Przez otwarte okna karczmy położonej w pobliżu traktu w kierunku lokalnych kopalni wydobujących rudy miedzi wydobywa się zapach potrawki z dziczyzny i jagód przygotowywanej na wieczorny powrót górników. Osoba obeznana ze światem wykryła by nuty przypraw stosowanych na północy przez krasnoludzkie gospodynie. I była by to teza słuszna - w istocie potrawkę przygotowywała krasnoludzica zbliżająca się do wieku średniego - właścicielka przybytku.
Tę spokojną atmosferę przerywa donośny głos ze słyszalnym, północnym akcentem nie dający się zignorować należący do gospodyni:
- Puchaaa! Napraw okiennice w pokoju gościnnym bo jak dziś tego nie zrobisz to pójdziesz po głodnemu do wyrka!
Kołyszącym się krokiem z wnętrza karczmy wychodzi przywoływany Pucha, ubrany w lnianą koszulę wciśniętą w skórzane portki do których przywiązany ma pas z narzędziami:
- Już, już - odpowiada równie donośnym, choć znacznie niższym głosem krasnolud wiedząc, że z matką nie ma żartów a wizja głodowania cały dzień wydaje się być koszmarem. Groźby matki, bo to do matki Puchy należał głos zapowiadający ewentualną głodówkę, były o tyle uzasadnione, że miał to zrobić już przed trzema dniami, ale zajmował się konserwacją narzędzi, które przez wieczne podróże wymagały dość dokładnej pielęgnacji.
Być może zrobił by to wcześniej ale spieszno mu było do szlaku i chciał być gotowy na potencjalną przygodę. Niestety pora roku raczej nie sprzyja spotykaniu wędrowców, zwłaszcza w tym regionie.
- No cóż... Czasem trzeba - mruknął Pucha od zawsze naturalnie niechętny wspinaniu się na wysokości i udawszy się wpierw do składziku po drabinę, podszedł pod okno, które łatwo można było zlokalizować po skrzypiącym dźwięku okiennicy poruszanej przez wiatr.