenki i rychłego dobrobytu. Jon był słońcem i księżycem na tym niebie.
Wyciągnął łokieć, by dać się Saryi za ten złapać i poprowadził ją do powozu, otwierając drzwi, bo woźnica okazał się leniem, na co Jon powziął za punkt honoru, by łachmyta dobrobytu nie zobaczył jeszcze długo.
- Nie daj się prosić - Wyszczerzył do Lamberta zęby, czekając aż wejdzie.
Przewracanie oczami nie robiło na Jonie żadnego wrażenia. Jego kompan mógł oglądać wnętrze własnej czaszki ile tylko miał na to ochotę.
Gdy zapakowali się do powozu Jon jasno przedstawił swój plan.
- Po pierwsze mamy czas - odezwał się, opierając łokcie na kolanach. - Będą tam jeszcze długo, a nam należy się nieco rozrywki. Znam świetne miejsce prowadzone przez Britt Nay Włócznię. Nazwisko nieco wojownicze, ale spodoba wam się!
- Woźnico! - krzyknął, waląc pięścią w małą kratkę nad głową. - Do Świętego Gaju!
- W tej knajpie nie ma nic świętego, zapewniam - powiedział, odwracając się do towarzyszy. A gdy konie zastukały kopytami zwrócił się do Saryi - Niestety, ale nie miałem żadnej kontroli nad tą osobą. Choć to niewykluczone, że ktoś z was ma w tym polu większe talenta niż ja, prawda?
Jon w drodze do magazynu-rudery i nadgorliwych strażników zamierzał zrobić przynajmniej kilka przystanków na szklaneczkę, czy dwie. Ale po co miał psuć kompanom niespodziankę?
- O matko, no dobra! - jęknął, czując, że małpa w jego głowie stanowczo za długo nie jest zabawiana. - Skoro to dla ciebie takie ważne!
Wykonał kilka dramatycznych gestów, ale widząc, że nie znajdzie zrozumienia, przestał w pół ruchu.
- Dowiemy się - powiedział, podchodząc do ulicy i machając ręką. - Wiem, gdzie są. Możemy nawet przesłuchać ich po twojemu. Po prostu nie bądź taką jęczybułą.
Jon doskonale zdawał sobie sprawę, że to on dzierży tytuł absolutnego czempiona lokalnego jęczybulstwa, którego nawiasem mówiąc, jeszcze lata nie odda, ale nie przeszkadzało mu obrzucać innych podobnymi epitetami, kiedy był znudzony i rozdrażniony.
Powóz podjechał stosunkowo szybko, gdyż nimnarejscy woźnice pod wpływem niebagatelnej ilości magicznej energii w powietrzu, wykształcili w sobie dodatkowy zmysł, dzięki któremu wyczuwali pieniądze. Bogaci frajerzy jaśnieli dla nich blaskiem jutrzenki i rychłego dobrobytu. Jon był słońcem i księżycem na tym niebie.
Wyciągnął łokieć, by dać się Saryi za ten złapać i poprowadził ją do powozu, otwierając drzwi, bo woźnica okazał się leniem, na co Jon powziął za punkt honoru, by łachmyta dobrobytu nie zobaczył jeszcze długo.
- Nie daj się prosić - Wyszczerzył do Lamberta zęby, czekając aż wejdzie.
Przewracanie oczami nie robiło na Jonie żadnego wrażenia. Jego kompan mógł oglądać wnętrze własnej czaszki ile tylko miał na to ochotę.
Gdy zapakowali się do powozu Jon jasno przedstawił swój plan.
- Po pierwsze mamy czas - odezwał się, opierając łokcie na kolanach. - Będą tam jeszcze długo, a nam należy się nieco rozrywki. Znam świetne miejsce prowadzone przez Britt Nay Włócznię. Nazwisko nieco wojownicze, ale spodoba wam się!
- Woźnico! - krzyknął, waląc pięścią w małą kratkę nad głową. - Do Świętego Gaju!
- W tej knajpie nie ma nic świętego, zapewniam - powiedział, odwracając się do towarzyszy. A gdy konie zastukały kopytami zwrócił się do Saryi - Niestety, ale nie miałem żadnej kontroli nad tą osobą. Choć to niewykluczone, że ktoś z was ma w tym polu większe talenta niż ja, prawda?
Jon w drodze do magazynu-rudery i nadgorliwych strażników zamierzał zrobić przynajmniej kilka przystanków na szklaneczkę, czy dwie. Ale po co miał psuć kompanom niespodziankę?
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Tym razem uśmiech, którym Sarya obdarzyła Lamberta był wprawdzie słodki, ale bardziej zamyślony. Och, przeuroczo się śmiał! Przypomniało jej się, jak się zawstydził jeszcze w jego domu, gdy rozmowa zeszła na temat jej "atrybutów", pomagających w pracy. Tylko miała wrażenie, że ten tryb rozbawionego zawstydzenia on włączał i wyłączał, jak człowiek zasłaniający i odsłaniający latarnię. Innym razem wydawał się zimny i gotowy zabić... z nie zawsze rozsądnych powodów.
Nie, żeby Saryi przeszkadzało to, że ktoś się dwu-, trój- czy więcej-licowy. Dla niej był to najbardziej naturalny sposób życia i szanowała Lamberta za to, że jest w tym ekspertem. Po prostu obawiała się, że kiedyś może zwrócić się przeciwko niej i wolała być w stanie to rozpoznać. Nie żeby podejrzewała go o zdradę. Taka możliwość nie była wykluczona, ale póki co traktował wszystkich bardzo uczciwie. Gdyby jednak pomyślał, że ona zdradziła go... sprawa byłaby inna.
A ona nie odrzucała opcji, że tak będzie musiała postąpić. To była jednak sprawa na przyszłość.
- Dla tych, którzy zapewniają mi pełne wrażeń, podniet i ekscytacji wieczory, mam o wiele słodsze słowa niż same imiona - powiedziała zalotnie, jednocześnie biorąc Jona za łokieć. - Szkoda jednak, że dzisiejszy dzień, chociaż bardzo uroczy i absolutnie nie zmarnowany, nie obfitował w takie wrażenia, jak poprzedni wieczór. Wtedy, och wtedy...
Zachichotała lekko.
- Ale za tamten dzień: Lambercie, Jonie - powiedziała dygając lekko. - Skończmy z panami i paniami. Jestem Sarya. Powiedziałabym, że to należy opić, ale spożywanie ilości alkoholu nie jest moją mocną stroną. Ale chodźmy do tego Świętego Gaju. Urocza nazwa, jestem pewna, że i miejsce i pani Włócznia będą równie urokliwe.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert, wbrew temu, co powiedział wcześniej, wsiadł do wozu. I choć przez chwilę jeszcze dawał wyraz niezadowoleniu, ostentacyjnie zastając ramiona na piersi, na dźwięk dobrze znanych słów rozpromienił się. Święty Gaj. Miejsce, które śniło się wszystkim pragnącym przygód lub sławy mieszkańcom Calivanu. Podobno to od występów muzycznych i komediowych w tym przybytku zaczęły się kariery wielu sławnych dziś artystów estradowych. Lambert po wielokroć przebywał tam do późna - Aleja Spadających Gwiazd miała do zaoferowania wiele lokali, ale Święty Gaj był szczególny.
Przez chwilę patrzył jeszcze na Jona bykiem, ale zaraz na jego twarz wlał się uśmiech.
- Mam nadzieję, że ich specjalista od win, Stein, jest dziś na zmianie. Tylko Taler może się z nim równać w doborze trunków do okazji - powiedział, po czym uniósł palec we władczym geście. - Ale! Jonie... Oraz ty, Saryo - wypowiedział to imię, jak gdyby chciał połechtac językiem każdą jego głoskę z osobna - musicie mi obiecać, że wzniesiemy jeden toast za przejście na ty i zajmiemy się problemem naszych szanownych stróżów prawa.
Przez chwilę patrzył jeszcze na Jona bykiem, ale zaraz na jego twarz wlał się uśmiech.
- Mam nadzieję, że ich specjalista od win, Stein, jest dziś na zmianie. Tylko Taler może się z nim równać w doborze trunków do okazji - powiedział, po czym uniósł palec we władczym geście. - Ale! Jonie... Oraz ty, Saryo - wypowiedział to imię, jak gdyby chciał połechtac językiem każdą jego głoskę z osobna - musicie mi obiecać, że wzniesiemy jeden toast za przejście na ty i zajmiemy się problemem naszych szanownych stróżów prawa.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Och, Lambercie - westchnął Jon, machając wielkopańsko dłonią. - Mówisz jakbyś mnie nie znał! Oczywiście, że jeden!
Jon miał długą tradycję wychodzenie na jedną kolejkę. Mianowicie uważał, że zmieniając co chwilę lokal, ciągle jest podczas picia pierwszego trunku. Licznik resetował się w wejściu.
- Saryo! Jakże wspaniale zapowiada się ten wieczór jeżeli zaczynamy z takim impetem!
Ponownie łupnął pięścią w kratkę, aż woźnica podskoczył, a powóz zatrzeszczał podejrzanie, w miejscach, w których zupełnie nie powinien trzeszczeć.
- Poratuj nas jakąś berbeluchą, którą tam chowasz! Wiem, że jakąś masz! - ryknął.
Stary dziad poklął chwilę pod nosem, ale przez okno podał Jonowi butelkę wątpliwej zawartości. Ten przyjrzał się krytycznie naczyniu, ale postanowił nie grymasić i wzruszając ramionami pociągnął solidny łyk.
- Obrzydliwe - stwierdził, chuchając głośno i przecierając grzbietem dłoni nabiegłe łzami oczy. - Wybacz mi, Saryo, że pozwoliłem sobie zacząć, ale okoliczności zmusiły mnie do przybrania roli testera. Mimo nie najwyższych wymagań, musiałem sprawdzić, czy to się w ogóle nadaje do picia. Za bliskie relacje.
I tym toastem z uśmiechem godnym królów podał Saryi butelkę samogonu, a wóz terkotał wesoło.
Jon miał długą tradycję wychodzenie na jedną kolejkę. Mianowicie uważał, że zmieniając co chwilę lokal, ciągle jest podczas picia pierwszego trunku. Licznik resetował się w wejściu.
- Saryo! Jakże wspaniale zapowiada się ten wieczór jeżeli zaczynamy z takim impetem!
Ponownie łupnął pięścią w kratkę, aż woźnica podskoczył, a powóz zatrzeszczał podejrzanie, w miejscach, w których zupełnie nie powinien trzeszczeć.
- Poratuj nas jakąś berbeluchą, którą tam chowasz! Wiem, że jakąś masz! - ryknął.
Stary dziad poklął chwilę pod nosem, ale przez okno podał Jonowi butelkę wątpliwej zawartości. Ten przyjrzał się krytycznie naczyniu, ale postanowił nie grymasić i wzruszając ramionami pociągnął solidny łyk.
- Obrzydliwe - stwierdził, chuchając głośno i przecierając grzbietem dłoni nabiegłe łzami oczy. - Wybacz mi, Saryo, że pozwoliłem sobie zacząć, ale okoliczności zmusiły mnie do przybrania roli testera. Mimo nie najwyższych wymagań, musiałem sprawdzić, czy to się w ogóle nadaje do picia. Za bliskie relacje.
I tym toastem z uśmiechem godnym królów podał Saryi butelkę samogonu, a wóz terkotał wesoło.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert patrzył, jak butelka przechodzi z rąk do rąk, a w głowie dudniły mu słowa Jona. Za bliskie relacje.
Zdecydowanie za bliskie, szeptał wewnętrzny głos - ten, który zaprowadził Greska na szczyt i przez lata nie pozwolił z niego spaść.
Z drugiej strony - wieczór zapowiadał się dobrze. Cierpliwie czekał, aż butelka trafi do niego.
Zdecydowanie za bliskie, szeptał wewnętrzny głos - ten, który zaprowadził Greska na szczyt i przez lata nie pozwolił z niego spaść.
Z drugiej strony - wieczór zapowiadał się dobrze. Cierpliwie czekał, aż butelka trafi do niego.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Były chwile w życiu Saryi, kiedy musiała patrzeć na naprawdę obleśnych mężczyzn i ich równie obleśne szczegóły anatomiczne i zachowywać się, jakby przewyższali mitycznych herosów z dawnych wieków. Teraz musiała skorzystać z nabytych w takich sytuacjach umiejętności i bardzo się bronić, by jej spojrzenie, wbite w butelkę samogonu, nie wyrażało odrazy.
Ale jeśli wylądujesz w jaskini Denadaretha, musisz jeść dziewice jak i on, jak to głosiło powiedzenie. Na szczęście od napitków u pana Esposito trochę czasu już minęło. Wzięła oddech i napiła się, niewiele i połykając szybko, by jak najkrócej kosztować smak.
- Za bardzo bliskie relacje - powiedziała i w każdym innym przypadku zabrzmiałoby to jak obietnica, ale zaraz się rozkaszlała, oczy zaszły jej łzami i, podając Lambertowi butelkę, omal nie rozlała jej zawartości.
Zaklęła po anduriańsku, próbując opanować kaszel i mając nadzieję, że już niedługo napije się czegoś, co zabiłoby ten smak.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert z radością powitał przekazywaną mu butelkę. Odbierając ją, zadbał, by jego dłoń musnęła dłoń Saryi. Drobny szczegół, mały gest, ale jak śpiewał trubadur, to w nich zapisany jest wzór na szczęście.
Pociągnął, chuchnął i pochylił się w przód, by zagadnąć woźnicę.
- Chłopie, idziesz z nami. My potrzebujemy tego powozu na dłużej, a tobie przyda się poznać, jak powinien smakować alkohol.
Potem spojrzał na Jona. Znacząco potrząsnął butelką w powietrzu. Zamierzasz to pić? - zdawał się pytać tym gestem.
Pociągnął, chuchnął i pochylił się w przód, by zagadnąć woźnicę.
- Chłopie, idziesz z nami. My potrzebujemy tego powozu na dłużej, a tobie przyda się poznać, jak powinien smakować alkohol.
Potem spojrzał na Jona. Znacząco potrząsnął butelką w powietrzu. Zamierzasz to pić? - zdawał się pytać tym gestem.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon machnął ręką, tym razem lekceważąco i sięgnął po samogon, sam upewniając się, że muśnie dłoń Lamberta, by uśmiechając się krzywo, pokazać mu, że pewne geste nie pozostają niezauważone.
- Saryo, oszczędzę ci już więcej tej wątpliwej przyjemności. Za rozsądne decyzje - powiedział i przechylił butelkę, niemal od razu oddając ją Lambertowi i puścił mu oko. - Nie zmuszam, przyjacielu.
Po chwili znaleźli się na wypełnionej eleganckim tłumem ulicy. Znad wejścia do Świętego Gaju zwisały długie pędy roślin, których nazw Jon nigdy nie poznał. Z wnętrza dobiegał gwar i ciepłe światło. Migotały kieliszki i kufle, a na talerzach pyszniło się jedzenie. Roześmiane towarzystwo nawet nie spojrzało w ich stronę, gdy się zbliżyli. To miejsce zabawy, poznawania nowych ludzi, fałszywych uśmiechów i za wysokich rachunków.
- Mamy szczęście - powiedział Jon, uśmiechając się szeroko. - Są jeszcze miejsca przy barze.
- Saryo, oszczędzę ci już więcej tej wątpliwej przyjemności. Za rozsądne decyzje - powiedział i przechylił butelkę, niemal od razu oddając ją Lambertowi i puścił mu oko. - Nie zmuszam, przyjacielu.
Po chwili znaleźli się na wypełnionej eleganckim tłumem ulicy. Znad wejścia do Świętego Gaju zwisały długie pędy roślin, których nazw Jon nigdy nie poznał. Z wnętrza dobiegał gwar i ciepłe światło. Migotały kieliszki i kufle, a na talerzach pyszniło się jedzenie. Roześmiane towarzystwo nawet nie spojrzało w ich stronę, gdy się zbliżyli. To miejsce zabawy, poznawania nowych ludzi, fałszywych uśmiechów i za wysokich rachunków.
- Mamy szczęście - powiedział Jon, uśmiechając się szeroko. - Są jeszcze miejsca przy barze.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Szczęścia mieli jeszcze więcej - do miejsc przy barze dołączył jeszcze doborowy duet barmanów za nim. Dryblas Taran i malutki Tino stanowili osobliwy duet, który nie bez powodu rozsławił to miejsce na całe miasto. Krążyły o nich legendy. Podobno w młodości pracowali w sklepie z alkoholami, gdzie z nudów raczyli się klasykami gatunku. Dzięki temu rozwinęli w sobie niebagatelne wyczucie smaku, pozwalające im dziś na w pełni świadomą zabawę formą i igranie z konwencją. Gdy po chwili przed czwórką przybyłych stanęły drinki, nawet Sarya musiała przyznać przed sobą, że ma ochotę zamoczyć usta w napoju.
- Saryo - zaczął Lambert, odstawiając szkło, w którym wyraźnie ubyło już zawartości - wybacz bezpośredniość i racz uwierzyć, że waham się nad zadaniem tego pytania, ale... Skąd decyzja o takiej ścieżce kariery? To miasto stoi otworem przed ludźmi o twoich umiejętnościach...
Tymczasem ty zdecydowałaś się stanąć otworem przed nim, dodał w myślach.
- Saryo - zaczął Lambert, odstawiając szkło, w którym wyraźnie ubyło już zawartości - wybacz bezpośredniość i racz uwierzyć, że waham się nad zadaniem tego pytania, ale... Skąd decyzja o takiej ścieżce kariery? To miasto stoi otworem przed ludźmi o twoich umiejętnościach...
Tymczasem ty zdecydowałaś się stanąć otworem przed nim, dodał w myślach.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Otrząsnąwszy się nieco z traumatycznego wydarzenia, jakim było wypicie samogonu, wściekła na siebie, że nie postąpiła jak Lambert i nie odmówiła trunku, Sarya uśmiechnęła się ślicznie do woźnicy, nieco zaskoczona decyzją Jona. Z drugiej strony... przy barze i tak by nie omawiali nielegalnych (czyli w zasadzie jakichkolwiek) aspektów ich operacji. Wkroczyła do sali, mając obu towarzyszy po dwóch stronach... i woźnicę gdzieś z tyłu.
Ubrana była ciągle w swój strój "roboczy", ale szła z gracją, a co ważniejsze pychą, księżnej, do której ten przybytek należy i która zawsze znajdzie w nim dla siebie miejsce. I, jako ładna kobieta, zazwyczaj nie miała z tym problemu, tym razem jednak nie musiała się uciekać do żadnych sztuczek, bo przy barze były miejsca. Dawno nie siedziała przy barze w miejscu innym niż Dom Urody.
Zamówienie trunków pozostawiła mężczyznom. W końcu od tego, między innymi, byli... a i sama nie miała dużego doświadczenia. Póki co, skupiła się na obserwacji tłumu. Nie podejrzewała niczego, ani niczego się nie obawiała. To był po prostu odruch. W międzyczasie pociągnęła łyk. Och, to się nazywało alkohol. Napiła się znowu. Miała uważać, ale musiała, po prostu musiała zabić smak tego samogonu. Jedna z gorszych rzeczy, jakie miała nieprzyjemność smakować.
- Bardzo dobre, nie mogę zaprzeczyć - zauważyła. - Dużo świętujemy dzisiaj. Wcześniej i teraz... w zasadzie u pana Esposito również.
Znów uśmiechnęła się słodko do woźnicy. On niezbyt wiedział, o czym ona mówi, ona nie do końca wiedziała, co on tu robi, ale był przystojny, chociaż nie do końca dobrze wychowany, skoro nie otworzył przed nią drzwi. Sarya jednak już dawno przestała się krępować obecnością innym, nawet jeśli nie była ich pewna.
Obrzuciła Lamberta spojrzeniem ciemnych oczu, z odrobinę tylko uniesionymi brwiami. Oczywiście, że nie mogła powiedzieć prawdy. Praktycznie żadnej jej części. Oczywiście było to jedno z najczęściej zadawanych przez jej klientów pytań, zazwyczaj w formie: "co taka ładna/zdolna/młoda dziewczyna jak ty, robi w takim miejscu. Potem nadchodziły propozycje, najczęściej ograniczające się do obietnicy małżeństwa w przyszłości, w zamian za obniżenie przez nią ceny w teraźniejszości. Ponieważ szczerze wątpiła, że taki był cel pytania Lamberta, zdecydowała, że nie będzie czuć się rozczarowana.
A ponieważ pytanie to słyszała tyle razy, to miała już przygotowaną odpowiedź.
- Okazuje się, że dziewczyna z dobrego domu, za którą służące robiły prawie wszystko, która nigdy nie posiadła talentu do plecenia dywanów, tak częstego w naszej kulturze, której dni składały się z bycia noszoną od wieczorka poezji do stadniny, od stadniny na koncert, z koncertu do hodowli wielbłądów i tak dalej... nie ma za wiele umiejętności, które przydałyby się na tutejszym rynku pracy - to w zasadzie była prawda, stwierdziła z pewną goryczą, która zaskoczyła ją samą. - Prędzej czy później jest zmuszona wykorzystywać inne atuty, by nie zostać wyeksmitowaną, by dostać coś do jedzenia... Stwierdziłam, że przeskoczę ten etap i od razu udam się do najdroższego przybytku rozkoszy w mieście. Nagle okazuje się, że bogaczom zależy, by oprócz oczywistych umiejętności, no i urody, wybrana przez nich dziewczyna umiała tańczyć, grać na instrumentach, rozmawiać o sztuce i literaturze. Moje wykształcenie w porcie było bezużyteczne, a tu nagle było w cenie - uśmiechnęła się lekko. - W gorszych dzielnicach byłabym "obcą suką", "tanią dziwką z południa", tymczasem w Domu Urody była "egzotyczna". Zawsze to lepsze, prawda? A te talenty, o których mówisz... - wzruszyła ramionami. - Większości nauczyłam się dopiero tutaj, by mieć jakąś odskocznię od codzinnej pracy.
Przez cały czas, gdy mówiła, wzrok miała wbity w swój kieliszek. Teraz spojrzała znów na Lamberta.
- W zasadzie mogłabym ci zadać to samo pytanie - powiedziała. - Chociaż może to nie jest najlepsze miejsce na to.
Zakończyła, obdarzając uśmiechem Lamberta, Jona... i naturalnie woźnicę. Ciekawe co ten sobie pomyślał.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert również się uśmiechnął. Słysząc pytanie, nonszalancko machnął ręką.
- Och, droga Saryo, to nie jest wesoła historia, a nie chciałbym psuć atmosfery łyżką dziegciu. Nie jest też nietypowa dla tego ponurego miasta, a nie chciałbym zanudzać. - By nie pozostawić po wypowiedzi niezręcznej ciszy, w której każde gorączkowo zacznie szukać dalszego tematu, postanowił przekierować uwagę na woźnicę. - A nasz szanowny pan? Jak to jest być woźnicą, dobrze?
Woźnica, który właśnie popijał drinka, z szeroko otwartymi oczami wpatrując się w kolekcję alkoholi po drugiej stronie baru, zakrztusił się. Od początku był nieco skrępowany zaproszeniem do tak eleganckiego miejsca, a pytanie go o cokolwiek kompletnie zbiło go z pantałyku.
- To nie jest tak, że dobrze albo niedobrze - wyjąkał, wodząc wzrokiem pomiędzy Jonem i Saryą, jakby szukał w ich twarzach zgody, potwierdzenia, że faktycznie może zająć przestrzeń rozmowy swoją osobą. Z pomocą przyszedł stojący za barem Tino, który od paru chwil przysłuchiwał się ich rozmowie.
- Woźnica, co? Słyszałem, że wasza praca niewiele różni się od naszej - powiedział, przecierając kufel wyjątkowo czystą szmatą. - Tyle tylko, że ci klienci, których my mamy już dość, chwilę potem stają się zwykle waszymi klientami. Ale w zasadzie można się bardzo dużo o człowieku dowiedzieć, prawda?
Tino, którego twarz zdobił fikuśny, pieczołowicie przystrzyżony wąsik, najwyraźniej szukał tylko pretekstu, by dołączyć do rozmowy. Zaraz zignorował bowiem woźnicę i przeniósł swoją uwagę na Saryę.
- No, ale pani to za nic bym nie wyprosił - przyznał, wpatrując się w nią bez skrępowania.
Sarya nie słyszała tych słów. Od kilku chwil nie słuchała w ogóle, wpatrując się w kąt sali, gdzie przy jednym ze stolików dostrzegła postać, której miała nadzieję nie spotkać przez co najmniej kilka tygodni. Cristina Ag’Illera sączyła różowy napój, starając się ignorować siedzącego naprzeciw niej dryblasa, który pasował do tego miejsca jak Jon do monogamii.
Jon natomiast doskonale słyszał, co Tino powiedział i doskonale wiedział, co Tino pomyślał. Sam bowiem niejednokrotnie pomyślał już to samo.
- Och, droga Saryo, to nie jest wesoła historia, a nie chciałbym psuć atmosfery łyżką dziegciu. Nie jest też nietypowa dla tego ponurego miasta, a nie chciałbym zanudzać. - By nie pozostawić po wypowiedzi niezręcznej ciszy, w której każde gorączkowo zacznie szukać dalszego tematu, postanowił przekierować uwagę na woźnicę. - A nasz szanowny pan? Jak to jest być woźnicą, dobrze?
Woźnica, który właśnie popijał drinka, z szeroko otwartymi oczami wpatrując się w kolekcję alkoholi po drugiej stronie baru, zakrztusił się. Od początku był nieco skrępowany zaproszeniem do tak eleganckiego miejsca, a pytanie go o cokolwiek kompletnie zbiło go z pantałyku.
- To nie jest tak, że dobrze albo niedobrze - wyjąkał, wodząc wzrokiem pomiędzy Jonem i Saryą, jakby szukał w ich twarzach zgody, potwierdzenia, że faktycznie może zająć przestrzeń rozmowy swoją osobą. Z pomocą przyszedł stojący za barem Tino, który od paru chwil przysłuchiwał się ich rozmowie.
- Woźnica, co? Słyszałem, że wasza praca niewiele różni się od naszej - powiedział, przecierając kufel wyjątkowo czystą szmatą. - Tyle tylko, że ci klienci, których my mamy już dość, chwilę potem stają się zwykle waszymi klientami. Ale w zasadzie można się bardzo dużo o człowieku dowiedzieć, prawda?
Tino, którego twarz zdobił fikuśny, pieczołowicie przystrzyżony wąsik, najwyraźniej szukał tylko pretekstu, by dołączyć do rozmowy. Zaraz zignorował bowiem woźnicę i przeniósł swoją uwagę na Saryę.
- No, ale pani to za nic bym nie wyprosił - przyznał, wpatrując się w nią bez skrępowania.
Sarya nie słyszała tych słów. Od kilku chwil nie słuchała w ogóle, wpatrując się w kąt sali, gdzie przy jednym ze stolików dostrzegła postać, której miała nadzieję nie spotkać przez co najmniej kilka tygodni. Cristina Ag’Illera sączyła różowy napój, starając się ignorować siedzącego naprzeciw niej dryblasa, który pasował do tego miejsca jak Jon do monogamii.
Jon natomiast doskonale słyszał, co Tino powiedział i doskonale wiedział, co Tino pomyślał. Sam bowiem niejednokrotnie pomyślał już to samo.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Uwaga Tino nie wzbudziła w Jonie specjalnych emocji. Uważał, że każdy zdrowy mężczyzna miał podobne przemyślenia, co najwyżej nie wypowiadał ich na głos. Toteż nie oburzył się ani nie podniecał w ogóle, gdyż gdyby jego wrażliwość była na takim poziomie, równie dobrze mógłby codziennie być w szoku, że słońce wstało, a potem znów schowało się za horyzont.
Więc biernie uczestniczył w rozmowie, uśmiechając się uprzejmie, w ogóle nie dając po sobie poznać, że do żywego zabolało go, że nikt nie zapytał jego o wybór kariery zawodowej. Od tego, że najpierw zapytali woźnicę zakręciło mu się w głowie i podejrzewał, że właśnie dostał skrętu kiszek.
Wtem usłyszał absurdalnie głośny i równie niespodziewany huk i aż podskoczył na stołku, rozlewając większość drinka na siebie.
- Nienawidzę, gdy to robi - szepnął tylko.
Jon zupełnie zapomniał, że właścicielka Świętego Gaju swój przydomek nosi nie bez powodu. Odwrócił się, by zobaczyć wciąż dygoczącą w ścianie włócznię, która minęła ich o zaledwie kilka stóp.
Ewidentnie w swojej niechęci był odosobniony, bo gdy Britt Neyh wyszła na środek sali powitały ją gorące oklaski.
- Ojej! - krzyknęła, zakrywając usta dłonią. - Znowu to zrobiłam!
Goście śmiali się głośno i klaskali, widząc popisowy numer. Jon nie dołączył do ogólnego entuzjazmu, klnąc cicho na durne pomysły rodzące się w tej łysej pale, ale w ogólnym zamieszaniu podążył za wzrokiem Saryi. Przyjrzał się uważnie, choć nieco spode łba, niezwykłej parze, ale nie mógł skojarzyć z konkretnym wydarzeniem, czy nazwiskiem.
- Ktoś znajomy? - zapytał Saryi nonszalancko. W międzyczasie wskazał Tino, żeby wymienił mu drinka, którego większość obecnie wchłaniał przez ubranie.
- Tino - powiedział. - Wiesz, że uwielbiam to, co robisz, ale bądź proszę tak miły i poproś Steina, żeby wybrał właściwe wino na specjalną okazję, mamy tu, można powiedzieć, wieczorek zapoznawczy. Nie krępujcie się i przynieście od razu kilka butelek.
Więc biernie uczestniczył w rozmowie, uśmiechając się uprzejmie, w ogóle nie dając po sobie poznać, że do żywego zabolało go, że nikt nie zapytał jego o wybór kariery zawodowej. Od tego, że najpierw zapytali woźnicę zakręciło mu się w głowie i podejrzewał, że właśnie dostał skrętu kiszek.
Wtem usłyszał absurdalnie głośny i równie niespodziewany huk i aż podskoczył na stołku, rozlewając większość drinka na siebie.
- Nienawidzę, gdy to robi - szepnął tylko.
Jon zupełnie zapomniał, że właścicielka Świętego Gaju swój przydomek nosi nie bez powodu. Odwrócił się, by zobaczyć wciąż dygoczącą w ścianie włócznię, która minęła ich o zaledwie kilka stóp.
Ewidentnie w swojej niechęci był odosobniony, bo gdy Britt Neyh wyszła na środek sali powitały ją gorące oklaski.
- Ojej! - krzyknęła, zakrywając usta dłonią. - Znowu to zrobiłam!
Goście śmiali się głośno i klaskali, widząc popisowy numer. Jon nie dołączył do ogólnego entuzjazmu, klnąc cicho na durne pomysły rodzące się w tej łysej pale, ale w ogólnym zamieszaniu podążył za wzrokiem Saryi. Przyjrzał się uważnie, choć nieco spode łba, niezwykłej parze, ale nie mógł skojarzyć z konkretnym wydarzeniem, czy nazwiskiem.
- Ktoś znajomy? - zapytał Saryi nonszalancko. W międzyczasie wskazał Tino, żeby wymienił mu drinka, którego większość obecnie wchłaniał przez ubranie.
- Tino - powiedział. - Wiesz, że uwielbiam to, co robisz, ale bądź proszę tak miły i poproś Steina, żeby wybrał właściwe wino na specjalną okazję, mamy tu, można powiedzieć, wieczorek zapoznawczy. Nie krępujcie się i przynieście od razu kilka butelek.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sarya nie wiedziała, jak ktoś mógłby być ateistą. Nie dość, że bogowie kiedyś chodzili po ziemi, to jeszcze ich wpływ na życia śmiertelników był oczywisty. Jak inaczej wytłumaczyć taki zbieg okoliczności? Spotkanie Christy tutaj? Nie, musiał istnieć jakiś byt lub byty, które z góry obserwowały życie ludzi - w tym przypadku Saryi - i stawiały na drodze wyzwania.
Całkowicie nie poświęcając temu jednej myśli, działając zupełnie automatycznie, Sarya zaczęła klaskać razem z resztą, gdy Britt Neyj robiła swój "popisowy numer". Wszystko by się nie wyróżniać.
Na szczęście Jon zauważył jej spojrzenie. Nachyliła się ku niemu, ocierając się policzkiem o jego, dotknęła zalotnie ustami jego uszu i wyszeptała:
- Kobieta-ochroniarz z powozu Flattera. Przy stoliku z rudym mięśniakiem - powiedziała. - Lepiej, by nas nie widziała razem. Do zobaczenia za niedługo.
Teraz zwróciła się do woźnicy.
- Niestety, poczułam się coś słabo - powiedziała, obdarzając go ślicznym uśmiechem. - To chyba ten samogon i mieszanie. Nie chcę przeszkadzać im w wieczorku zapoznawczym. Wyprowadzisz mnie na zewnątrz?
Nie czekając na odpowiedź, wciąż uśmiechając się uroczo, wzięła go za ramię i wstała z miejsca, kierując się do wyjścia. Najlepiej byłoby, gdyby Christina jej nie zobaczyła, ale najważniejsze by nie widziała jej z Lambertem i Jonem.
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Dotyk delikatnej skóry i ciepło oddechu przy uchu rozbudziło Jona. Aż zaczął się zastanawiać kiedy ostatni raz miał okazję zwrócić na taki gest uwagę. Szybko jednak zebrał się w sobie.
- Tino! - krzyknął, pstrykając palcami na barmana, zdając sobie sprawę, że pracownicy różnorakiej gastronomii uwielbiają, gdy się ich tak przywołuje. - Wyślij proszę chłopaka do tego woźnicy, niech mu przekaże, że ma zawieźć towarzyszącą mu kobietę do Najukochańszej, dobrze?
Mówiąc to, wcisnął w dłoń Tina kilka złotych monet, a na koniec przyłożył sobie palec do ust. Zgarnął dwie butelki wina, które w międzyczasie zdążyły zostać wybrane, a trzecią wcisnął Lambertowi w ręce.
Ukłonił się Taranowi i Tino, machając niewidzialnym kapeluszem.
- Przejdźmy się - powiedział do Lamberta. - To niedaleko.
- Tino! - krzyknął, pstrykając palcami na barmana, zdając sobie sprawę, że pracownicy różnorakiej gastronomii uwielbiają, gdy się ich tak przywołuje. - Wyślij proszę chłopaka do tego woźnicy, niech mu przekaże, że ma zawieźć towarzyszącą mu kobietę do Najukochańszej, dobrze?
Mówiąc to, wcisnął w dłoń Tina kilka złotych monet, a na koniec przyłożył sobie palec do ust. Zgarnął dwie butelki wina, które w międzyczasie zdążyły zostać wybrane, a trzecią wcisnął Lambertowi w ręce.
Ukłonił się Taranowi i Tino, machając niewidzialnym kapeluszem.
- Przejdźmy się - powiedział do Lamberta. - To niedaleko.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Tino, który dopiero co wrócił z zaplecza z paroma butelkami wina, patrzył teraz na Jona z pewnym zdezorientowaniem. Jednakże o Świętym Gaju i jego właścicielce krążyły legendy - legendy, według których rzuty włócznią służyły nie tylko do zabawiania klienteli, ale także do zastraszania pracowników. Było to prawdopodobnie jedyne miejsce w Nimnaros, gdzie każdy bez wyjątku starał się być najlepszą wersją siebie. Stanowiło to najpewniejszy sposób, by pozostać przy okazji najżywszą wersją siebie.
Tino pokornie utwierdził więc Jona w przekonaniu, że pstrykanie palcem to coś, co osoby na jego stanowisku lubią najbardziej. Pokornie przyjął monety i skinął głową, dając do zrozumienia, że zrozumiał, że ma zachować dyskrecję. Potem, manewrując z wprawą wśród zebranych w lokalu klientów, skierował się ku drzwiom, za którymi chwilę wcześniej zniknęli Sarya z woźnicą.
Choć ostatnie wydarzenia rozegrały się niezwykle szybko i część z nich umknęła percepcji Lamberta, starał się zachować rezon. Skinął Jonowi głową, mając przy tym minę sugerującą, że oczywiście, że to niedaleko, przecież wie. Nie wiedział jednak, dlatego w uprzejmym geście pozwolił Jonowi iść przodem.
- Cóż takiego spłoszyło naszą piękna sarenkę? - zapytał pleców Jona, czując, że wypity dziś alkohol zaczyna nieco buzować mu w głowie.
***
Sarya wyszła wraz z woźnicą na dwór. Rześkie wieczorne powietrze omiotło jej twarz. Dopiero teraz poczuła w pełni, jak duszno było w środku.
Woźnica, wciąż mocno stremowany, odsunął się od niej, gdy tylko przekroczyli próg. Skrępowany, omiótł spojrzeniem czubki własnych butów. A potem, jak zwykle w stresujących sytuacjach, uciekł się do tego, co znał najlepiej. Sięgnął za pazuchę płaszcza i wyciągnął stamtąd sfatygowaną paczkę własnoręcznie skręcanych papierosów. Zaraz się zreflektował.
- O matko, przepraszam. Panience jest słabo, a ja chciałem nasmrodzić tu dymem. - Przejęty zacisnął pięści. Nic dziwnego, że paczka wyglądała, jak wyglądała.
Tino pokornie utwierdził więc Jona w przekonaniu, że pstrykanie palcem to coś, co osoby na jego stanowisku lubią najbardziej. Pokornie przyjął monety i skinął głową, dając do zrozumienia, że zrozumiał, że ma zachować dyskrecję. Potem, manewrując z wprawą wśród zebranych w lokalu klientów, skierował się ku drzwiom, za którymi chwilę wcześniej zniknęli Sarya z woźnicą.
Choć ostatnie wydarzenia rozegrały się niezwykle szybko i część z nich umknęła percepcji Lamberta, starał się zachować rezon. Skinął Jonowi głową, mając przy tym minę sugerującą, że oczywiście, że to niedaleko, przecież wie. Nie wiedział jednak, dlatego w uprzejmym geście pozwolił Jonowi iść przodem.
- Cóż takiego spłoszyło naszą piękna sarenkę? - zapytał pleców Jona, czując, że wypity dziś alkohol zaczyna nieco buzować mu w głowie.
***
Sarya wyszła wraz z woźnicą na dwór. Rześkie wieczorne powietrze omiotło jej twarz. Dopiero teraz poczuła w pełni, jak duszno było w środku.
Woźnica, wciąż mocno stremowany, odsunął się od niej, gdy tylko przekroczyli próg. Skrępowany, omiótł spojrzeniem czubki własnych butów. A potem, jak zwykle w stresujących sytuacjach, uciekł się do tego, co znał najlepiej. Sięgnął za pazuchę płaszcza i wyciągnął stamtąd sfatygowaną paczkę własnoręcznie skręcanych papierosów. Zaraz się zreflektował.
- O matko, przepraszam. Panience jest słabo, a ja chciałem nasmrodzić tu dymem. - Przejęty zacisnął pięści. Nic dziwnego, że paczka wyglądała, jak wyglądała.
Spoiler:
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Nic nie szkodzi - odpowiedziała. - Ja sobie po prostu stanę tu sobie z boku i pooddycham świeżym powietrzem. Może zaraz wrócą mi siły.
Jak powiedziała, tak uczyniła, stając w ten sposób, by powóz zasłaniał ją od ludzi wychodzących z karczmy, jednocześnie mając jako taki widok na wejście.
Przekazała informację Jonowi, na więcej nie było czasu, pozostawało liczyć, że zadziałają.
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Oni - odpowiedział Lambertowi Jon, celując paluchem w parę, której za nic nie mógł skojarzyć.
Taran właśnie koło niego przechodził, więc wyciągnął mu z kieszenie korkociąg. Otworzył wino, pociągnął solidnie i przyjrzał się narzędziu w dłoni, nie wiedząc przez chwilę, co z nim począć. Doszedł do wniosku, że pomimo swej niebagatelnej użyteczności w sytuacjach stresowych, to nadal nieładnie tak zabierać z lokalu fanty, a przynajmniej w nadmiarze nieładnie, więc zamachnął się i wbił korkociąg w słup, myśląc, że rozwiązanie pasuje do lokalu.
Przypatrzył się efektowi i kiwnął głową z aprobatą.
- Tino znajdzie - powiedział ni to do siebie, ni to do Lamberta. - Przynajmniej mam taką nadzieję. A co tam?
Uśmiechnął się wesoło, czując, że serce pompuje mu procenty w żyły. Życie zaczynało mu się podobać, więc napił się jeszcze, aby szybko nie przestało.
Taran właśnie koło niego przechodził, więc wyciągnął mu z kieszenie korkociąg. Otworzył wino, pociągnął solidnie i przyjrzał się narzędziu w dłoni, nie wiedząc przez chwilę, co z nim począć. Doszedł do wniosku, że pomimo swej niebagatelnej użyteczności w sytuacjach stresowych, to nadal nieładnie tak zabierać z lokalu fanty, a przynajmniej w nadmiarze nieładnie, więc zamachnął się i wbił korkociąg w słup, myśląc, że rozwiązanie pasuje do lokalu.
Przypatrzył się efektowi i kiwnął głową z aprobatą.
- Tino znajdzie - powiedział ni to do siebie, ni to do Lamberta. - Przynajmniej mam taką nadzieję. A co tam?
Uśmiechnął się wesoło, czując, że serce pompuje mu procenty w żyły. Życie zaczynało mu się podobać, więc napił się jeszcze, aby szybko nie przestało.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Woźnica skinął głową i odpalił papierosa. Zaciągnął się głęboko i z namaszczeniem wypuścił powietrze. Dym zatańczył w świetle przydrożnej latarni i rozpłynął się w powietrzu. Gdy zaciągał się po raz drugi, drzwi lokalu otworzyły się i stanął w nich Tino. Powłóczył spojrzeniem pomiędzy Saryą a woźnicą, jak gdyby zastanawiał się, komu powinien przekazać polecenie od Jona. W końcu chyba uznał, że ma zbyt małe kompetencje, by podjąć decyzję, bo ostatecznie rzucił wypowiedzią przed siebie, celując gdzieś pomiędzy tę dwójkę.
- Zostałem poproszony o przekazanie, że macie skierować się do Najukochańszej. Plugawe miejsce, jeśli miałbym oceniać i nie miałbym nic przeciwko, żebyś została w naszych skromnych progach, moja droga. Ale o przekazanie opinii nikt mnie nie prosił, cóż. - Wzruszył ramionami.
Położył rękę na klamce, gotów wrócić do środka, ale nie otworzył drzwi. Wbił wzrok w Saryę, jak gdyby liczył, że ta jednak zmieni zdanie i zdecyduje się spędzić wieczór w jego pobliżu.
***
Lambert powędrował spojrzeniem po ramieniu Jona, aż po jego palec i dalej, w kierunku wskazywanym przez nienagannie zadbany paznokieć. Jego wzrok z gracją pchły przeskoczył przez nieinteresujące powietrze, by spocząć... prosto na oczach wgapiających się w nich obu Cristiny.
- Ach, oni... - mruknął. - Zdaje się, Jon, że pokazywanie palcem to uniwersalnie znany gest, w szerokich kręgach uznawany za informację, że coś do kogoś mamy.
Osiłek siedzący z Ag'illerą zorientował się, że kobieta świdruje kogoś spojrzeniem i odwrócił się na zydlu. Jego przecięta brzydką blizną twarz wyróżniała się na tle tego miejsca jak trollica w burdelu.
- Co to za oni? - zapytał półgębkiem, kierując się w stronę wskazanego stolika.
- Zostałem poproszony o przekazanie, że macie skierować się do Najukochańszej. Plugawe miejsce, jeśli miałbym oceniać i nie miałbym nic przeciwko, żebyś została w naszych skromnych progach, moja droga. Ale o przekazanie opinii nikt mnie nie prosił, cóż. - Wzruszył ramionami.
Położył rękę na klamce, gotów wrócić do środka, ale nie otworzył drzwi. Wbił wzrok w Saryę, jak gdyby liczył, że ta jednak zmieni zdanie i zdecyduje się spędzić wieczór w jego pobliżu.
***
Lambert powędrował spojrzeniem po ramieniu Jona, aż po jego palec i dalej, w kierunku wskazywanym przez nienagannie zadbany paznokieć. Jego wzrok z gracją pchły przeskoczył przez nieinteresujące powietrze, by spocząć... prosto na oczach wgapiających się w nich obu Cristiny.
- Ach, oni... - mruknął. - Zdaje się, Jon, że pokazywanie palcem to uniwersalnie znany gest, w szerokich kręgach uznawany za informację, że coś do kogoś mamy.
Osiłek siedzący z Ag'illerą zorientował się, że kobieta świdruje kogoś spojrzeniem i odwrócił się na zydlu. Jego przecięta brzydką blizną twarz wyróżniała się na tle tego miejsca jak trollica w burdelu.
- Co to za oni? - zapytał półgębkiem, kierując się w stronę wskazanego stolika.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Kobieta-ochroniarz z powozu Flattera - wyrecotował z pamięci Jon.
Przez chwilę przyglądał się rudemu drabowi i zastanawiał się, czemu do cholery ochroniarz potrzebuje ochroniarza. Albo może rudego też trzeba chronić? W tym intensywnym rozważaniu w ogóle nie zauważył, że Lambert pokierował ich kroki do stolika, więc miał coraz więcej wątpliwej przyjemności spoglądania z coraz bliższej odległości na paskudne japy eksluzywnych wikidajłów.
Przez chwilę przyglądał się rudemu drabowi i zastanawiał się, czemu do cholery ochroniarz potrzebuje ochroniarza. Albo może rudego też trzeba chronić? W tym intensywnym rozważaniu w ogóle nie zauważył, że Lambert pokierował ich kroki do stolika, więc miał coraz więcej wątpliwej przyjemności spoglądania z coraz bliższej odległości na paskudne japy eksluzywnych wikidajłów.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
- Od Flattera? - zapytał Lambert, stawiając krok.
- Od Flattera - przytaknął Jon, drepcząc mu za plecami.
- A Flattera nie ma? - zapytał Lambert, uśmiechając się do Cristiny.
- A Flattera nie ma - przytaknął Jon, pociągając z butelki.
- A był na komisariacie? - zapytał Lambert, odgarniając włosy z czoła.
- A nie było. - Jon przetarł mokre od wina usta.
- Mimo że miał być? - Lambert powoli nie wiedział, co jeszcze zrobić z rękoma.
- Miał być. - Jon widział doskonale, w końcu trzymał w nich wciąż pełną jeszcze butelkę.
- Zeznawać o tym, jak padł ofiarą kradzieży? - Byli już coraz bliżej stolika.
- Wielkiej, haniebnej kradzieży. - Jon był coraz bliżej dna.
- To się kupy nie trzyma.
Dryblas wstał i splótł ręce na piersi. Pewne znaki są bardziej czytelne niż słowa.
Lambert nie mówił jednak zbyt dobrze w języku osiłków przekonanych o sile własnych mięśni. Podziękował mu skinieniem głowy i rozsiadł się na zwolnionym przez niego siedzeniu.
Szybko zrozumiał, że także jego zgubiły pycha i - wzmocniona pewnie lejącym się tego dnia obficie alkoholem - pewność siebie. Zaciskająca się na jego kołnierzu potężna dłoń była gestem, który nie pozostawiał pola do błędnej interpretacji.
- Ee, Jon? - wyjąkał Gresk, czując, jak tyłek wbrew jego woli odrywa się od wygodnego siedziska.
- Od Flattera - przytaknął Jon, drepcząc mu za plecami.
- A Flattera nie ma? - zapytał Lambert, uśmiechając się do Cristiny.
- A Flattera nie ma - przytaknął Jon, pociągając z butelki.
- A był na komisariacie? - zapytał Lambert, odgarniając włosy z czoła.
- A nie było. - Jon przetarł mokre od wina usta.
- Mimo że miał być? - Lambert powoli nie wiedział, co jeszcze zrobić z rękoma.
- Miał być. - Jon widział doskonale, w końcu trzymał w nich wciąż pełną jeszcze butelkę.
- Zeznawać o tym, jak padł ofiarą kradzieży? - Byli już coraz bliżej stolika.
- Wielkiej, haniebnej kradzieży. - Jon był coraz bliżej dna.
- To się kupy nie trzyma.
Dryblas wstał i splótł ręce na piersi. Pewne znaki są bardziej czytelne niż słowa.
Lambert nie mówił jednak zbyt dobrze w języku osiłków przekonanych o sile własnych mięśni. Podziękował mu skinieniem głowy i rozsiadł się na zwolnionym przez niego siedzeniu.
Szybko zrozumiał, że także jego zgubiły pycha i - wzmocniona pewnie lejącym się tego dnia obficie alkoholem - pewność siebie. Zaciskająca się na jego kołnierzu potężna dłoń była gestem, który nie pozostawiał pola do błędnej interpretacji.
- Ee, Jon? - wyjąkał Gresk, czując, jak tyłek wbrew jego woli odrywa się od wygodnego siedziska.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Ty, no bez kitu - mruknął sam do siebie Jon, zatrzymując się w miejscu. - Nie trzyma.
Tarł przez chwilę w zamyśleniu podbródek i z tej ponurej kontemplacji wyrwał go przelatujący mu przed oczami zad Lamberta.
Jon zaczął trzeć brodę jeszcze natarczywiej.
Zanim rudy dryblas wyciągnął również łapy po niego, Jon wziął głęboki oddech i spojrzał bezpośrednio na Cristinę.
- Aso ty tu rbisz? - wybełkotał, ściągając brwi.
Tarł przez chwilę w zamyśleniu podbródek i z tej ponurej kontemplacji wyrwał go przelatujący mu przed oczami zad Lamberta.
Jon zaczął trzeć brodę jeszcze natarczywiej.
Zanim rudy dryblas wyciągnął również łapy po niego, Jon wziął głęboki oddech i spojrzał bezpośrednio na Cristinę.
- Aso ty tu rbisz? - wybełkotał, ściągając brwi.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert huknął o podłogę i nakrył się nogami. Przez myśl przebiegło mu tylko, że miał więcej szczęścia niż rozumu, że podczas swojego krótkiego lotu nie wymusił pierwszeństwa na jednej z rzucanych przez właścicielkę tego przybytku włóczni.
Potem przeszło mu jeszcze przez myśl, że bardzo się cieszy, że Sarya tego nie widzi. Choć z drugiej strony mogłoby to jej szerzej zarysować obraz relacji tej dwójki. Wszak nie był to pierwszy raz, kiedy wspólnie z Jonem wywołali jakąś barową burdę. Tego typu zajścia były jedynymi, kiedy Lambert dopuszczał do siebie myśl o przegranej i godził się z czyjąś wyższością.
Teraz także nie pozostawało mu nic innego, niż uznać, że dryblas jest górą. Stęknął, próbując się doprowadzić do porządku, a przynajmniej do pionu.
- Vlad… - zaczęła Cristina, ale ten uciszył ją uniesieniem wielkiej jak pokrywa od kubła na śmieci dłoni.
- Milcz. Dość już narobiłaś problemów. - Jego głos brzmiał jak łamane kości. - Teraz, kiedy się panowie uspokoili, zapraszam do stolika.
Usiadł na swoim miejscu przy akompaniamencie trzeszczących desek.
Jon próbował uporządkować myśli, zaplątane w lepkich objęciach słodkiego wina. Lambert próbował uporządkować kończyny. Przestrzeń lokalu próbowała uporządkować się, aby wrócić do stanu sprzed chwili, gdy wszystkie pary oczu zwróciły się ku lecącemu nad stołami Greskowi.
- Kim panowie są i czego od nas oczekują? - zapytał Vlad, posyłając mężczyznom uśmiech, jakim zbir z ciemnej uliczki informuje swoją niedoszła ofiarę, że niedoszłą pozostanie jeszcze tylko przez kilka uderzeń serca.
Potem przeszło mu jeszcze przez myśl, że bardzo się cieszy, że Sarya tego nie widzi. Choć z drugiej strony mogłoby to jej szerzej zarysować obraz relacji tej dwójki. Wszak nie był to pierwszy raz, kiedy wspólnie z Jonem wywołali jakąś barową burdę. Tego typu zajścia były jedynymi, kiedy Lambert dopuszczał do siebie myśl o przegranej i godził się z czyjąś wyższością.
Teraz także nie pozostawało mu nic innego, niż uznać, że dryblas jest górą. Stęknął, próbując się doprowadzić do porządku, a przynajmniej do pionu.
- Vlad… - zaczęła Cristina, ale ten uciszył ją uniesieniem wielkiej jak pokrywa od kubła na śmieci dłoni.
- Milcz. Dość już narobiłaś problemów. - Jego głos brzmiał jak łamane kości. - Teraz, kiedy się panowie uspokoili, zapraszam do stolika.
Usiadł na swoim miejscu przy akompaniamencie trzeszczących desek.
Jon próbował uporządkować myśli, zaplątane w lepkich objęciach słodkiego wina. Lambert próbował uporządkować kończyny. Przestrzeń lokalu próbowała uporządkować się, aby wrócić do stanu sprzed chwili, gdy wszystkie pary oczu zwróciły się ku lecącemu nad stołami Greskowi.
- Kim panowie są i czego od nas oczekują? - zapytał Vlad, posyłając mężczyznom uśmiech, jakim zbir z ciemnej uliczki informuje swoją niedoszła ofiarę, że niedoszłą pozostanie jeszcze tylko przez kilka uderzeń serca.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon wodził wzrokiem za każdym ruchem ręki Vlada i zastanawiał się usilnie, jakim cudem od machania tymi łopatami on jeszcze nie odleciał.
Lambert, który otrzepał się z już kurzu i wyplątał ręce z objęć własnych nóg, wyprostował się dumnie i z wysoko uniesioną brodą odpowiadał na zaczepne spojrzenia takim wytrzeszczem oczu, że to goście niemal go przepraszali, że w ogóle zwrócili uwagę, i że to przecież zupełnie normalne tak latać przez pół sali.
I tak siedząc obaj przy stole, Jon w końcu zrozumiał, czemu ludzie kręcą się na krzesłach podczas przesłuchania. Jest to jakieś dziwne przeczucie, że nie czeka go nic miłego i w sumie to wolałby już wyjść.
Nie pozostało nic innego jak dalej robić z siebie idiotę. Jon wiedział, że przyjdzie mu to z naturalną gracją.
Pociągnął tęgi łyk wina, mlasnął głośno, spojrzał rudemu w oczy i zbekał się jak świnia.
- Zanim narobisz jeszcze więcej problemów niż już zdążyła narobić ta kretynka - warknął. - Proszę, nie rzucaj już moim wspólnikiem. To niebywale cenna głowa i byłaby szkoda, gdyby coś jej się stało.
- Wszystko w porządku, Rass El Kruku? - zapytał Lamberta, przywołując na twarz zatroskaną minę.
- Czemu przykuwacie uwagę - odwrócił się na powrót do Vlada i Cristiny. - Dlaczego nikogo nie było na przesłuchaniu?
Lambert, który otrzepał się z już kurzu i wyplątał ręce z objęć własnych nóg, wyprostował się dumnie i z wysoko uniesioną brodą odpowiadał na zaczepne spojrzenia takim wytrzeszczem oczu, że to goście niemal go przepraszali, że w ogóle zwrócili uwagę, i że to przecież zupełnie normalne tak latać przez pół sali.
I tak siedząc obaj przy stole, Jon w końcu zrozumiał, czemu ludzie kręcą się na krzesłach podczas przesłuchania. Jest to jakieś dziwne przeczucie, że nie czeka go nic miłego i w sumie to wolałby już wyjść.
Nie pozostało nic innego jak dalej robić z siebie idiotę. Jon wiedział, że przyjdzie mu to z naturalną gracją.
Pociągnął tęgi łyk wina, mlasnął głośno, spojrzał rudemu w oczy i zbekał się jak świnia.
- Zanim narobisz jeszcze więcej problemów niż już zdążyła narobić ta kretynka - warknął. - Proszę, nie rzucaj już moim wspólnikiem. To niebywale cenna głowa i byłaby szkoda, gdyby coś jej się stało.
- Wszystko w porządku, Rass El Kruku? - zapytał Lamberta, przywołując na twarz zatroskaną minę.
- Czemu przykuwacie uwagę - odwrócił się na powrót do Vlada i Cristiny. - Dlaczego nikogo nie było na przesłuchaniu?
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
- W najlepszym, Jonie Tra vol Ta - odparł Lambert, starając się nie krzywić. Ewidentnie coś przeskoczyło mu w plecach. Jednak wraz z gruchnięciem o podłogę, zrzucił z siebie całe odurzenie alkoholowe. - Trzeba więcej, żeby mnie złamać.
Potem spojrzał na pozostałą dwójkę.
- Macie nam sporo do wyjaśnienia. Gdzie jest Flatter? Na tym wozie było mnóstwo drogocennych przedmiotów. Miałem już dogranego kupca na jeden z obrazów spod pędza van Hoha. Tymczasem nasz drogi Vincent zdaje się nie być zainteresowany odzyskaniem zguby.
Lambert z trudem dokończył zdanie. Siedział bowiem w idealnym miejscu, by dostrzec, że podczas upadku także dorobił się jednej zguby. Maska Kryttisa leżała na podłodze. Na szczęście nikt jeszcze jej nie spostrzegł. Gresk gorączkowo próbował nawiązać kontakt wzrokowy z Jonem, by niewerbalnie przekazać mu, co zaszło.
- Pan Flatter jest chwilowo niedysponowany. - Vlad przeciągnął się, aż strzeliły stawy. - Nie tylko pański kupiec był żywo zainteresowany jednym ze skradzionych towarów, panie Kruku.
Gdy Vlad się przeciągał, rękawy jego koszuli podciągnęły się, a Lambert oraz Jon mogli dostrzec wytatuowaną na przedramieniu, bogato zdobioną literę K. Trupia czaszka w tle dobitnie wskazywała, że nie był to inicjał imienia kochanki - chyba że wybitnie irytującej.
Cristina popijała wino, milcząc. Wzrok, jakim patrzyła na Vlada, pozwalał się jednak domyślać, że nie darzy go szczególną sympatią i że wiele by dała, by znaleźć się gdzie indziej.
Potem spojrzał na pozostałą dwójkę.
- Macie nam sporo do wyjaśnienia. Gdzie jest Flatter? Na tym wozie było mnóstwo drogocennych przedmiotów. Miałem już dogranego kupca na jeden z obrazów spod pędza van Hoha. Tymczasem nasz drogi Vincent zdaje się nie być zainteresowany odzyskaniem zguby.
Lambert z trudem dokończył zdanie. Siedział bowiem w idealnym miejscu, by dostrzec, że podczas upadku także dorobił się jednej zguby. Maska Kryttisa leżała na podłodze. Na szczęście nikt jeszcze jej nie spostrzegł. Gresk gorączkowo próbował nawiązać kontakt wzrokowy z Jonem, by niewerbalnie przekazać mu, co zaszło.
- Pan Flatter jest chwilowo niedysponowany. - Vlad przeciągnął się, aż strzeliły stawy. - Nie tylko pański kupiec był żywo zainteresowany jednym ze skradzionych towarów, panie Kruku.
Gdy Vlad się przeciągał, rękawy jego koszuli podciągnęły się, a Lambert oraz Jon mogli dostrzec wytatuowaną na przedramieniu, bogato zdobioną literę K. Trupia czaszka w tle dobitnie wskazywała, że nie był to inicjał imienia kochanki - chyba że wybitnie irytującej.
Cristina popijała wino, milcząc. Wzrok, jakim patrzyła na Vlada, pozwalał się jednak domyślać, że nie darzy go szczególną sympatią i że wiele by dała, by znaleźć się gdzie indziej.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Gdyby Sarya nie miała w tym takiego treningu, kąciki ust by już zaczęły ją boleć od tych olśniewających uśmiechów, które słała dookoła, tym razem obdarzając nim Tino.
- Pracodawca każde, pracownica słucha - wytłumaczyła się przed barmanem, po czym wsiadła do powozu.
Cały czas wyglądała przez okno, czy Lambert i Jon wychodzą, ale gdy powóz ruszył, zwróciła się do woźnicy:
- Czym jest ta... Najukochańsza? - zapytała. - Jak rozumiem malutka restauracyjka, idealna na romantyczne kolacje z wybranką serca? Ach, nie? Serca to tam serwują tych, którzy nie płacą rachunku? Raze