Maska - Odcinek Drugi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Sarya usiadła przy brudnym stoliku i spróbowała odkleić od niego kufel z piwem. Po drugiej stronie stołu usiadł woźnica imieniem Ryd i bynajmniej nie próbował odkleić wzroku od Saryi.
Pociągnął łyk ze swojego kufla. Znajomy smak w ustach musiał go ośmielić, bo gdy zaczął mówić, mówił długo i - ku zaskoczeniu kobiety - całkiem zajmująco.
Opowiadał o swoim dzieciństwie w Labiryncie, o fascynacji pierwszym ujrzanym powozem i o chłopięcym marzeniu, by zostać woźnicą. Gdy dzielił się anegdotkami z co ciekawszych przejazdów, Sarya złapała się na tym, że nie udaje uśmiechu - śmiała się zupełnie szczerze.
Spojrzenia z sąsiednich stolików przestały robić na niej jakiekolwiek wrażenie. Szybko zapomniała też wyczekiwać Lamberta i Jona.
***
Lambert patrzył za odchodzącym Jonem, a wdzięczność i nienawiść tworzyły w nim mieszankę wybuchową. W końcu uznał jednak, że uchronienie maski przed wzorkiem pozostałej przy stoliku dwójki było warte wszystkiego - nawet kilku kopnięć w warty wszystkich pieniędzy artefakt.
- Pana towarzysz faktycznie nie wyglądał najlepiej, panie Kruk. - Cristina patrzyła za odchodzącym Jonem. - Do tego zdawało się, że kulał. - Posłała Lambertowi znaczące spojrzenie.
- Dobra, pogadali. - Vlad położył ciężkie pięści na stole. - To teraz spierdalaj, ptaszyno. Chyba że chcesz znów polecieć.
- Raczej podziękuję - powiedział spokojnie Lambert. - Ładny tatuaż. Na cześć zmarłej mamusi?
Vlad odruchowo spojrzał na swoje przedramię. Błąd. Lambert sięgnął po pozostawioną przez Jona butelkę wina, pochylił się nad stołem i z impetem rozbił flaszkę na czerepie osiłka. Wino zmieszało się z krwią, spływając czerwienią po twarzy i kołnierzu tamtego.
Podniósł się Lambert, podniosła się Cristina, podniosły się krzyki przy sąsiednich stolikach. Gresk nie czekał, aż podniesie się także Vlad. Doskoczył do niego i kopnął go z całych sił w pierś. Dryblas zwalił się z krzesła i runął pod stół.
Cristina już była przy Lambercie.
- Za mną - rzuciła, mijając go.
Wokół nich zebrała się już spora grupa gapiów. Rozstąpili się, gdy Cristina z Lambertem zaczęli przedzierać się przez tłum.
***
Jon sikał, gwiżdżąc wesoło. Maska tkwiła za jego pazuchą. Nagle za jego plecami rozległ się huk otwieranych drzwi, a ledwo słyszalny na dworze gwar klienteli wzmógł się znacząco. Strażnik zawiązał spodnie i odwrócił się. W samą porę, by dojrzeć wybiegających bocznym wyjściem Lamberta i Cristinę.
Gresk dojrzał towarzysza, złapał kobietę za rękę i pociągnął w jego stronę. Zanim którekolwiek z tej dwójki zdążyło zareagować, Lambert wepchnął ich do latryny i zatrzasnął drzwi. Przesunął skobel.
Stali w trójkę w półmroku. Światło księżyca wpadało przez szpary między deskami. Latryna była na tyle mała, że czuli na twarzach oddechy pozostałych. Śmierdziało niemiłosiernie.
Za chwilę gwar wzmógł się znowu. Lambert przytknął oko do szczeliny i dojrzał wybiegającego ma zewnątrz Vlada. Z twarzą umazaną krwią, osiłek wyglądał jak wysłannik śmierci.
- Chyba chwilę tu zostaniemy - mruknął Gresk, gdy Vlad zniknął za rogiem, zmierzając na front lokalu. - Więc? Co tu się wyprawia?
- Nic by się nie wyprawiało, gdybyście wczoraj nie okradli Vincenta Flattera.
Pociągnął łyk ze swojego kufla. Znajomy smak w ustach musiał go ośmielić, bo gdy zaczął mówić, mówił długo i - ku zaskoczeniu kobiety - całkiem zajmująco.
Opowiadał o swoim dzieciństwie w Labiryncie, o fascynacji pierwszym ujrzanym powozem i o chłopięcym marzeniu, by zostać woźnicą. Gdy dzielił się anegdotkami z co ciekawszych przejazdów, Sarya złapała się na tym, że nie udaje uśmiechu - śmiała się zupełnie szczerze.
Spojrzenia z sąsiednich stolików przestały robić na niej jakiekolwiek wrażenie. Szybko zapomniała też wyczekiwać Lamberta i Jona.
***
Lambert patrzył za odchodzącym Jonem, a wdzięczność i nienawiść tworzyły w nim mieszankę wybuchową. W końcu uznał jednak, że uchronienie maski przed wzorkiem pozostałej przy stoliku dwójki było warte wszystkiego - nawet kilku kopnięć w warty wszystkich pieniędzy artefakt.
- Pana towarzysz faktycznie nie wyglądał najlepiej, panie Kruk. - Cristina patrzyła za odchodzącym Jonem. - Do tego zdawało się, że kulał. - Posłała Lambertowi znaczące spojrzenie.
- Dobra, pogadali. - Vlad położył ciężkie pięści na stole. - To teraz spierdalaj, ptaszyno. Chyba że chcesz znów polecieć.
- Raczej podziękuję - powiedział spokojnie Lambert. - Ładny tatuaż. Na cześć zmarłej mamusi?
Vlad odruchowo spojrzał na swoje przedramię. Błąd. Lambert sięgnął po pozostawioną przez Jona butelkę wina, pochylił się nad stołem i z impetem rozbił flaszkę na czerepie osiłka. Wino zmieszało się z krwią, spływając czerwienią po twarzy i kołnierzu tamtego.
Podniósł się Lambert, podniosła się Cristina, podniosły się krzyki przy sąsiednich stolikach. Gresk nie czekał, aż podniesie się także Vlad. Doskoczył do niego i kopnął go z całych sił w pierś. Dryblas zwalił się z krzesła i runął pod stół.
Cristina już była przy Lambercie.
- Za mną - rzuciła, mijając go.
Wokół nich zebrała się już spora grupa gapiów. Rozstąpili się, gdy Cristina z Lambertem zaczęli przedzierać się przez tłum.
***
Jon sikał, gwiżdżąc wesoło. Maska tkwiła za jego pazuchą. Nagle za jego plecami rozległ się huk otwieranych drzwi, a ledwo słyszalny na dworze gwar klienteli wzmógł się znacząco. Strażnik zawiązał spodnie i odwrócił się. W samą porę, by dojrzeć wybiegających bocznym wyjściem Lamberta i Cristinę.
Gresk dojrzał towarzysza, złapał kobietę za rękę i pociągnął w jego stronę. Zanim którekolwiek z tej dwójki zdążyło zareagować, Lambert wepchnął ich do latryny i zatrzasnął drzwi. Przesunął skobel.
Stali w trójkę w półmroku. Światło księżyca wpadało przez szpary między deskami. Latryna była na tyle mała, że czuli na twarzach oddechy pozostałych. Śmierdziało niemiłosiernie.
Za chwilę gwar wzmógł się znowu. Lambert przytknął oko do szczeliny i dojrzał wybiegającego ma zewnątrz Vlada. Z twarzą umazaną krwią, osiłek wyglądał jak wysłannik śmierci.
- Chyba chwilę tu zostaniemy - mruknął Gresk, gdy Vlad zniknął za rogiem, zmierzając na front lokalu. - Więc? Co tu się wyprawia?
- Nic by się nie wyprawiało, gdybyście wczoraj nie okradli Vincenta Flattera.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Naprawdę, wyskoczył w trakcie jazdy? W samych gadkach? No, gdyby Rada Magów się dowiedziała - zawołała Sarya. - Nie wiem, jak zareagujesz na równie bezwstydną propozycję, ale gdybyś zacząłbyś się dzielić z Domem Urody pewnymi pikantnymi szczegółami, to byłabym wdzięczna... i hojna.
Pajęczyca zawsze poszukiwała nowych źródeł plotek i tajemnic, ale Sarya nie chciała póki co kierować uwagi Ryda na Dom Urody. Byłoby lepiej, gdyby myślał, że to jej jednoosobowa działalność, ale gdyby się domyślił to tragedii też by nie było. Zgodnie z tą myślą, padły następne słowa:
- Gdybyś był zainteresowany zmianą miejsca pracy i wożeniem klientów dla Domu Urody, to szepnęłabym za tobą słówko lub dwa - powiedziała. - Płacimy dobrze, a zadowoleni klienci - a wszyscy od nas wychodzą zadowoleni - dają szczodre napiwki. Jest jakaś pani van Nistelrooy? Czasem żony i partnerki naszych pracowników bywają zazdrosne, ale wystarczy, że poznają nas lepiej, odbędą u nas kilka zabiegów ze zniżką i już nabierają o wiele lepszego zdania. Naprawdę nie gryziemy. Za darmo.
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Nic mi o tym nie wiadomo - odparł Jon, gimnastykując się, by w tym niemiłosiernym smrodzie i ścisku przentrasportować butelkę w pobliże ust. - Zwykłe plotki i pomówienia.
- A gdyby pani wyczuła coś długiego i twardego zmierzającego w pani stronę - dodał po namyśle. - Jest to tylko popęd do alkoholu.
Rozdając kuksańce równo na obie osoby, udało mu się w końcu wyciągnąć wino i lekko przechylić.
- No to kibel - przyznał, stojąc w wychodku. Lambert z Cristiną napierali na niego z każdej strony, więc starał się wcisnąć w kąt na tyle, na ile się dało, nie niszcząc przy tym samej ich kryjówki. Lambert był raczej szczupły, choć niespodziewanie kanciasty, jakby miał więcej stawów niż przeciętny człowiek, gdyż suma kolan i łokci, które Jon odczuwał na swoich ciele zupełnie nie zgadzała mu się z ilością kompanów. Cristina natomiast miała czym napierać i w wyobraźni Jona ta zbita z desek latryna, powoli przypominała beczkę i jedyne, co trzeba było zrobić, to poczekać aż wybuchnie.
- Przyjacielu - zwrócił się do Lamberta, a raczej tam, gdzie wydawało mu się, że w ciemności jest. - Nasza droga przyjaciółka odkryła naszą tajemnicę. Najwyższa pora, żebyś wykazał się swoimi słynnymi talentami i pozbył się jej łaskawie. Możesz utopić ją w gnojówce, nie jestem wybredny.
- A gdyby pani wyczuła coś długiego i twardego zmierzającego w pani stronę - dodał po namyśle. - Jest to tylko popęd do alkoholu.
Rozdając kuksańce równo na obie osoby, udało mu się w końcu wyciągnąć wino i lekko przechylić.
- No to kibel - przyznał, stojąc w wychodku. Lambert z Cristiną napierali na niego z każdej strony, więc starał się wcisnąć w kąt na tyle, na ile się dało, nie niszcząc przy tym samej ich kryjówki. Lambert był raczej szczupły, choć niespodziewanie kanciasty, jakby miał więcej stawów niż przeciętny człowiek, gdyż suma kolan i łokci, które Jon odczuwał na swoich ciele zupełnie nie zgadzała mu się z ilością kompanów. Cristina natomiast miała czym napierać i w wyobraźni Jona ta zbita z desek latryna, powoli przypominała beczkę i jedyne, co trzeba było zrobić, to poczekać aż wybuchnie.
- Przyjacielu - zwrócił się do Lamberta, a raczej tam, gdzie wydawało mu się, że w ciemności jest. - Nasza droga przyjaciółka odkryła naszą tajemnicę. Najwyższa pora, żebyś wykazał się swoimi słynnymi talentami i pozbył się jej łaskawie. Możesz utopić ją w gnojówce, nie jestem wybredny.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Było słychać, jak kobieta ze światem nabiera powietrza. Widać do tej pory była przekonana, że los wrzucił ją do wychodka ze złodziejami, ale przez myśl jej nie przeszło, że mogą posunąć się dalej.
- Jeśli którykolwiek mnie dotknie, zacznę krzyczeć. W środku jest mnóstwo ogierów gotowych pomóc damie w opałach.
- Nie ma powodów do obaw - odezwał się Lambert. - Nie zwykłem podnosić ręki na kobiety. Skąd pani wie?
- Och, dziwne spotkanie w powozie, a potem widok tej samej kobiety w towarzystwie dwóch mężczyzn, z których jednym jest przecież szeroko znany Jon.
- Cisza wybrzmiała głośniej niż klasztorny dzwon. - Zaczęłam się domyślać. Ale dopiero gdy zobaczyłam, jak pan Jon kopie dobrze znaną mi maskę, wszystko stało się jasne.
Jon nawet w ciemności poczuł na sobie spojrzenie Lamberta.
- Zwróćcie panowie uwagę, że weszłam w waszą ptasią grę. Kult Kryttisa nic mnie nie obchodzi, to stado opetancow. Obchodzą mnie pieniądze. A gdy okazało się, że maska przepadła i nie zostanie przekazana do sekty podczas licytacji, ci fanatycy dopadli Vincenta. Dlatego nie pojawił się, by złożyć zeznania.
Lambert szybko skojarzył fakty. Wcześniej podejrzewał znaczenie tatuażu na przedramieniu Vlada, teraz miał już pewność.
- Nasz rosły przyjaciel jest jednym z nich, prawda? Dopadł panią, żeby sprawdzić, czy nie wie pani czegoś więcej o losie maski?
Cristina ptzytaknęła.
Jon poczuł nagłe odepchnięcie. Ściany wychodka zatrzeszczaly, gdy kościste ramię Lamberta cisnęło strażnika na deski. Zaraz w ciemności rozległ się zduszony krzyk kobiety i odgłosy szamotaniny.
Jon przytknął oko do szpary w ścianie akurat w momencie, gdy jego do uszu dotarł charakterystyczny plusk. Nieczęsto miał okazję slyszeć, jak czyjaś głowa zanurza się w zbiorniku pełnym ekstrementow, ale odglos był nie do pomylenia z niczym innym. Dedukcję ułatwił też fakt, że poza gnojówką jedyny zbiornik z płynem stanowiła butelka wina w jego ręku, ale w nią korpulentnej kobiety nie nabiłby nawet Lambert.
W świetle latarni na zewnątrz Jon dostrzegł znajomą sylwetkę. Na makabrycznie zakrwawionej twarzy Vlada wykwitł uśmiech. Wyszedł zza rogu i skierował się wprost na ich kryjówkę, trzeszcząca i chwiejącą się teraz niczym domy w Labiryncie.
- Jeśli którykolwiek mnie dotknie, zacznę krzyczeć. W środku jest mnóstwo ogierów gotowych pomóc damie w opałach.
- Nie ma powodów do obaw - odezwał się Lambert. - Nie zwykłem podnosić ręki na kobiety. Skąd pani wie?
- Och, dziwne spotkanie w powozie, a potem widok tej samej kobiety w towarzystwie dwóch mężczyzn, z których jednym jest przecież szeroko znany Jon.
- Cisza wybrzmiała głośniej niż klasztorny dzwon. - Zaczęłam się domyślać. Ale dopiero gdy zobaczyłam, jak pan Jon kopie dobrze znaną mi maskę, wszystko stało się jasne.
Jon nawet w ciemności poczuł na sobie spojrzenie Lamberta.
- Zwróćcie panowie uwagę, że weszłam w waszą ptasią grę. Kult Kryttisa nic mnie nie obchodzi, to stado opetancow. Obchodzą mnie pieniądze. A gdy okazało się, że maska przepadła i nie zostanie przekazana do sekty podczas licytacji, ci fanatycy dopadli Vincenta. Dlatego nie pojawił się, by złożyć zeznania.
Lambert szybko skojarzył fakty. Wcześniej podejrzewał znaczenie tatuażu na przedramieniu Vlada, teraz miał już pewność.
- Nasz rosły przyjaciel jest jednym z nich, prawda? Dopadł panią, żeby sprawdzić, czy nie wie pani czegoś więcej o losie maski?
Cristina ptzytaknęła.
Jon poczuł nagłe odepchnięcie. Ściany wychodka zatrzeszczaly, gdy kościste ramię Lamberta cisnęło strażnika na deski. Zaraz w ciemności rozległ się zduszony krzyk kobiety i odgłosy szamotaniny.
Jon przytknął oko do szpary w ścianie akurat w momencie, gdy jego do uszu dotarł charakterystyczny plusk. Nieczęsto miał okazję slyszeć, jak czyjaś głowa zanurza się w zbiorniku pełnym ekstrementow, ale odglos był nie do pomylenia z niczym innym. Dedukcję ułatwił też fakt, że poza gnojówką jedyny zbiornik z płynem stanowiła butelka wina w jego ręku, ale w nią korpulentnej kobiety nie nabiłby nawet Lambert.
W świetle latarni na zewnątrz Jon dostrzegł znajomą sylwetkę. Na makabrycznie zakrwawionej twarzy Vlada wykwitł uśmiech. Wyszedł zza rogu i skierował się wprost na ich kryjówkę, trzeszcząca i chwiejącą się teraz niczym domy w Labiryncie.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon, który skupiał się na tym, by w wolnym czasie czuć w ciemności i ścisku różne rzeczy, w ogóle nie był zaskoczony oburzonym spojrzeniem Lamberta, że kopał maskę. Odwzajemnił spojrzenie w mrok, mówiące, że wystarczyło jej nie upuszczać.
Mniej więcej gdy był w połowie przewracania oczami z maksymalnym okazywaniem wyższości, Lambert zdecydował się sprawdzić na ile żebra Jona zegną się do środka bez pęknięcia. Jon wypuścił powietrze z dźwiękiem podobnym, gdy te opuszcza zbyt nadmuchany balonik.
Podejrzany plusk, który był zbyt dosłowny, żeby go zignorować poważnie go zafrasował. Jakkolwiek zdawał sobie sprawę, z czego jego przyjaciel robił specjalizację, to do tej pory nie miał okazji, być jej efektów tak blisko. W sumie też chyba nikt nigdy i tak blisko nie zamordował przy nim kogokolwiek z tak zimną krwią.
Jon był nieco zaskoczony, że Lambert okazał się tak nieczułym i skutecznym zabójcą. Doceniał też jego niebywałą zręczność, by wcisnąć kurpulentną Cristinę w otwór, który był zaprojektowany tak, by raczej w niego nie wpadać.
- Hmpf - stwierdził, gdyż był zbyt wysoko urodzony, by okazywać zdziwienie. W jego domu, jedyna dopuszczalna oznaka zdziwienia brzmiała "och, doprawdy?", w momencie, gdy miało się już dość słuchania.
- Nie żebym cię podpuszczał - mruknął, odrywając oko od szpary w deskach. - Ale jemu nie dasz rady.
Mniej więcej gdy był w połowie przewracania oczami z maksymalnym okazywaniem wyższości, Lambert zdecydował się sprawdzić na ile żebra Jona zegną się do środka bez pęknięcia. Jon wypuścił powietrze z dźwiękiem podobnym, gdy te opuszcza zbyt nadmuchany balonik.
Podejrzany plusk, który był zbyt dosłowny, żeby go zignorować poważnie go zafrasował. Jakkolwiek zdawał sobie sprawę, z czego jego przyjaciel robił specjalizację, to do tej pory nie miał okazji, być jej efektów tak blisko. W sumie też chyba nikt nigdy i tak blisko nie zamordował przy nim kogokolwiek z tak zimną krwią.
Jon był nieco zaskoczony, że Lambert okazał się tak nieczułym i skutecznym zabójcą. Doceniał też jego niebywałą zręczność, by wcisnąć kurpulentną Cristinę w otwór, który był zaprojektowany tak, by raczej w niego nie wpadać.
- Hmpf - stwierdził, gdyż był zbyt wysoko urodzony, by okazywać zdziwienie. W jego domu, jedyna dopuszczalna oznaka zdziwienia brzmiała "och, doprawdy?", w momencie, gdy miało się już dość słuchania.
- Nie żebym cię podpuszczał - mruknął, odrywając oko od szpary w deskach. - Ale jemu nie dasz rady.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Woźnica zastanowił się głęboko. Równie głęboko w głąb lokalu poleciał chwilę później, gdy czyjaś dłoń chwyciła go za kark i rzuciła na podłogę.
Naprzeciw Saryi rozsiadło się trzech mężczyzn, przywodzących na myśl stałych bywalców tego miejsca. Takich, którzy kierują się tu na pięterko z zagadniętymi przy piwie kobietami lub z woreczkiem wypchanym miedziakami zdolnymi rozsupłać niejeden gorset.
- Taka dama zasługuje na lepsze towarzystwo - powiedział ten w środku, siedzący okrakiem na krześle, z brodą położoną na oparciu mebla.
- Taka dama zasługuje na lepsze siedzisko - powiedział ten po prawej, rozciągający ramię po udanym rzucie woźnicą.
- Siedzisko dama ma zajebiste, hehe - powiedział ten po lewej, wyjmujący palec z nosa.
***
Lambert puścił Cristinę i odwrócił się w kierunku Jona. Przytknął oko do ściany i zaraz odskoczył gwałtownie, potykając się o zwiotczałe ciało kobiety i lądując na jej wetkniętej w dziurę w deskach głowie.
Nikły, rozszarpany deskami wychodka blask księżyca oświetlał sztych sztyletu tkwiący w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu znajdowały się usta Lamberta.
Potężna siła wyszarpnęła sztylet zza ściany. Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko sapaniem Lamberta, próbującego wstać - z mizernym skutkiem.
A potem rozległ się huk. Jon poczuł, jak drzazgi ranią go w twarz, gdy mocarne szarpnięcie za drzwi wyrwało skobel. W wejściu stał, zasłaniając księżyc, umorusany krwią Vlad. Szczerząc się paskudnie, odrzucił na bok wyrwane z zawiasami drzwi.
- Nawet w latrynie wyczuję smród tchórza - warknął.
Naprzeciw Saryi rozsiadło się trzech mężczyzn, przywodzących na myśl stałych bywalców tego miejsca. Takich, którzy kierują się tu na pięterko z zagadniętymi przy piwie kobietami lub z woreczkiem wypchanym miedziakami zdolnymi rozsupłać niejeden gorset.
- Taka dama zasługuje na lepsze towarzystwo - powiedział ten w środku, siedzący okrakiem na krześle, z brodą położoną na oparciu mebla.
- Taka dama zasługuje na lepsze siedzisko - powiedział ten po prawej, rozciągający ramię po udanym rzucie woźnicą.
- Siedzisko dama ma zajebiste, hehe - powiedział ten po lewej, wyjmujący palec z nosa.
***
Lambert puścił Cristinę i odwrócił się w kierunku Jona. Przytknął oko do ściany i zaraz odskoczył gwałtownie, potykając się o zwiotczałe ciało kobiety i lądując na jej wetkniętej w dziurę w deskach głowie.
Nikły, rozszarpany deskami wychodka blask księżyca oświetlał sztych sztyletu tkwiący w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu znajdowały się usta Lamberta.
Potężna siła wyszarpnęła sztylet zza ściany. Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko sapaniem Lamberta, próbującego wstać - z mizernym skutkiem.
A potem rozległ się huk. Jon poczuł, jak drzazgi ranią go w twarz, gdy mocarne szarpnięcie za drzwi wyrwało skobel. W wejściu stał, zasłaniając księżyc, umorusany krwią Vlad. Szczerząc się paskudnie, odrzucił na bok wyrwane z zawiasami drzwi.
- Nawet w latrynie wyczuję smród tchórza - warknął.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon poważnie rozważył, czy to aby nie dobra pora by stracić przytomność. Po krótkim namyśle, zrezygnował.
- Spokojnie, przyjacielu - powiedział, unosząc ręce. - Wiem, czego szukasz. Pozwól, że ci to oddamy, a ty nie zrobisz nam krzywdy.
Ponownie się zastanowił na ile dwie ręce są silniejsze niż cztery i czy może we dwóch nie daliby mu rady. Z drugiej strony jednak, chłop łapska miał wielgachne i Jon obawiał się, że Vlad zgasi mu światło jednym liściem.
Postanowił więc zrobić jak powiedział. Wyciągnął maskę spod płaszcza i niczym licytator na aukcji pokazał ją Vladowi z każdej strony.
- O, a tu widzisz inskrypcje, że to nie tania podróbka - dodał, wskazując jakieś drobne żłobienia, podtykając mu ją niemal pod nos. Po czym po prostu wcisnął mu ją na twarz.
Gdy Vlad opadł jak szmaciana lalka pod mocą maski, Jon spojrzał na Lamberta.
- Lambercie - zwrócił się do niego. - Czy byłbyś skłonny wrazić swój sztylet tu i ówdzie i pozbawić nieboraka życia a nas problemu? Obawiam się, że nie możemy go zabrać ze sobą.
- Spokojnie, przyjacielu - powiedział, unosząc ręce. - Wiem, czego szukasz. Pozwól, że ci to oddamy, a ty nie zrobisz nam krzywdy.
Ponownie się zastanowił na ile dwie ręce są silniejsze niż cztery i czy może we dwóch nie daliby mu rady. Z drugiej strony jednak, chłop łapska miał wielgachne i Jon obawiał się, że Vlad zgasi mu światło jednym liściem.
Postanowił więc zrobić jak powiedział. Wyciągnął maskę spod płaszcza i niczym licytator na aukcji pokazał ją Vladowi z każdej strony.
- O, a tu widzisz inskrypcje, że to nie tania podróbka - dodał, wskazując jakieś drobne żłobienia, podtykając mu ją niemal pod nos. Po czym po prostu wcisnął mu ją na twarz.
Gdy Vlad opadł jak szmaciana lalka pod mocą maski, Jon spojrzał na Lamberta.
- Lambercie - zwrócił się do niego. - Czy byłbyś skłonny wrazić swój sztylet tu i ówdzie i pozbawić nieboraka życia a nas problemu? Obawiam się, że nie możemy go zabrać ze sobą.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Mlaśnięcie noża zagłębiającego się w tchawicy przyprawiło Jona o gęsią skórkę. Lambert cofnął rękę i wytarł ostrze o trawę na zewnątrz, upewniając się, czy nikt nie wyszedł z lokalu za potrzebą. Potem zdarł maskę z twarzy Vlada. Patrzył przez chwilę na rosłego kultystę Kryttisa i przez ułamek sekundy Jon spodziewał się, że Gresk przymknie otwarte szeroko oczy swojej ofiary. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Wyglądało to raczej, jak gdyby Lambert chciał po prostu dobrze zapamiętać tę twarz.
Z rozważań o wątpliwej moralności kolekcji obrazów w umyśle Lamberta wyrwał Jona nagły ucisk na ramieniu. Odruchowo spojrzał w tę stronę i dostrzegł na barku brudną od fekaliów, pulchną dłoń. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z umazaną gównem Cristiną. Rękoma musiała zmazać wcześniej ekskrementy z oczu i ust. Dyszała ciężko.
Jona najbardziej zajmowała jednak druga dłoń kobiety - ta, w której trzymała wyszarpniętą z koka długą szpilę. Brakowało jeszcze tylko, żeby blask księżyca zatańczył na cienkim ostrzu. Jon, nie będący fanem wyświechtanych klisz, docenił, że nic takiego nie nastąpiło.
Z rozważań o wątpliwej moralności kolekcji obrazów w umyśle Lamberta wyrwał Jona nagły ucisk na ramieniu. Odruchowo spojrzał w tę stronę i dostrzegł na barku brudną od fekaliów, pulchną dłoń. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z umazaną gównem Cristiną. Rękoma musiała zmazać wcześniej ekskrementy z oczu i ust. Dyszała ciężko.
Jona najbardziej zajmowała jednak druga dłoń kobiety - ta, w której trzymała wyszarpniętą z koka długą szpilę. Brakowało jeszcze tylko, żeby blask księżyca zatańczył na cienkim ostrzu. Jon, nie będący fanem wyświechtanych klisz, docenił, że nic takiego nie nastąpiło.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon, który od mlaśnięcia już pozieleniał, w momencie, gdy zobaczył czym umorusana jest dłoń, która właśnie wylądowała na jego ramieniu doszedł do skraju swojej wytrzymałości.
Zwymiotował obficie wprost na twarz Cristiny i w panice zaczął ściągać z siebie płaszcz. Gdy tylko się z niego uwolnił rzucił nim w kobietę i kopał w szale, starannie obierając za cel tylko te miejsca, które zostały zakryte jego ubraniem. Płaszcz pal licho, ale butów byłoby mu szkoda.
Cristina przewróciła się i Jon musiał trafić w głowę, gdyż chwilowo nie przejawiała żadnych oznak życia. Tylko śmierdziała okropnie.
- Co jest takiego trudnego - wycedził Jon, odwracając się do Lamberta. Dyszał ciężko i starał się doprowadzić do ładu, poprawiając włosy i wycierając usta chusteczką. - W zabijaniu ludzi? Twój sztylet jest gumowy i ten osiłek też zaraz wstanie? Czy ty miałeś poprawki w szkole dla skrytobójców?
- Wybacz - dodał, gdy oddech mu się już uspokoił i upewnił, że reszta jego ubrań pozostała nienaruszona. - Uniosłem się niepotrzebnie. Czy mógłbyś, proszę, upewnić się, że ona już więcej nie wstanie i w ten sposób oszczędzisz mi dalszych wrażeń?
Zwymiotował obficie wprost na twarz Cristiny i w panice zaczął ściągać z siebie płaszcz. Gdy tylko się z niego uwolnił rzucił nim w kobietę i kopał w szale, starannie obierając za cel tylko te miejsca, które zostały zakryte jego ubraniem. Płaszcz pal licho, ale butów byłoby mu szkoda.
Cristina przewróciła się i Jon musiał trafić w głowę, gdyż chwilowo nie przejawiała żadnych oznak życia. Tylko śmierdziała okropnie.
- Co jest takiego trudnego - wycedził Jon, odwracając się do Lamberta. Dyszał ciężko i starał się doprowadzić do ładu, poprawiając włosy i wycierając usta chusteczką. - W zabijaniu ludzi? Twój sztylet jest gumowy i ten osiłek też zaraz wstanie? Czy ty miałeś poprawki w szkole dla skrytobójców?
- Wybacz - dodał, gdy oddech mu się już uspokoił i upewnił, że reszta jego ubrań pozostała nienaruszona. - Uniosłem się niepotrzebnie. Czy mógłbyś, proszę, upewnić się, że ona już więcej nie wstanie i w ten sposób oszczędzisz mi dalszych wrażeń?
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Upewnił się. Jednoznacznie i kategorycznie.
A potem wyszarpnął Jona z latryny i pociągnął go za sobą, do muru prowadzącego na podwórze sąsiadującej z lokalem kamienicy. Przeskakiwali na drugą stronę, gdy ktoś wyszedł z restauracji ekscentrycznej bogaczki, by sobie ulżyć. Niedługo potem uszu dwojga mężczyzn dobiegł paniczny krzyk. Wkrótce dołączyły do niego kolejne.
Tego jednak Lambert i Jon już nie słyszeli. Szli środkiem drogi, zataczając się nieco - po części przez spożyty tego wieczoru alkohol, po części ze zmęczenia wywołanego ostatnimi wydarzeniami.
- Nasza droga Sarya nie powinna się o tym dowiedzieć - powiedział nagle Lambert, celując w Jona palcem. - A ty powinieneś się dowiedzieć, że ufajdałeś sobie oficerki.
A potem wyszarpnął Jona z latryny i pociągnął go za sobą, do muru prowadzącego na podwórze sąsiadującej z lokalem kamienicy. Przeskakiwali na drugą stronę, gdy ktoś wyszedł z restauracji ekscentrycznej bogaczki, by sobie ulżyć. Niedługo potem uszu dwojga mężczyzn dobiegł paniczny krzyk. Wkrótce dołączyły do niego kolejne.
Tego jednak Lambert i Jon już nie słyszeli. Szli środkiem drogi, zataczając się nieco - po części przez spożyty tego wieczoru alkohol, po części ze zmęczenia wywołanego ostatnimi wydarzeniami.
- Nasza droga Sarya nie powinna się o tym dowiedzieć - powiedział nagle Lambert, celując w Jona palcem. - A ty powinieneś się dowiedzieć, że ufajdałeś sobie oficerki.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- O tym też nie powinna się dowiedzieć - mruknął Jon i podszedł do czyjegoś okna, które ktoś niefrasobliwie został otwarte i zasłonką zaczął czyścić sobie buty.
- Chcę żebyś wiedział - stwierdził, bardzo dokładnie szorując oficerki. - Że to było absolutnie obrzydliwe. Nie będziemy do tego wracać, nie będziemy o tym rozmawiać ani o tym myśleć. Ludzie nie powinni ot tak niezapowiedzianie wychodzić z szamba. Zwłaszcza martwi.
- Chodźmy do niej i jedźmy po tych dwóch głąbów. Niech ta noc się już skończy.
Jon poprowadził Lamberta nimnarejską Aleją Gwiazd, gdzie można było znaleźć pełno odcisków dłoni ludzi, którzy wracali do domu na czworaka.
- Chcę żebyś wiedział - stwierdził, bardzo dokładnie szorując oficerki. - Że to było absolutnie obrzydliwe. Nie będziemy do tego wracać, nie będziemy o tym rozmawiać ani o tym myśleć. Ludzie nie powinni ot tak niezapowiedzianie wychodzić z szamba. Zwłaszcza martwi.
- Chodźmy do niej i jedźmy po tych dwóch głąbów. Niech ta noc się już skończy.
Jon poprowadził Lamberta nimnarejską Aleją Gwiazd, gdzie można było znaleźć pełno odcisków dłoni ludzi, którzy wracali do domu na czworaka.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert kopnął leżący na bruku kamień. Burknął coś pod nosem.
Nagle zza rogu wyjechał powóz straży. Syrena wyła wściekłe, dając przechodniom szansę na podjęcie decyzji o zejściu z drogi, zanim rozpędzone konie zadecydują za nich.
Strażnicy ominęli Lamberta i Jona, gnając w stronę Świętego Gaju. Trzeba im przyznać, że zjawili się w okolicy niezwykle szybko. Widać brak Jona na zmianie służył wysokiemu morale na posterunku.
- Do tej pory - zaczął Lambert, znów kopiąc kamień, który towarzyszył mu od kilku metrów - wdaliśmy się w niejedną burdę i podbiliśmy niejedno oko. Dziś dużo się zmieniło, Jon. Wziąłeś udział w rzeczach, które po wyjściu na jaw będą kosztować cię posadę, majątek i te strzępki dobrego imienia, które ci jeszcze zostały. Wiesz o tym?
Nagle zza rogu wyjechał powóz straży. Syrena wyła wściekłe, dając przechodniom szansę na podjęcie decyzji o zejściu z drogi, zanim rozpędzone konie zadecydują za nich.
Strażnicy ominęli Lamberta i Jona, gnając w stronę Świętego Gaju. Trzeba im przyznać, że zjawili się w okolicy niezwykle szybko. Widać brak Jona na zmianie służył wysokiemu morale na posterunku.
- Do tej pory - zaczął Lambert, znów kopiąc kamień, który towarzyszył mu od kilku metrów - wdaliśmy się w niejedną burdę i podbiliśmy niejedno oko. Dziś dużo się zmieniło, Jon. Wziąłeś udział w rzeczach, które po wyjściu na jaw będą kosztować cię posadę, majątek i te strzępki dobrego imienia, które ci jeszcze zostały. Wiesz o tym?
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Ale nie obiecuj, nie obiecuj - powiedział Jon, którego ze strażą łączyła miłość o tyle szczera, co nieodwzajemniona. Mianowicie straż kochała szczerze jak Jon był gdziekolwiek indziej, a Jon nie kochał jej wcale.
Zamachnął się, żeby dołączyć do zabawy, ale doszedł do wniosku, że jego oficerki wycierpiały się już dość, więc zrezygnował z kopania kamienia przed siebie i zostawił go w spokoju.
- Lambercie - zaczął, uśmiechając się szeroko i wyciągnał przed siebie palce, by po kolei je zaginać. - Pierwsza osoba, która mogła nas ze sobą połączyć wącha już kwiatki od spodu, druga zresztą też, do czego na raty doprowadziłeś. Trzecia brała z nami udział, więc nie podejrzewam, że nas wyda. Czwartym jest nasz ekspert od masek, który nie wyglądał, jakby był zainteresowany współpracą ze strażą.
- Więc jak jest? - zapytał, unosząc ostatni pozostały mu palec, czyli kciuk. - No pewnie, że tak jest!
Zamachnął się, żeby dołączyć do zabawy, ale doszedł do wniosku, że jego oficerki wycierpiały się już dość, więc zrezygnował z kopania kamienia przed siebie i zostawił go w spokoju.
- Lambercie - zaczął, uśmiechając się szeroko i wyciągnał przed siebie palce, by po kolei je zaginać. - Pierwsza osoba, która mogła nas ze sobą połączyć wącha już kwiatki od spodu, druga zresztą też, do czego na raty doprowadziłeś. Trzecia brała z nami udział, więc nie podejrzewam, że nas wyda. Czwartym jest nasz ekspert od masek, który nie wyglądał, jakby był zainteresowany współpracą ze strażą.
- Więc jak jest? - zapytał, unosząc ostatni pozostały mu palec, czyli kciuk. - No pewnie, że tak jest!
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Przemiana miłego woźnicy w trójkę niezbyt miłych drabów odbyła się tak szybko, że Sarya zdążyła tylko raz mrugnąć. No naprawdę, taki brak wychowania. Na szczęście z typami tego rodzaju miała już sporo doświadczenia. Dlatego jeszcze się nie bała. Wiedziała co robić.
Obniżyć dekolt. Oblizać usta. Uśmiechnąć się zalotnie. Przyjąć odpowiednio ochrypły - z pożądania rzecz jasna - tembr głosu.
- No, no, mój drogi. - Uśmiechnęła się do mężczyzny po lewej. - Cóż ja wspaniały komplement! I to razem z pokazem zręczności pańskiego palca! Pan to wie, jak skomplementować kobietę, żeby natychmiast się wilgotna zrobiła.
Tym razem powiodła uśmiechem po całej trójce, dotykając pod stołem stopą nogę tego siedzącego przed nią.
- Przyznam, że wzięła mnie teraz ochota na solidne rżnięcie i to za darmo - powiedziała. - Ale zmiana była ciężka, więc niestety dzisiaj grupowo się nie zabawimy. A więc, który z was ma największego i najlepiej potrafi dogodzić kobiecie? Coś mi mówi, że ty, przystojniaku? - spojrzała na tego z prawej.
No, teraz należało czekać na fajerwerki.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert uśmiechnął się, widząc uniesiony ku górze kciuk Jona. Co prawda ostatnim razem, gdy widział ten gest, chwilę potem Jon wbił wystawiony palec w oko młokosa, który miał pecha zająć jego miejsce przy barze. Teraz jednak żadnego nieszczęśnika nie było w pobliżu, co Lambert wziął za dobrą monetę.
- To pięknie, Jon, cieszę się - przyznał, po raz kolejny kopiąc kamień. - Co myślisz o tej masce? Co chciałbyś z nią zrobić?
Kamień pokoziołkował po bruku i wylądował pod nogami chłopca w kaszkiecie, sprzedającego wieczorne wydanie Pogłosów Nimnaros. Musiał już kończyć zmianę, bo pozostało mu zaledwie kilka sztuk gazety, a i sił musiało zaczynać mu brakować, bo nie wykrzykiwał już nagłówków co bardziej chwytliwych artykułów.
***
Mężczyźni, ku zaskoczeniu Saryi, nie rzucili się sobie do gardeł. Zamiast tego wybuchnęli śmiechem.
- Dowcipna, co?! - Ten pośrodku uderzył w stół otwartą dłonią, nie przestając się śmiać. - Jeszcze bardziej mi się podobasz!
I być może ten wieczór potoczyłby się miło. Być może śmiechom nie byłoby końca, a Sarya zyskałaby trzech sympatycznych kompanów do wieczornych spacerów. Być może nawet ten dłubiący w nosie okazałby się intelektualistą z całą kopalnią anegdotek.
Tego Sarya miała się nigdy nie dowiedzieć.
A wszystko przez woźnicę. Udało mu się już stanąć na nogi. I najwyraźniej uznał, że takie ośmieszenie go przed kobietą, która zaczynała mu się już jawić jako kobieta jego marzeń, to zbyt wiele. Zbyt wiele, by mógł przejść nad tym do porządku dziennego, zignorować to i udawać, że nic się nie stało. Przegrać, zanim gra się zaczęła - jak czynił po wielokroć w swoim niedługim życiu.
Dlatego teraz chwycił za wolne krzesło i roztrzaskał je na głowie najbliższego z mężczyzn. Tamten nie zdążył zareagować. Upadł, a w czasie krótkiej podróży ku podłodze przydzwonił głową o kant stołu, aż zadudniło.
- To pięknie, Jon, cieszę się - przyznał, po raz kolejny kopiąc kamień. - Co myślisz o tej masce? Co chciałbyś z nią zrobić?
Kamień pokoziołkował po bruku i wylądował pod nogami chłopca w kaszkiecie, sprzedającego wieczorne wydanie Pogłosów Nimnaros. Musiał już kończyć zmianę, bo pozostało mu zaledwie kilka sztuk gazety, a i sił musiało zaczynać mu brakować, bo nie wykrzykiwał już nagłówków co bardziej chwytliwych artykułów.
***
Mężczyźni, ku zaskoczeniu Saryi, nie rzucili się sobie do gardeł. Zamiast tego wybuchnęli śmiechem.
- Dowcipna, co?! - Ten pośrodku uderzył w stół otwartą dłonią, nie przestając się śmiać. - Jeszcze bardziej mi się podobasz!
I być może ten wieczór potoczyłby się miło. Być może śmiechom nie byłoby końca, a Sarya zyskałaby trzech sympatycznych kompanów do wieczornych spacerów. Być może nawet ten dłubiący w nosie okazałby się intelektualistą z całą kopalnią anegdotek.
Tego Sarya miała się nigdy nie dowiedzieć.
A wszystko przez woźnicę. Udało mu się już stanąć na nogi. I najwyraźniej uznał, że takie ośmieszenie go przed kobietą, która zaczynała mu się już jawić jako kobieta jego marzeń, to zbyt wiele. Zbyt wiele, by mógł przejść nad tym do porządku dziennego, zignorować to i udawać, że nic się nie stało. Przegrać, zanim gra się zaczęła - jak czynił po wielokroć w swoim niedługim życiu.
Dlatego teraz chwycił za wolne krzesło i roztrzaskał je na głowie najbliższego z mężczyzn. Tamten nie zdążył zareagować. Upadł, a w czasie krótkiej podróży ku podłodze przydzwonił głową o kant stołu, aż zadudniło.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Nie pozabijali się dla niej? Nawet jednej malutkiem rozpierduchy? Cóż, rycerskość ginęła w narodzie. Albo ona się robiła coraz starsza. Nie, zdecydowanie to pierwsze.
Roześmiała się, przyjmując komplement od mężczyzny siedzącego naprzeciwko niej. Mrugnęła do niego, przenosząc stopę z jego uda na krocze. I gdy kątem oka zauważyła, że Ryd zamierza się do ciosu krzesłem, kopnęła mocno.
Jeden z głowy, teraz drugi.
Wielu mężczyzn zachwycało się przyjemnością, którą potrafią dać jej ręce. Wiele mężczyzn i kobiet przerażał ból, który potrafiła zadać rękami podczas masaży, ale zawsze powtarzali, że to był "dobry ból", po którym czuli się lepiej.
Zastanawiała się, czy mężczyzna po jej prawej również będzie mówił, że to był "dobry ból". Tym razem jej ręce nie zadały go jednak masażem, a raczej chwytając za ciężki, drewniany kufel i uderzając go mocno w twarz.
- Dobra, zabierz mnie stąd, mój rycerzu w lśniącej zbroi - zawołała do Ryda, wstając.
Veni, rescripsi, discessi
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Wiesz, przyjacielu - powiedział Jon do Lamberta, podchodząc do chłopca z gazetami, by dać mu zarobić. - Na pewno wiem, czego nie chciałbym z nią robić. Mianowicie nie chciałbym jej już więcej zakładać.
Zamilkł chwilowo, przeglądając pobieżnie nagłówki takie jak "Zuchwały napad dwóch przebierańców na szanownego obywatela Nimnaros", lub "Czy możemy czuć się bezpiecznie? Czyli rozbój w biały dzień z użyciem niebezpiecznego stroju" oraz "Kompromitacja straży miejskiej, czy geniusz zbrodni?", a nawet "Potężny wąs przestępczości uniemożliwia licytację". Jon bardzo się ucieszył z ostatniego, chociaż jego uwagę przykuł również "Robótki ręczne dla ubogich", ale w trakcie okazało się, że to niezupełnie, to o czym myślał i nie znalazł żadnych porad dla początkujących o szydełkowaniu tylko mnóstwo sprośnych porad do samogwałtu.
- Piszą o nas - zaśmiał się, wskazując Lambertowi palcem poszczególne strony i niemal wypalcował pół gazety, bo widocznie nic ciekawszego się chwilowo nie działo. - A jeżeli chodzi o maskę, to nie ukrywam, że jestem niczym jądra przy stosunku. Po prostu cieszę się, że biorę w tym udział. Trochę się poobijam, ale jeżeli chodzi o pracę głową, to twoja działka.
- Chuju - dodał po namyśle, jakby metafora nie była zbyt czytelna.
- Swoją drogą ciekawe co robi Sarya - mruknął. - Pewnie świetnie się bawi. Najukochańsza to świetny lokal. W sensie bar pod nią, a nie ten obskurny bordel z głównego wejścia. Może chlapniemy po jednym zanim tam dotrzemy?
Zamilkł chwilowo, przeglądając pobieżnie nagłówki takie jak "Zuchwały napad dwóch przebierańców na szanownego obywatela Nimnaros", lub "Czy możemy czuć się bezpiecznie? Czyli rozbój w biały dzień z użyciem niebezpiecznego stroju" oraz "Kompromitacja straży miejskiej, czy geniusz zbrodni?", a nawet "Potężny wąs przestępczości uniemożliwia licytację". Jon bardzo się ucieszył z ostatniego, chociaż jego uwagę przykuł również "Robótki ręczne dla ubogich", ale w trakcie okazało się, że to niezupełnie, to o czym myślał i nie znalazł żadnych porad dla początkujących o szydełkowaniu tylko mnóstwo sprośnych porad do samogwałtu.
- Piszą o nas - zaśmiał się, wskazując Lambertowi palcem poszczególne strony i niemal wypalcował pół gazety, bo widocznie nic ciekawszego się chwilowo nie działo. - A jeżeli chodzi o maskę, to nie ukrywam, że jestem niczym jądra przy stosunku. Po prostu cieszę się, że biorę w tym udział. Trochę się poobijam, ale jeżeli chodzi o pracę głową, to twoja działka.
- Chuju - dodał po namyśle, jakby metafora nie była zbyt czytelna.
- Swoją drogą ciekawe co robi Sarya - mruknął. - Pewnie świetnie się bawi. Najukochańsza to świetny lokal. W sensie bar pod nią, a nie ten obskurny bordel z głównego wejścia. Może chlapniemy po jednym zanim tam dotrzemy?
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Zebrany w spelunie element Nimnaros, na co dzień przesiąknięty klimatem miasta po katastrofie, ani myślał przepuścić okazji do burdy. Gdy Sarya wraz z Rydem wszczęli karczemną burdę, zdawało się, że reszta gości tylko na to czekała. W ruch poszły pięści i kastety, kufle i krzesła.
Ryd uchylił się przed niezidentyfikowanym obiektem latającym, dopadając do Saryi. Na twarzy miał rumieńce, a w oczach ogniki. Złapał kobietę za rękę, by wyciągnąć ją z tego zamieszania. Szybko zreflektował się, co zrobił - spojrzał na ich dłonie, a czerwona dotąd twarz teraz przybrała wręcz bordowy odcień.
- Chodźmy! - powiedział, chrząkając, po czym pociągnął Saryę w stronę wyjścia.
I wtedy drogę zastąpił mu jakiś łazęga z twarzą pokrytą bliznami po ospie. Zamachnął się - uzbrojona w kastet dłoń spadła na skroń Ryda, powalając go na ziemie. Bliznowaty przeniósł wzrok na Saryę. Przejechał językiem po spierzchniętych ustach.
***
Lambert spojrzał Jonowi przez ramię. Szybko przebiegł wzrokiem tytuły kilku artykułów. Nie było tam jednak niczego, czego by się nie spodziewał - ich skok był wyjątkowo zuchwały i nie ulegało wątpliwości, że prasa zacznie się o tym rozpisywać, gdy tylko sprawa wyjdzie na jaw. A w Nimnaros sprawy wychodziły na jaw lotem błyskawicy.
- Och, jestem przekonany, że jest zadowolona - przytaknął po chwili namysłu. - Nie zamknęli jeszcze tego burdelu? Byłem pewien, że mieli duże problemy, kiedy właściciel okazał się być zamieszanym w przemyt paju.
W oddali znów rozległy się dźwięki wozu straży miejskiej. Lambert odwrócił się przez ramię.
- Myślę, że nie powinniśmy zatrzymywać się w tej okolicy ani chwilę dłużej. Wypijemy na miejscu - zadecydował.
Przez chwilę szli w milczeniu.
- Jak się czujesz? Odkąd rano założyłeś maskę, czujesz coś więcej niż wstręt do niej?
Ryd uchylił się przed niezidentyfikowanym obiektem latającym, dopadając do Saryi. Na twarzy miał rumieńce, a w oczach ogniki. Złapał kobietę za rękę, by wyciągnąć ją z tego zamieszania. Szybko zreflektował się, co zrobił - spojrzał na ich dłonie, a czerwona dotąd twarz teraz przybrała wręcz bordowy odcień.
- Chodźmy! - powiedział, chrząkając, po czym pociągnął Saryę w stronę wyjścia.
I wtedy drogę zastąpił mu jakiś łazęga z twarzą pokrytą bliznami po ospie. Zamachnął się - uzbrojona w kastet dłoń spadła na skroń Ryda, powalając go na ziemie. Bliznowaty przeniósł wzrok na Saryę. Przejechał językiem po spierzchniętych ustach.
***
Lambert spojrzał Jonowi przez ramię. Szybko przebiegł wzrokiem tytuły kilku artykułów. Nie było tam jednak niczego, czego by się nie spodziewał - ich skok był wyjątkowo zuchwały i nie ulegało wątpliwości, że prasa zacznie się o tym rozpisywać, gdy tylko sprawa wyjdzie na jaw. A w Nimnaros sprawy wychodziły na jaw lotem błyskawicy.
- Och, jestem przekonany, że jest zadowolona - przytaknął po chwili namysłu. - Nie zamknęli jeszcze tego burdelu? Byłem pewien, że mieli duże problemy, kiedy właściciel okazał się być zamieszanym w przemyt paju.
W oddali znów rozległy się dźwięki wozu straży miejskiej. Lambert odwrócił się przez ramię.
- Myślę, że nie powinniśmy zatrzymywać się w tej okolicy ani chwilę dłużej. Wypijemy na miejscu - zadecydował.
Przez chwilę szli w milczeniu.
- Jak się czujesz? Odkąd rano założyłeś maskę, czujesz coś więcej niż wstręt do niej?
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sarya westchnęła. Biedny Ryd. Na pewno nie pisał się na taki wieczór. Będzie musiała mu to wynagrodzić, chociaż bogowie jedni wiedzieli, że nie miała pojęcia jak.
I jak to się stało, że się wpakowała w bójkę? To zdecydowanie nie był jej wieczór. Dobrze, po kolei. Na początek nie dać się zabić. Całkowicie naturalnym dla niej było skurczenie się w sobie, przyjęcie niewinnego, przestraszonego, bezbronnego wyrazu twarzy. Cała jej osoba promieniowała sygnałem "Nie jestem zagrożeniem". To powinno wystarczyć, by biorący udział w bójce nie brali jej na cel. Tacy woleli się skupiać na przeciwnikach, którzy po pierwsze, stanowili większe zagrożenie, po drugie, których pokonaniem - lub nawet przegraną w walce z którymi - można było się chwalić.
Opowieść "brałem udział w rozpierdusze w karczmie i połamałem żebra kobiecie ważącej jedną trzecią mojej masy" nie sprawi raczej, że ktokolwiek postawi opowiadającemu kolejkę.
Oczywiście nie znaczyło to, że była zupełnie bezpieczna. Co najmniej cztery osoby w karczmie mogły mieć powód, by się wziąć za nią. Na szczęście trzech z nich póki co leżało lub zwijało się z bólu wokół stolika. Trzeba było się wynieść, nim wstaną. Czwarty potencjalny problem stał naprzeciwko niej z kastetem w ręce i oblizywał usta. Nie do końca rozumiała czego chciał. Jasne, mógł walnąć Ryda w szale, ale czego chciał od niej? Sarya nie była na tyle próżna, by sądzisz, że jej uroda tak mu pomieszała w głowie, że planował ją wziąć tu i teraz, pośrodku bójki.
Cóż, rozważania na temat jego motywów trzeba było zostawić kronikarzom. Albo, gdyby żaden nie zainteresował się "Bitwą w Najukochańszej", psychoanalitykom. Najpierw trzeba było się go pozbyć.
- Spierdalaj do do domu matkojebco, poprosić wyżej wspomnianą matulę o oddanie przyrodzenia, jeśli skończyła się nim bawić. - warknęła i splunęła mu w twarz. Niezbyt wyszukana obelga, ale byłaby bardzo zdziwiona, gdyby go nie sprowokowała. Gdy ją próbował walnąć, uchyliła się w ten sposób, by jego pięść trzasnęła byczka, który właśnie był za nią.
Ciekawostką, o której niewielu wiedziało, było to, że jedną z pierwszych sztuczek, której uczyli się słudzy Ferrosa, było brzuchomówstwo*. Sarya nieczęsto miała okazję stosować tę sztukę, ale może właśnie nadażyła się okazja.
- Pomocy! - zawołała, chowając się za uderzonego byczka. Następnie, upewniając się, że mężczyzna widzi jej twarz i to, że jej usta się nie poruszają, dorzuciła zmienionym, męskim głosem: - Zostaw ją, albo wyrucham cię w dupę sztyletem, tak że żaden z twoich kochasi cię już nie zechce!
*
Spoiler:
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
- Chodź tylko i spróbuj, a na święto przesilenia będziesz biegał z dziećmi po polach, szukając swoich zębów - odpowiedział ten z kastetem.
Ani się Sarya obejrzała, ta dwójka tłukła się już ze sobą, choć dryblas z początku nie wiedział, jak został zaangażowany w starcie.
W pomieszczeniu panował chaos. Ktoś zastawił drzwi ławą i wskoczył na nią, wypatrując tchórzy, którzy próbowaliby wyjść. Kto inny biegał pomiędzy walczącymi, z dzikim rykiem zrzucając ze stolików te resztki zastawy, które jakimś cudem uchowały się na nich do tej pory. Jeszcze ktoś wykorzystał zamieszanie, by wskoczyć za ladę i podstawić łeb pod kranik i zalać się wodospadem piwa.
I właśnie patrząc na tego ostatniego, Sarya dostrzegła coś jeszcze. Młoda barmankę, która blada ze strachu prostowała się właśnie z gotową do strzału ciężką kuszą. Broń latała w jej rozchwianych rękach.
Można pomyśleć, że wszystko było jak należy - banda pijanych, awantura i nadchodzący nieubłaganie bełt, mogący trafić w podłogę, ścianę lub kogoś. Tyle tylko, że ten bełt nie da się sprać jutrzejszego poranka, a moralniak autorki może towarzyszyć jej przez długie lata w więziennej celi.
Ani się Sarya obejrzała, ta dwójka tłukła się już ze sobą, choć dryblas z początku nie wiedział, jak został zaangażowany w starcie.
W pomieszczeniu panował chaos. Ktoś zastawił drzwi ławą i wskoczył na nią, wypatrując tchórzy, którzy próbowaliby wyjść. Kto inny biegał pomiędzy walczącymi, z dzikim rykiem zrzucając ze stolików te resztki zastawy, które jakimś cudem uchowały się na nich do tej pory. Jeszcze ktoś wykorzystał zamieszanie, by wskoczyć za ladę i podstawić łeb pod kranik i zalać się wodospadem piwa.
I właśnie patrząc na tego ostatniego, Sarya dostrzegła coś jeszcze. Młoda barmankę, która blada ze strachu prostowała się właśnie z gotową do strzału ciężką kuszą. Broń latała w jej rozchwianych rękach.
Można pomyśleć, że wszystko było jak należy - banda pijanych, awantura i nadchodzący nieubłaganie bełt, mogący trafić w podłogę, ścianę lub kogoś. Tyle tylko, że ten bełt nie da się sprać jutrzejszego poranka, a moralniak autorki może towarzyszyć jej przez długie lata w więziennej celi.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Ale awantura na gorze, co nie? - zapytal Jon Lamberta, gdy udalo juz im sie dotrzec do baru pod burdelem.
- Och, wysmienicie - skwitowal, nie chcac wchodzic w szczegoly swojego samopoczucia, nad ktorym aktywnie pracowal.
- Sarya pewnie poszla przypudrowac nosek - stwierdzil, rozgladajac sie po niezbyt zatloczonym lokalu i popijajac wino.
- Och, wysmienicie - skwitowal, nie chcac wchodzic w szczegoly swojego samopoczucia, nad ktorym aktywnie pracowal.
- Sarya pewnie poszla przypudrowac nosek - stwierdzil, rozgladajac sie po niezbyt zatloczonym lokalu i popijajac wino.
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert sączył piwo, co jakiś czas zerkając z pobłażaniem na sufit. Rzeczywiście, dudniło tam, jakby ktoś wpuścił do środka stado wściekłych koni.
Właścicielka Najukochańszej co jakiś czas wychwytywała spojrzenie któregoś z gości. Robiła wtedy przepraszającą minę i bezradnie rozkładała ręce. Chciałabym, ale nie zaradzę, mówił ten gest.
Wnętrze było urządzone z klasą - nie był to może poziom Świętego Gaju, ale zdobiony żyrandol odpowiednio rozświetlał sporą salę, rzucając na stoliki klimatyczny blask. Teraz jednak żyrandol trząsł się niebezpiecznie, gdy na górze trwała awantura.
- Dobrze, że nie przyszło nam do głowy zaproponować Saryi tej speluny na górze. To nie miejsce dla damy jak ona. - Lambert czknął. Gdy znów znalazł się w ciepłym wnętrzu, poczuł, jak bardzo jest zmęczony i ile kosztował go ten dzień.
Jon także ledwo powstrzymywał zmęczenie.
- Jedna kolejka, aż nasza dama się nie zjawi, idziemy zająć się strażnikami i kończymy na dziś. Swoją drogą, jesteś pewien, że tamci dwaj nie napsują nam krwi puszczeni samopas?
Właścicielka Najukochańszej co jakiś czas wychwytywała spojrzenie któregoś z gości. Robiła wtedy przepraszającą minę i bezradnie rozkładała ręce. Chciałabym, ale nie zaradzę, mówił ten gest.
Wnętrze było urządzone z klasą - nie był to może poziom Świętego Gaju, ale zdobiony żyrandol odpowiednio rozświetlał sporą salę, rzucając na stoliki klimatyczny blask. Teraz jednak żyrandol trząsł się niebezpiecznie, gdy na górze trwała awantura.
- Dobrze, że nie przyszło nam do głowy zaproponować Saryi tej speluny na górze. To nie miejsce dla damy jak ona. - Lambert czknął. Gdy znów znalazł się w ciepłym wnętrzu, poczuł, jak bardzo jest zmęczony i ile kosztował go ten dzień.
Jon także ledwo powstrzymywał zmęczenie.
- Jedna kolejka, aż nasza dama się nie zjawi, idziemy zająć się strażnikami i kończymy na dziś. Swoją drogą, jesteś pewien, że tamci dwaj nie napsują nam krwi puszczeni samopas?
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Co ona ma takiego pecha z kobietami z kuszami? Najpierw Christina, teraz ta? Przez chwilę, przez piękną chwilę Saryę korciło, by nie robić niczego. Kobieta wystrzeli, może kogoś zabije, a to zapewne uspokoi wszystkich. Grunt to się nie wychylać wraz z Rydem. Niestety, nie mogła mieć pewności, że to ona nie dostanie zabłąkanym bełtem. Nie mogła mieć pewności, że pociskiem dostanie ktoś, kto na to zasłużył. Biorąc pod uwagę, że częściowo przyczyniła się do wybuchu rozróby, nie chciała by ktoś - ktokolwiek - w niej zginął. Nie chciała by barmanka miała krew na rękach.
Ale głównie chodziło tu o sprawę profesjonalnej dumy. Sarya nie przepadała za rozlewem krwi. Owszem, zabójcy tacy jak Lambert to było jedna, ale przypadkowe ofiary? Te zostawiali tylko amatorzy.
A więc co robić? Idąc powoli nie zdąży. Barmanka w każdej chwili mogła zwolnić cięciwę. Gdyby rzuciła się ku niej biegiem, uczyniłaby się tylko celem. A więc...
No cóż, rozwiązanie może nie idealne, ale...
Rozejrzała się i jej wzrok padł na jednego z trzech mężczyzn, od których się to wszystko zaczęło, tego którego zdzieliła kuflem. Doszedł już do siebie i podniósł się, rozglądając się dookoła, najpewniej szukając jej. Póki co, korzystając z tego, że skulona w kącie obok jęczącego z bólu Ryda nie stanowi rzucającego się w oczy celu, Sarya skupiła się na sztuce iluzji, podarowanej jej przez Ferrosa. Nie potrzebowała dużo, jedynie bardzo drobną zmianę... chciała by twarz i dłonie brzydala pokryły paskudne, ropiejące krosty.
Licząc, że magia się utrzyma, Sarya upewniła się, że Ryd stoi pewnie na nogach, z dala od najprostszej drogi ucieczki z przybytku i wskoczyła na stół i gwizdnęła, a wręcz GWIZDNĘŁA, przecinając zgiełk burdy i krzyki walczących.
Licząc, że magia się utrzyma, Sarya upewniła się, że Ryd stoi pewnie na nogach, z dala od najprostszej drogi ucieczki z przybytku i wskoczyła na stół i gwizdnęła, a wręcz GWIZDNĘŁA, przecinając zgiełk burdy i krzyki walczących.
- Ludzie, UCIEKAJCIE! - wrzasnęła. - Ratujcie się! Nie widzicie?! Trędowaty! Zaraza!
Dramatycznym gestem wyciągnęła palec w stronę dotkniętego iluzją mężczyzny.
- Uciekajcie! Jak straż się dowie to was wyłapie! I zrobią wam wszystkim lewatywę! - krzyknęła.
Veni, rescripsi, discessi
-
Karv
- Posty: 389
- Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Gdyby panika była osobą, byłaby najgrubszą mieszkanką Nimnaros. Zajęła sobą całą przestrzeń wątpliwej renomy przybytku, wypełniając go po brzegi. Wystarczyła zmyślna przystawka od Saryi, by rozpocząć ucztę strachu, krzyku i tumultu.
Ludzie rzucili się do drzwi i okien. Przez ogłuszający ryk tłumu przedarł się trzask pękającej szyby. Sarya dostrzegła, jak przed jej oczami przemknął wypuszczony przez barmankę bełt i z głuchym stuknięciem wbił się głęboko w deskę po drugiej stronie sali.
Jednego Sarya nie przewidziała - że znaleźć się na stole, koło którego przemknie zaraz spanikowany tłum, oznacza mieć mnóstwo zaufania do jakości tego stołu. Niestety, mebel w niczym nie ustępował klasie tutejszych gości - krzywe nogi i regularne przybijanie gwoździa w blat z nadzieją, że to pomoże jakoś przetrwać kolejny dzień.
Stolik zachwiał się, gdy kilka pierwszych osób potrąciło go w dzikim biegu. Sarya próbowała manewrować, ale wtedy ktoś potknął się o mebel, trącając go w drugą stronę. Kobieta spadła na ziemię, wprost pod nogi kotłujących się klientów.
Przez chwilę bała się, że ją zadepczą. Że umrze tu pod brudnymi od błota podeszwami.
I wtedy okazało się, że stół był dopiero początkiem listy rzeczy, którymi właściciel już dawno powinien się zająć. Sarya z przerażeniem spostrzegła, że deski na podłodze pod nią pękają pod naporem dziesiątek par nóg. Spadła na nią trwoga, kiedy zorientowała się, że szczelina nieubłaganie robi się coraz większa.
***
Jon tłumaczył akurat Lambertowi, że tamta dwójka strażników ledwo radzi sobie ze znalezieniem swojej dupy w wychodku, kiedy rozległ się trzask.
Obaj spojrzeli ku górze, na powiększająca się szparę w suficie.
I nim zdążyli cokolwiek zrobić, rozległ się huk, a z sufitu posypały się deski, kurz i... Sarya.
Przesądni mogliby to nazwać zrządzeniem losu, pobożni - bożą łaską, a uczeni w piśmie imperatywem narracyjnym. Bez względu na semantykę, fakty były takie, że kobieta szczęśliwie trafiła wprost na obity materiałem stołek, na którym chwilę temu Jon trzymał zarzucone nogi.
Kobieta była w szoku. Mężczyźni także. W nie mniejszym szoku byli klienci ze stolików obok i właściciele zdziwionych twarzy, przypatrujący się wszystkiemu przez dziurę w suficie.
Przez chwilę panowała cisza. A potem ktoś na górze krzyknął.
- Ludzie! Tędy! Tędy uciekniemy przed trądem.
W otworze w suficie pojawiła się para nóg.
Ludzie rzucili się do drzwi i okien. Przez ogłuszający ryk tłumu przedarł się trzask pękającej szyby. Sarya dostrzegła, jak przed jej oczami przemknął wypuszczony przez barmankę bełt i z głuchym stuknięciem wbił się głęboko w deskę po drugiej stronie sali.
Jednego Sarya nie przewidziała - że znaleźć się na stole, koło którego przemknie zaraz spanikowany tłum, oznacza mieć mnóstwo zaufania do jakości tego stołu. Niestety, mebel w niczym nie ustępował klasie tutejszych gości - krzywe nogi i regularne przybijanie gwoździa w blat z nadzieją, że to pomoże jakoś przetrwać kolejny dzień.
Stolik zachwiał się, gdy kilka pierwszych osób potrąciło go w dzikim biegu. Sarya próbowała manewrować, ale wtedy ktoś potknął się o mebel, trącając go w drugą stronę. Kobieta spadła na ziemię, wprost pod nogi kotłujących się klientów.
Przez chwilę bała się, że ją zadepczą. Że umrze tu pod brudnymi od błota podeszwami.
I wtedy okazało się, że stół był dopiero początkiem listy rzeczy, którymi właściciel już dawno powinien się zająć. Sarya z przerażeniem spostrzegła, że deski na podłodze pod nią pękają pod naporem dziesiątek par nóg. Spadła na nią trwoga, kiedy zorientowała się, że szczelina nieubłaganie robi się coraz większa.
***
Jon tłumaczył akurat Lambertowi, że tamta dwójka strażników ledwo radzi sobie ze znalezieniem swojej dupy w wychodku, kiedy rozległ się trzask.
Obaj spojrzeli ku górze, na powiększająca się szparę w suficie.
I nim zdążyli cokolwiek zrobić, rozległ się huk, a z sufitu posypały się deski, kurz i... Sarya.
Przesądni mogliby to nazwać zrządzeniem losu, pobożni - bożą łaską, a uczeni w piśmie imperatywem narracyjnym. Bez względu na semantykę, fakty były takie, że kobieta szczęśliwie trafiła wprost na obity materiałem stołek, na którym chwilę temu Jon trzymał zarzucone nogi.
Kobieta była w szoku. Mężczyźni także. W nie mniejszym szoku byli klienci ze stolików obok i właściciele zdziwionych twarzy, przypatrujący się wszystkiemu przez dziurę w suficie.
Przez chwilę panowała cisza. A potem ktoś na górze krzyknął.
- Ludzie! Tędy! Tędy uciekniemy przed trądem.
W otworze w suficie pojawiła się para nóg.
-
Jon
- Posty: 69
- Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon nie bylby soba, gdyby nie skorzystal z okazji.
- Czesc, piekna - powiedzial, nachylajac sie z szelmowskim usmiechem. - Bolalo jak spadlas z nieba?
- Czesc, piekna - powiedzial, nachylajac sie z szelmowskim usmiechem. - Bolalo jak spadlas z nieba?