Czarna Dłoń
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Nimnaros. Potężne, wpływowe, tętniące życiem miasto, otoczone subtelną aurą Płomienia.
A przynajmniej tak je zapamiętał.
Kiedy po kilku dniach rejsu na horyzoncie zarysowały się wierzchołki Gór Chrzacich, pod którymi leżało Nimnaros, Dashril wyszedł na pokład, ciekaw, czym przywita go niegdysiejsza metropolia.
Choć po upadku Rdzawego Kamienia nie tak wiele zmieniło się na wyspach, słyszał, że Kontynent przeszedł prawdziwą rewolucję. W czasie szalejącej anarchii wygnano i rozkradziono majątki wielu arystokratów. Upadły dawne władze, a przez to i stosunki dyplomatyczne między miastami. Migracje ludzi ze wschodu i rozbite sieci handlowe sprowadziły na świat głód, a ekonomia zatrzęsła się w posadach. W niektórych miejscach pieniądz całkiem stracił na wartości. Ludzie zmuszeni byli adaptować się do nowych warunków. Wojownicy szli orać pola, magowie uczyli się walki... Bogacze głodowali w obozach dla uchodźców, a opryszkowie i wieśniaki stawiali wielkie folwarki. Świat stał na głowie. Przynajmniej na początku.
Patrząc na wyłaniające się, skąpane w blasku zachodzącego słońca kopuły, zastanawiał się, czy w Nimnaros zdążył się już ustabilizować jakiś nowy porządek. Kto tu teraz włada?
Mimo, że słońce rozlewało się po dachach budynków, miejscowość wydawała się podejrzanie ciemna. Złowieszcza i cicha, a domy jakby starsze i bardziej zaniedbane.
Na brzegu dostrzegł niewielki oddział kilkunastu jednakowo ubranych mężczyzn z włóczniami. Czy to komitet powitalny?
Statek majestatycznie zrzucił żagle i okręcił się wokół, by elegancko zbliżyć się burtą do kei.
Dashril widział ich teraz wyraźnie. To byli miejscy strażnicy, choć bez pełnego uzbrojenia ani barw herbowych. Wyglądali na zmęczonych, a ich nieogolone, sine twarze mówiły wyraźnie, że żołnierska dyscyplina to tutaj relikt przeszłości. Gestami wydawali zezwolenie na cumowanie. Trójka z nich weszła na molo i stanęła przed właśnie opuszczanym trapem. Ten w środku jako jedyny miał hełm.
Nie wyglądali jak ludzie wysłani, by uścisnąć dłoń i wymienić uprzejmości.
A przynajmniej tak je zapamiętał.
Kiedy po kilku dniach rejsu na horyzoncie zarysowały się wierzchołki Gór Chrzacich, pod którymi leżało Nimnaros, Dashril wyszedł na pokład, ciekaw, czym przywita go niegdysiejsza metropolia.
Choć po upadku Rdzawego Kamienia nie tak wiele zmieniło się na wyspach, słyszał, że Kontynent przeszedł prawdziwą rewolucję. W czasie szalejącej anarchii wygnano i rozkradziono majątki wielu arystokratów. Upadły dawne władze, a przez to i stosunki dyplomatyczne między miastami. Migracje ludzi ze wschodu i rozbite sieci handlowe sprowadziły na świat głód, a ekonomia zatrzęsła się w posadach. W niektórych miejscach pieniądz całkiem stracił na wartości. Ludzie zmuszeni byli adaptować się do nowych warunków. Wojownicy szli orać pola, magowie uczyli się walki... Bogacze głodowali w obozach dla uchodźców, a opryszkowie i wieśniaki stawiali wielkie folwarki. Świat stał na głowie. Przynajmniej na początku.
Patrząc na wyłaniające się, skąpane w blasku zachodzącego słońca kopuły, zastanawiał się, czy w Nimnaros zdążył się już ustabilizować jakiś nowy porządek. Kto tu teraz włada?
Mimo, że słońce rozlewało się po dachach budynków, miejscowość wydawała się podejrzanie ciemna. Złowieszcza i cicha, a domy jakby starsze i bardziej zaniedbane.
Na brzegu dostrzegł niewielki oddział kilkunastu jednakowo ubranych mężczyzn z włóczniami. Czy to komitet powitalny?
Statek majestatycznie zrzucił żagle i okręcił się wokół, by elegancko zbliżyć się burtą do kei.
Dashril widział ich teraz wyraźnie. To byli miejscy strażnicy, choć bez pełnego uzbrojenia ani barw herbowych. Wyglądali na zmęczonych, a ich nieogolone, sine twarze mówiły wyraźnie, że żołnierska dyscyplina to tutaj relikt przeszłości. Gestami wydawali zezwolenie na cumowanie. Trójka z nich weszła na molo i stanęła przed właśnie opuszczanym trapem. Ten w środku jako jedyny miał hełm.
Nie wyglądali jak ludzie wysłani, by uścisnąć dłoń i wymienić uprzejmości.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Schodząc z pokładu, Dashril otulił się szczelniej płaszczem. Jesień była dość ciepła tego roku, morski wiatr jednak i tak przeszywał zimnem. Stając na molo, rozejrzał się dookoła. Minęło sporo czasu, odkąd po raz ostatni był w tym mieście, ale oznaki upadku były widoczne gołym okiem.
Kiedyś port był pełen kupców, pracowników doków, tragarzy noszących towary do magazynów i, oczywiście, marynarzy. Teraz tylko tych ostatnich nadal było widać - za to często podzielonych na małe grupki, uzbrojonych i rozglądających się czujnie, zamiast radośnie spędzać czas poszukując dam negocjowalnego afektu.
Oczywiście słyszał plotki i czytał raporty, ale usłyszeć, a zobaczyć, to były dwie różne rzeczy. Gniew Sancraala i jego następstwa uderzył też w wyspy i w Federację, ale wyglądało na to, że czas obszedł się z nimi i tak o niebo lepiej niż z resztą kontynentu.
Dashril ruszył przed siebie zdecydowanym krokiem, kierując się w stronę - o ile nie zawodziła go pamięć - szulerni Calvina Vansena.
Kiedyś port był pełen kupców, pracowników doków, tragarzy noszących towary do magazynów i, oczywiście, marynarzy. Teraz tylko tych ostatnich nadal było widać - za to często podzielonych na małe grupki, uzbrojonych i rozglądających się czujnie, zamiast radośnie spędzać czas poszukując dam negocjowalnego afektu.
Oczywiście słyszał plotki i czytał raporty, ale usłyszeć, a zobaczyć, to były dwie różne rzeczy. Gniew Sancraala i jego następstwa uderzył też w wyspy i w Federację, ale wyglądało na to, że czas obszedł się z nimi i tak o niebo lepiej niż z resztą kontynentu.
Dashril ruszył przed siebie zdecydowanym krokiem, kierując się w stronę - o ile nie zawodziła go pamięć - szulerni Calvina Vansena.
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Nie udało mu się jednak wyminąć stojących na molo mężczyzn.
- Halo, dokąd? - zatrzymał go jeden ze strażników, ten w hełmie. - Kontrola statku! - fuknął głośno, ale od niechcenia, jakby znużony tym, że ludzie jeszcze się tego nie nauczyli. - Kim jesteście, skąd przybywacie, co przewozicie - wyrecytował, praktycznie nie patrząc na Dashrila, tylko przyglądając się okrętowi. Chyba próbował ocenić rozmiary ładowni.
- Handel będzie najpierw z nami - rzucił, widząc zdziwienie na twarzy przybysza. A potem uśmiechnął się lekko, bynajmniej nie uprzejmie.
Wiatr zaciągał wilgocią, chwytając za uszy i szarpiąc rękawami kubraków.
- Halo, dokąd? - zatrzymał go jeden ze strażników, ten w hełmie. - Kontrola statku! - fuknął głośno, ale od niechcenia, jakby znużony tym, że ludzie jeszcze się tego nie nauczyli. - Kim jesteście, skąd przybywacie, co przewozicie - wyrecytował, praktycznie nie patrząc na Dashrila, tylko przyglądając się okrętowi. Chyba próbował ocenić rozmiary ładowni.
- Handel będzie najpierw z nami - rzucił, widząc zdziwienie na twarzy przybysza. A potem uśmiechnął się lekko, bynajmniej nie uprzejmie.
Wiatr zaciągał wilgocią, chwytając za uszy i szarpiąc rękawami kubraków.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril przywołał na twarz usłużny uśmiech i skłonił się lekko.
- Obawiam się, że zaszło tu pewne nieporozumienie - powiedział. - Na imię mi Kereth i jestem zwykłym podróżnym z Archipelagu. Szukam bratanicy, która tu mieszka. Nie przysyła listów od paru miesięcy i jej matka, a ma siostra zamartwia się strasznie!
Być może misja, z którą tu przybył była całkiem niewinna, ale pewne zasady wywiadu pozostawały te same - kłamać jak najmniej. Był z Archipelagu Task'shamt - zdradzał go zarówno wygląd jak i akcent - oraz rzeczywiście szukał kogoś.
- Niestety, szanowny panie, o tym, co statek przewozi nie mam zielonego pojęcia. Musiałby pan porozmawiać z kapitanem, bądź też którymś z kupców, z którymi płynąłem.
- Obawiam się, że zaszło tu pewne nieporozumienie - powiedział. - Na imię mi Kereth i jestem zwykłym podróżnym z Archipelagu. Szukam bratanicy, która tu mieszka. Nie przysyła listów od paru miesięcy i jej matka, a ma siostra zamartwia się strasznie!
Być może misja, z którą tu przybył była całkiem niewinna, ale pewne zasady wywiadu pozostawały te same - kłamać jak najmniej. Był z Archipelagu Task'shamt - zdradzał go zarówno wygląd jak i akcent - oraz rzeczywiście szukał kogoś.
- Niestety, szanowny panie, o tym, co statek przewozi nie mam zielonego pojęcia. Musiałby pan porozmawiać z kapitanem, bądź też którymś z kupców, z którymi płynąłem.
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Przez twarz mężczyzny przemknął ledwie zauważalny cień intensywnej aktywności umysłowej.
- Znaczy - jego masywna ręka powoli cofała się, umożliwiając Dashrilowi przejście. - Nie masz do sprzedania? - Wolał się jeszcze upewnić.
- Patrz, Frat, tamten wygląda na kapitana - jeden ze strażników wskazał na kolejnych ludzi schodzących z pokładu.
"Frat" spojrzał we wskazanym kierunku, a potem jeszcze raz utkwił spojrzenie w Dashrilu.
- Idź - warknął średnio zadowolony - ale zwiń się pierwszym statkiem z powrotem. Nie ma tu miejsca dla nierobów z Archipelagu.
- Listy nie dochodzą - parsknął jeszcze, kiedy Dashril odszedł już na parę kroków. - To ci dopiero...
*
Port nigdy nie należał do najpiękniejszych miejsc w mieście, ale teraz było w nim jeszcze bardziej ponuro. Choć tu i tam widać było grupki ludzi, a gdzieniegdzie rozlegały się śmiechy, były to raczej rubaszne porykiwania oprychów, zdecydowanie nie napawające optymizmem czy pogodą ducha.
Idąc, Dashril zauważył jeszcze jedną, istotną zmianę. Nie było rybnego targowiska. Na placu stał wielki, strzeżony magazyn.
Jego wędrówkę przerwało dwóch chudych chłopców, którzy podbiegli, widząc obcokrajowca i zaczęli prosić go o pieniądz lub coś do jedzenia.
- Panie złoty, za morzem bogato, a my tu z głodu giniemy... daj choć grosika - jeden upadł mu do stóp, a drugi chwycił za rękę. Byli bardzo nachalni, zdecydowanie przekraczali respektowane na Archipelagu granice społecznego dystansu.
- Znaczy - jego masywna ręka powoli cofała się, umożliwiając Dashrilowi przejście. - Nie masz do sprzedania? - Wolał się jeszcze upewnić.
- Patrz, Frat, tamten wygląda na kapitana - jeden ze strażników wskazał na kolejnych ludzi schodzących z pokładu.
"Frat" spojrzał we wskazanym kierunku, a potem jeszcze raz utkwił spojrzenie w Dashrilu.
- Idź - warknął średnio zadowolony - ale zwiń się pierwszym statkiem z powrotem. Nie ma tu miejsca dla nierobów z Archipelagu.
- Listy nie dochodzą - parsknął jeszcze, kiedy Dashril odszedł już na parę kroków. - To ci dopiero...
*
Port nigdy nie należał do najpiękniejszych miejsc w mieście, ale teraz było w nim jeszcze bardziej ponuro. Choć tu i tam widać było grupki ludzi, a gdzieniegdzie rozlegały się śmiechy, były to raczej rubaszne porykiwania oprychów, zdecydowanie nie napawające optymizmem czy pogodą ducha.
Idąc, Dashril zauważył jeszcze jedną, istotną zmianę. Nie było rybnego targowiska. Na placu stał wielki, strzeżony magazyn.
Jego wędrówkę przerwało dwóch chudych chłopców, którzy podbiegli, widząc obcokrajowca i zaczęli prosić go o pieniądz lub coś do jedzenia.
- Panie złoty, za morzem bogato, a my tu z głodu giniemy... daj choć grosika - jeden upadł mu do stóp, a drugi chwycił za rękę. Byli bardzo nachalni, zdecydowanie przekraczali respektowane na Archipelagu granice społecznego dystansu.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Całkowicie odruchowo Dashril wyszarpnął rękę z uchwytu i zrobił krok w tył, utrzymując dystans. Nie miał zamiaru ani dać się okraść, ani dać sobie wbić sztylet pod żebro.
Odsłaniając płaszcz tylko na moment wyciągnął z niego sztukę miedzi. Błysnął nią przed oczami mężczyzn, lewą dłoń przysuwając bliżej rękojeści sztyletu.
- Metal za informacje - powiedział. - Calvin Vansen. Znacie to imię? Gdzie teraz przebywa?
Odsłaniając płaszcz tylko na moment wyciągnął z niego sztukę miedzi. Błysnął nią przed oczami mężczyzn, lewą dłoń przysuwając bliżej rękojeści sztyletu.
- Metal za informacje - powiedział. - Calvin Vansen. Znacie to imię? Gdzie teraz przebywa?
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Młodzieniaszki zatrzymali się na moment, zaskoczeni. Wymienili się spojrzeniami, a potem ekscytacja wróciła. Blondyn, ten, który przed chwilą klęczał przed Dashrilem, zerwał się z ziemi.
- Tak, znam go, znam go - zakrzyknął, plując kropelkami śliny. - To łatwe! "Pod rzuconymi kośćmi"!
- To zaraz tutaj, zaprowadzimy! - zapalił się również i brunet. Znowu podjął próbę chwycenia Dashrila za ramię, ale wystarczyło jedno spojrzenie przybysza, by szybko jej zaniechał.
I choć szermierz nie czuł się zbyt pewnie z obstawą tych dwóch obdartusów, pamiętał miasto na tyle dobrze, by wiedzieć, że prowadzą go w dobrym kierunku.
- Panie złoty, po grosiku, prosimy... Tu się wszystko skaszaniło, za jedną nadpsutą rybę trzeba pracować godzinę w kopalni... - Idąc, kontynuowali swoje modły, jednocześnie opisując mu zmiany w mieście. - Albo w ogrodzie. Tam, gdzie kiedyś był park Dolmara, teraz rosną pomidory. Co dla ciebie taki grosik, a dla nas jak zbawienie!
Minęli jeden z budynków i za rogiem Dashril dostrzegł już szyld Calvinowskiej szulerni.
- Tak, znam go, znam go - zakrzyknął, plując kropelkami śliny. - To łatwe! "Pod rzuconymi kośćmi"!
- To zaraz tutaj, zaprowadzimy! - zapalił się również i brunet. Znowu podjął próbę chwycenia Dashrila za ramię, ale wystarczyło jedno spojrzenie przybysza, by szybko jej zaniechał.
I choć szermierz nie czuł się zbyt pewnie z obstawą tych dwóch obdartusów, pamiętał miasto na tyle dobrze, by wiedzieć, że prowadzą go w dobrym kierunku.
- Panie złoty, po grosiku, prosimy... Tu się wszystko skaszaniło, za jedną nadpsutą rybę trzeba pracować godzinę w kopalni... - Idąc, kontynuowali swoje modły, jednocześnie opisując mu zmiany w mieście. - Albo w ogrodzie. Tam, gdzie kiedyś był park Dolmara, teraz rosną pomidory. Co dla ciebie taki grosik, a dla nas jak zbawienie!
Minęli jeden z budynków i za rogiem Dashril dostrzegł już szyld Calvinowskiej szulerni.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril skinął im głową, dał drugiego miedziaka i pewnym krokiem ruszył w stronę szulerni Calvina. Wyglądało na to, że nawet jeśli budynek był nieco bardziej podniszczony niż te parę lat temu, to i tak, kontrastując z zaniedbaną okolicą, wydawał się być jeszcze bardziej imponujący.
Fechtmistrz uderzył trzy razy w drzwi i czekał aż się otworzą. Trwało to nieco dłużej niż pamiętał i dał głowę, że zanim klamka się poruszyła a drzwi zaskrzypiały, ktoś spojrzał na niego - i dookoła niego - przez wizjer.
Strażnik, rosły drab w grubych skórach i z równie grubą pałką u boku, zmierzył Dashrila przeciągłym spojrzeniem, ale najwyraźniej uznał, że przybysz kwalifikuje się jako klient lokalu.
- Witamy w "Pod rzuconymi kośćmi" - powiedział, cofając się, by wpuścić gościa.
- Dziękuję - odparł Dashril, wchodząc. - Czy zastałem może pana Calvina Vansena? Jestem jego znajomym.
- Szefa nie ma.
Dashril skinął głową. Nie był specjalnie zaskoczony.
- A czy kiedy mogę się spodziewać pana Vansena? - zapytał.
Strażnik uśmiechnął się szeroko.
- Zapraszam do gry - powiedział. - Szef się pojawi... prędzej czy później.
- Dziękuję - odparł Dashril, kierując się w stronę głównej sali przybytku.
//ok, to proszę o piorunujące pierwsze impression
O ile pamiętam poprzednią sesję, nikt nie był zmuszony składać broni przy wejściu do szulerni, ale jeśli się zmieniło to dajcie znać
Fechtmistrz uderzył trzy razy w drzwi i czekał aż się otworzą. Trwało to nieco dłużej niż pamiętał i dał głowę, że zanim klamka się poruszyła a drzwi zaskrzypiały, ktoś spojrzał na niego - i dookoła niego - przez wizjer.
Strażnik, rosły drab w grubych skórach i z równie grubą pałką u boku, zmierzył Dashrila przeciągłym spojrzeniem, ale najwyraźniej uznał, że przybysz kwalifikuje się jako klient lokalu.
- Witamy w "Pod rzuconymi kośćmi" - powiedział, cofając się, by wpuścić gościa.
- Dziękuję - odparł Dashril, wchodząc. - Czy zastałem może pana Calvina Vansena? Jestem jego znajomym.
- Szefa nie ma.
Dashril skinął głową. Nie był specjalnie zaskoczony.
- A czy kiedy mogę się spodziewać pana Vansena? - zapytał.
Strażnik uśmiechnął się szeroko.
- Zapraszam do gry - powiedział. - Szef się pojawi... prędzej czy później.
- Dziękuję - odparł Dashril, kierując się w stronę głównej sali przybytku.
//ok, to proszę o piorunujące pierwsze impression
O ile pamiętam poprzednią sesję, nikt nie był zmuszony składać broni przy wejściu do szulerni, ale jeśli się zmieniło to dajcie znać
Veni, rescripsi, discessi
-
Halom
- Posty: 69
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Przekroczył próg i zatrzymał się. Natychmiast poczuł chłód.
Znalazł się w dużym pomieszczeniu. Stojący wzdłuż ściany po jego lewej ręce kontuar był pierwszym, co wpadło mu w oczy. Za kontuarem, oparłszy się na łokciu, siedział szpakowaty barman. Ubrany był w szarą koszulę i czarną kamizelę. Włosy miał krótkie i bardziej czarne niż siwe, a kilkudniowa szczecina dodawała mu elegancji. Wyglądał na zmęczonego. Wpatrywał się w Dashrila małymi czarnymi oczami.
Dashril powiódł wzrokiem po sali. Musiał wysilić nieco oczy, bo było w niej ciemno. Na suficie wisiały wprawdzie trzy żyrandole, ale tylko w jednym z nich płonęły świece zaś rozmieszczone na ścianach kinkiety dawały niewiele światła. Wszystkie okiennice były zamknięte.
W końcu przebił się przez panujące w izbie mroki. Na przeciwległej ścianie, niemal na wprost wejścia, znajdowały się schody na piętro. Dostęp do nich był zza kontuaru, a przejścia strzegł wielki drab uzbrojony w pałkę. W rogu, u stóp schodów, były drzwi na zaplecze, pod samymi zaś schodami zabudowany deskami schowek. Idąc wzrokiem dalej wzdłuż przeciwległej ściany, Dashril dostrzegł kolejno przejście do drugiej izby, niewielki stos drewna opałowego i kominek. Kominek był umiejscowiony w wyrwie ściany oddzielającej obie izby. Dzięki temu zabiegowi po rozpaleniu ognia dawał światło i ciepło po obu stronach. Ogień jednak nie płonął.
Pozostała przestrzeń zajęta była stołami do gry. Niewielu siedziało przy nich ludzi. Dashril przypomniał sobie tłumy, odwiedzające Szulernię każdego wieczora przed czterema laty. Zwątpił, czy aby na pewno trafił we właściwe miejsce - nie poznawał go.
- Powtórz rzut, mówię! - Usłyszał gdzieś z kąta.
- Graj, nie pierdol! - Padła odpowiedź.
Dashril westchnął w duchu. W istocie był w Szulerni. Towarzyszące rozgrywce emocje bywały bardzo gorące i wręcz wyczuwalne w powietrzu. Pamiętał to aż za dobrze.
Usłyszał chrząknięcie zza kontuaru. Spojrzał na barmana, który wciąż mu się przyglądał. Był to Hervet we własnej osobie - główny barman Szulerni. Dashril pamiętał go bardzo dobrze, ale rozpoznał z wielkim trudem. Na jego twarzy widać było czas jaki upłynął, widać było, że nie był to łatwy czas. Podszedł do lady. Dopiero teraz dostrzegł puste półki za plecami Herveta. Niegdyś uginały się pod ciężarem wyszukanych trunków sprowadzanych z rozmaitych zakamarków Calivanu, obecnie świeciły pustkami. Hervet zauważył to spojrzenie.
- Piwo albo cydr - powiedział sucho. - Przyszykować żetony do gry?
- W co można dziś zagrać? - Spytał Dashril.
- Obecnie tylko kościany poker. Ale może znajdzie pan chętnych na Trzy smoki.
Dashril obejrzał się przez ramię na grających.
- To jak?
Znalazł się w dużym pomieszczeniu. Stojący wzdłuż ściany po jego lewej ręce kontuar był pierwszym, co wpadło mu w oczy. Za kontuarem, oparłszy się na łokciu, siedział szpakowaty barman. Ubrany był w szarą koszulę i czarną kamizelę. Włosy miał krótkie i bardziej czarne niż siwe, a kilkudniowa szczecina dodawała mu elegancji. Wyglądał na zmęczonego. Wpatrywał się w Dashrila małymi czarnymi oczami.
Dashril powiódł wzrokiem po sali. Musiał wysilić nieco oczy, bo było w niej ciemno. Na suficie wisiały wprawdzie trzy żyrandole, ale tylko w jednym z nich płonęły świece zaś rozmieszczone na ścianach kinkiety dawały niewiele światła. Wszystkie okiennice były zamknięte.
W końcu przebił się przez panujące w izbie mroki. Na przeciwległej ścianie, niemal na wprost wejścia, znajdowały się schody na piętro. Dostęp do nich był zza kontuaru, a przejścia strzegł wielki drab uzbrojony w pałkę. W rogu, u stóp schodów, były drzwi na zaplecze, pod samymi zaś schodami zabudowany deskami schowek. Idąc wzrokiem dalej wzdłuż przeciwległej ściany, Dashril dostrzegł kolejno przejście do drugiej izby, niewielki stos drewna opałowego i kominek. Kominek był umiejscowiony w wyrwie ściany oddzielającej obie izby. Dzięki temu zabiegowi po rozpaleniu ognia dawał światło i ciepło po obu stronach. Ogień jednak nie płonął.
Pozostała przestrzeń zajęta była stołami do gry. Niewielu siedziało przy nich ludzi. Dashril przypomniał sobie tłumy, odwiedzające Szulernię każdego wieczora przed czterema laty. Zwątpił, czy aby na pewno trafił we właściwe miejsce - nie poznawał go.
- Powtórz rzut, mówię! - Usłyszał gdzieś z kąta.
- Graj, nie pierdol! - Padła odpowiedź.
Dashril westchnął w duchu. W istocie był w Szulerni. Towarzyszące rozgrywce emocje bywały bardzo gorące i wręcz wyczuwalne w powietrzu. Pamiętał to aż za dobrze.
Usłyszał chrząknięcie zza kontuaru. Spojrzał na barmana, który wciąż mu się przyglądał. Był to Hervet we własnej osobie - główny barman Szulerni. Dashril pamiętał go bardzo dobrze, ale rozpoznał z wielkim trudem. Na jego twarzy widać było czas jaki upłynął, widać było, że nie był to łatwy czas. Podszedł do lady. Dopiero teraz dostrzegł puste półki za plecami Herveta. Niegdyś uginały się pod ciężarem wyszukanych trunków sprowadzanych z rozmaitych zakamarków Calivanu, obecnie świeciły pustkami. Hervet zauważył to spojrzenie.
- Piwo albo cydr - powiedział sucho. - Przyszykować żetony do gry?
- W co można dziś zagrać? - Spytał Dashril.
- Obecnie tylko kościany poker. Ale może znajdzie pan chętnych na Trzy smoki.
Dashril obejrzał się przez ramię na grających.
- To jak?
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril uśmiechnął się lekko. Trzy Smoki. Grał w to, gdy ostatnim razem był w szulerni Calvina. Pamiętał zasady dość dobrze, uwzględniając te, które były inne na kontynencie.
Miło było widzieć, że mimo tego, że szulernia nie była równie bogato zaopatrzona jak niegdyś, to nadal cieszyła się dużą popularnością. Dashril nie wiedział, czy fakt, że bez względu na warunki ludzi ciągnęło do hazardu był prawem natury, czy chodziło tu o coś innego. Może ludzie, zmęczeni walką o codzienny byt, chcieli zrzucić z siebie odpowiedzialność i zawierzyć szczęściu?
- Chętnie zagram w trzy smoki - powiedział, zajmując miejsce przy stoliku.
Poczekał na swoją kolej, dorzucił parę monet do puli - grając raczej oszczędnie - dobrał karty i wziął się do gry.
Miło było widzieć, że mimo tego, że szulernia nie była równie bogato zaopatrzona jak niegdyś, to nadal cieszyła się dużą popularnością. Dashril nie wiedział, czy fakt, że bez względu na warunki ludzi ciągnęło do hazardu był prawem natury, czy chodziło tu o coś innego. Może ludzie, zmęczeni walką o codzienny byt, chcieli zrzucić z siebie odpowiedzialność i zawierzyć szczęściu?
- Chętnie zagram w trzy smoki - powiedział, zajmując miejsce przy stoliku.
Poczekał na swoją kolej, dorzucił parę monet do puli - grając raczej oszczędnie - dobrał karty i wziął się do gry.
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Jego towarzysze do gry nie byli zbyt rozmowni. Jeden, starszy, chudy jegomość z wyraźnie uszczuplonym już garniturem pożółkłych zębów, rzucał karty w milczeniu, co chwila tylko pociągając nosem.
Drugi, elegancko pokolczykowany na obu uszach, wyglądał na zaciekawionego przybyszem. Jego głowę okrywała ciemna, czerwonawa chustka, a czubek brody zdobił krótki pasek równo przyciętego zarostu. Był zdecydowanie młodszy od dziadka, mógłby być jego synem. Był też od niego zdecydowanie potężniejszy w barach.
- Task'shamtczyk, co? - zagadnął w końcu Dashrila, nie przerywając żuć czegoś, co miał w ustach.
Drugi, elegancko pokolczykowany na obu uszach, wyglądał na zaciekawionego przybyszem. Jego głowę okrywała ciemna, czerwonawa chustka, a czubek brody zdobił krótki pasek równo przyciętego zarostu. Był zdecydowanie młodszy od dziadka, mógłby być jego synem. Był też od niego zdecydowanie potężniejszy w barach.
- Task'shamtczyk, co? - zagadnął w końcu Dashrila, nie przerywając żuć czegoś, co miał w ustach.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril przez długą chwilę grał w milczeniu. Obejrzenie kart. Dobranie. Licytacja. Pas. Licytacja. Dobranie kart. Licytacja. Sprawdzenie. Kwoty, o które grał nie były wysokie i w zasadzie cały czas wychodził na zero, czasem przegrywając, czasem wygrywając.
W końcu nie pieniądze były jego celem. Zabijał czas, czekając na Valvina, ale co ważniejsze - starał się wyczuć atmosferę miejsca, zachowanie i nastrój ludzi.
- Tak, zgadza się - odparł.
On również przyglądał się rozmówcy. Na pierwszy rzut oka - a raczej na słuch, bo wskazówką był akcent - powiedziałby, że mężczyzna pochodził z ziem leżących odrobinę na wschód od Nimnaros, ale niewiele mu to dawało. Przed katastrofą do Nimnaros przybywało tak wielu przybyszów, że nie było jak orzec, czy mężczyzna ten przybył przed czy po kataklizmie.
- Pan miejscowy? - zapytał.
W końcu nie pieniądze były jego celem. Zabijał czas, czekając na Valvina, ale co ważniejsze - starał się wyczuć atmosferę miejsca, zachowanie i nastrój ludzi.
- Tak, zgadza się - odparł.
On również przyglądał się rozmówcy. Na pierwszy rzut oka - a raczej na słuch, bo wskazówką był akcent - powiedziałby, że mężczyzna pochodził z ziem leżących odrobinę na wschód od Nimnaros, ale niewiele mu to dawało. Przed katastrofą do Nimnaros przybywało tak wielu przybyszów, że nie było jak orzec, czy mężczyzna ten przybył przed czy po kataklizmie.
- Pan miejscowy? - zapytał.
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- Powiedzmy... - mruknął tamten, jakby przyznanie się do bycia stąd równało się stwierdzeniu, że jest się gorszym sortem człowieka.
Atmosfera miejsca była dokładnie taka, jak ton głosu tego faceta. Bezbarwna, zastała, jakby kiedyś wszystkie kolory stąd uleciały i już nigdy nie wróciły.
- Szukasz kogoś, co? - odezwał się po chwili znowu. - Trzy miecze. I sprawdzam.
Stary znowu pociągnął nosem.
Atmosfera miejsca była dokładnie taka, jak ton głosu tego faceta. Bezbarwna, zastała, jakby kiedyś wszystkie kolory stąd uleciały i już nigdy nie wróciły.
- Szukasz kogoś, co? - odezwał się po chwili znowu. - Trzy miecze. I sprawdzam.
Stary znowu pociągnął nosem.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril westchnął nieco teatralnie, odsłaniając karty. Dwie kapłanki, nie - nie kapłanki, tu grali magami - i król. Nieźle, ale nie dość dobrze.
Pieniądze zmieniły ręcę.
- Chcę się zobaczyć z właścicielem przybytku - odparł Dashril, przystępując do kolejnego rozdania. - Wiesz w jakich godzinach można go zastać? Spotkałeś już go?
Więcej informacji zawsze było mile widziane, zwłaszcza, jeśli Calvin miał był strategicznym partnerem.
Task'shamtczyk powiódł wzrokiem po wnętrzu budynku. Mimo braków w zaopatrzeniu, sam fakt, że szulernia działała dobrze świadczył o zdolnościach organizacyjnych Calvina.
- Dobrze sobie radzi, jak na to co się dzieje w mieście - zauważył Dashril.
Pieniądze zmieniły ręcę.
- Chcę się zobaczyć z właścicielem przybytku - odparł Dashril, przystępując do kolejnego rozdania. - Wiesz w jakich godzinach można go zastać? Spotkałeś już go?
Więcej informacji zawsze było mile widziane, zwłaszcza, jeśli Calvin miał był strategicznym partnerem.
Task'shamtczyk powiódł wzrokiem po wnętrzu budynku. Mimo braków w zaopatrzeniu, sam fakt, że szulernia działała dobrze świadczył o zdolnościach organizacyjnych Calvina.
- Dobrze sobie radzi, jak na to co się dzieje w mieście - zauważył Dashril.
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- Szukasz Calvina? - mężczyzna uśmiechnął się lekko, choć mogła to być też radość wywołana zgarnięciem jednej z większych dotychczas sum w grze. - No proszę. My za często tu przesiadujemy, żebyśmy go nie znali. Co nie, Gorg? - klepnął dziadka w ramię. Dziadek aż bujnął się na bok od tego uderzenia, ale kiwnął głową twierdząco.
Rozmówca Dashrila nonszalanckim gestem ściągnął swoje nowo rozdane karty ze stołu i schował w dłoni, patrząc uważnie na szermierza.
- Calvin co rusz robi jakieś interesy, przychodzą do niego tacy jak ty... - rzekł powoli. - Umie się chłop obrócić, a tacy sobie dadzą radę w każdych czasach... - Spojrzał w swoją rękę. - Dobieram.
- To prawda... Wiesz, kiedy się tu zjawi? - Uprzejmie ponowił swoje pytanie Dashril, starając się zabrzmieć względnie obojętnie.
Marynarz wzruszył ramionami.
- Zwykle już tu był...
Wtedy jego siwiejący już towarzysz podniósł chudy palec do góry.
- Ałena - wymamrotał, upewniwszy się, że ma uwagę współgraczy.
- Co? A, no jasne! - Młodszy klepnął się w czoło, aż mu się zatrzęsły kolczyki. A potem nachylił się do Dashrila.
- Dziś jest kultowa walka. Futrzak walczy z Valkirem, jednym z najlepszych byków Calvina. To dlatego tak tu dziś pusto. - Zdał sobie sprawę. Odchylił się na krześle do tyłu, aż boleśnie skrzypnęło.
- Dobrze, że mówisz, Gorg, bo i ja bym poszedł. Przejdziemy się, co?
- To szybko, bo może już zaczęli - mruknął Gorg, nie wykazując zbytniego entuzjazmu.
- Skończymy partię i lecimy - zadecydował ten, którego imienia Dashril jeszcze nie poznał. - A ty? - Skierował swe czujne oczy na przybysza. - Idziesz z nami?
Rozmówca Dashrila nonszalanckim gestem ściągnął swoje nowo rozdane karty ze stołu i schował w dłoni, patrząc uważnie na szermierza.
- Calvin co rusz robi jakieś interesy, przychodzą do niego tacy jak ty... - rzekł powoli. - Umie się chłop obrócić, a tacy sobie dadzą radę w każdych czasach... - Spojrzał w swoją rękę. - Dobieram.
- To prawda... Wiesz, kiedy się tu zjawi? - Uprzejmie ponowił swoje pytanie Dashril, starając się zabrzmieć względnie obojętnie.
Marynarz wzruszył ramionami.
- Zwykle już tu był...
Wtedy jego siwiejący już towarzysz podniósł chudy palec do góry.
- Ałena - wymamrotał, upewniwszy się, że ma uwagę współgraczy.
- Co? A, no jasne! - Młodszy klepnął się w czoło, aż mu się zatrzęsły kolczyki. A potem nachylił się do Dashrila.
- Dziś jest kultowa walka. Futrzak walczy z Valkirem, jednym z najlepszych byków Calvina. To dlatego tak tu dziś pusto. - Zdał sobie sprawę. Odchylił się na krześle do tyłu, aż boleśnie skrzypnęło.
- Dobrze, że mówisz, Gorg, bo i ja bym poszedł. Przejdziemy się, co?
- To szybko, bo może już zaczęli - mruknął Gorg, nie wykazując zbytniego entuzjazmu.
- Skończymy partię i lecimy - zadecydował ten, którego imienia Dashril jeszcze nie poznał. - A ty? - Skierował swe czujne oczy na przybysza. - Idziesz z nami?
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril zastanawiał się chwilę.
- Z chęcią pójdę - powiedział.
Czekanie paru godzin w szulerni na Calvina nie uśmiechało mu się, a jeśli walczył człowiek Calvina, to może i jego można będzie spotkać w trakcie walki. Nawet jeśli nie, to zawsze można było wrócić do szulerni później.
- Tak, pójdę - powtórzył, po czym spojrzał po nowych znajomych. - Pozwólcie, że się przedstawię: nazywam się Kereth.
Dokończyli partię - którą Dashril przezornie przegrał, by jego nowi znajomi zapałali do niego nieco większą sympatią i nie pomyśleli, że jest dostatecznie bogaty, by spróbować go okraść.
- Chyba nie mój dzień - powiedział, wstając z miejsca. - Chętnie odprężę się oglądając walkę. Jest coś, co muszę wiedzieć?
- Z chęcią pójdę - powiedział.
Czekanie paru godzin w szulerni na Calvina nie uśmiechało mu się, a jeśli walczył człowiek Calvina, to może i jego można będzie spotkać w trakcie walki. Nawet jeśli nie, to zawsze można było wrócić do szulerni później.
- Tak, pójdę - powtórzył, po czym spojrzał po nowych znajomych. - Pozwólcie, że się przedstawię: nazywam się Kereth.
Dokończyli partię - którą Dashril przezornie przegrał, by jego nowi znajomi zapałali do niego nieco większą sympatią i nie pomyśleli, że jest dostatecznie bogaty, by spróbować go okraść.
- Chyba nie mój dzień - powiedział, wstając z miejsca. - Chętnie odprężę się oglądając walkę. Jest coś, co muszę wiedzieć?
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- Dziwne macie imiona na tym archipelagu - niezbyt uprzejmie skwitował typ z bródką. - Ja jestem Savor, a to jest mój wuj Gorgio.
Dziadek kiwnął głową i wstał, by uścisnąć Dashrilowi dłoń.
Zbierali się do wyjścia.
- Powinieneś wiedzieć, że arena jest na terenie Labiryntu - mówił Savor, zarzucając kamizelkę na plecy. - To nie jest miejsce dla frajerów. Wiesz co to Labirynt, co?
Dashril pokręcił głową, czując, że atmosfera zrobiła się zdecydowanie mniej formalna. Czy to kwestia przedstawienia się sobie? A może tego, że przegrał z nimi w Trzy Smoki?
- Jak były zamieszki, jakiś naćpany zjeb podrzucił tam ogień - wyjaśnił zakolczykowany, rzucając barmanowi pieniądz. - Spłonął kawał miasta, zostało pogorzelisko. Roi się w nim teraz od podobnych zjebów. To jest Labirynt - podsumował i pchnął drzwi wyjściowe od szulerni.
Kiedy wyszli, na dworze było już ciemno. Chłodny wiatr od morza wzmógł się jeszcze bardziej, aż Savor chwycił się za odkryte ramiona.
- Ale piździ skurwysyństwo. Szybciej się wlecz, Gorg - pogonił wuja. Odwracając się do niego zauważył, że z szulerni wychodzi ktoś jeszcze. Ale nie skomentował tego faktu.
Ruszyli w stronę portowej bramy, by jak najszybciej oddalić się od morza.
Dziadek kiwnął głową i wstał, by uścisnąć Dashrilowi dłoń.
Zbierali się do wyjścia.
- Powinieneś wiedzieć, że arena jest na terenie Labiryntu - mówił Savor, zarzucając kamizelkę na plecy. - To nie jest miejsce dla frajerów. Wiesz co to Labirynt, co?
Dashril pokręcił głową, czując, że atmosfera zrobiła się zdecydowanie mniej formalna. Czy to kwestia przedstawienia się sobie? A może tego, że przegrał z nimi w Trzy Smoki?
- Jak były zamieszki, jakiś naćpany zjeb podrzucił tam ogień - wyjaśnił zakolczykowany, rzucając barmanowi pieniądz. - Spłonął kawał miasta, zostało pogorzelisko. Roi się w nim teraz od podobnych zjebów. To jest Labirynt - podsumował i pchnął drzwi wyjściowe od szulerni.
Kiedy wyszli, na dworze było już ciemno. Chłodny wiatr od morza wzmógł się jeszcze bardziej, aż Savor chwycił się za odkryte ramiona.
- Ale piździ skurwysyństwo. Szybciej się wlecz, Gorg - pogonił wuja. Odwracając się do niego zauważył, że z szulerni wychodzi ktoś jeszcze. Ale nie skomentował tego faktu.
Ruszyli w stronę portowej bramy, by jak najszybciej oddalić się od morza.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril okrył się szczelniej płaszczem. Był zdecydowanie cieplej ubrany od swoich nowych towarzyszy, ale też był przyzwyczajony do cieplejszej pogody. Na jego szczęście, przez ostatnie... zbyt wiele lat podróżował po kontynencie, wracając na Archipelag jedynie z rzadka, więc niska temperatura nie była czymś od czego całkowicie odwykł.
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie ostrzec swoich nowych "przyjaciół", że jeśli prowadzą go w zasadzkę, to żywi z tego nie wyjdą, ale po chwili uznał, że lepiej po prostu być czujnym. Widoki, które mijał - podniszczone domy, sklepy i kamienice, snujący się dookoła ponurzy ludzie - w innym przypadku byłyby bardzo interesujące, ale teraz jego oczy były zajęte wypatrywaniem zagrożenia.
Wiedział to już wcześniej, ale teraz zaczynał rozumieć, że Nimnaros z miasta przyjaznego, stało się miastem niebezpiecznym i wrogim. Co tylko sprawiało, że rozwiały się ostatnie wątpliwości, które mógłby mieć co do swojego zadania i współpracy z Calvinem.
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie ostrzec swoich nowych "przyjaciół", że jeśli prowadzą go w zasadzkę, to żywi z tego nie wyjdą, ale po chwili uznał, że lepiej po prostu być czujnym. Widoki, które mijał - podniszczone domy, sklepy i kamienice, snujący się dookoła ponurzy ludzie - w innym przypadku byłyby bardzo interesujące, ale teraz jego oczy były zajęte wypatrywaniem zagrożenia.
Wiedział to już wcześniej, ale teraz zaczynał rozumieć, że Nimnaros z miasta przyjaznego, stało się miastem niebezpiecznym i wrogim. Co tylko sprawiało, że rozwiały się ostatnie wątpliwości, które mógłby mieć co do swojego zadania i współpracy z Calvinem.
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Skręcili w uliczkę wgłąb miasta i wiatr momentalnie ucichł. Skulony z zimna Savor znów wyprostował się dumnie.
Doszli do dawnych ogrodów przyklasztornych Dolmara. Dashril był w szoku, jak bardzo zmieniło się to miejsce.
Niegdyś barwne alejki przecinały upstrzoną egzotycznymi kwiatami zieleń, a ławeczki, latarnie i nawet rzeźby urozmaicały przechodniom pobyt tutaj. Teraz wszystko grodziły drewniane płoty, a za nimi rosło zboże, ogórki, dynie i fasola. W niedziałającej fontannie paliło się ognisko, a na murku wokół niej grzali się najmici, łypiąc groźnie oczami na przechodniów - czy aby czasem nie chcą ukraść jakichś plonów.
Gdzieś w rogu między płotami ujrzał rzuconą, zabrudzoną rzeźbę zamyślonego skrzydlatego. Z jednym policzkiem w błocie i złamanym skrzydłem wyglądał, jakby rzeczywiście miał się nad czym zastanawiać.
- Naprawdę dużo się tu pozmieniało - podjął Dashril, zauważając, że jego towarzysze jakoś dziwnie zamilkli. Najwyraźniej im też udzielił się smutny nastrój tego niegdyś pięknego miejsca.
- No - odrzekł niedbale Savor. - Chyba tylko dzielnica lojalsów wygląda w miarę po staremu. Nie wiem, nie chodzę tam. Te stare szlafroki naprawdę wierzą, że uda im się jeszcze przywrócić stary porządek. Chcą cofnąć czas, czy inny diabeł..?
- A klasztor dalej funkcjonuje? - spytał szermierz, bo właśnie mijali jego okazałą wieżę. Klasztory Dolmara słynęły z pięknych wież, mających imitować Pierwotną Wieżę Czasu z Archeświata. Często wieszano na nich zegary, zdobiono też scenami z Księgi Początków. Tutaj jednak wskazówka ułamała się, a barwne słowobrazy* zakrywał poczerwieniały już na jesień bluszcz.
- Co ty, jak tylko w mieście zaczęło buzować, mnisi pierwsi podwinęli kiecki i spieprzyli do lojalsów, aż się kurzyło. A Klasztor zajął grodnarz... jak mu było... Palinin, jeden z naszych - mruknął Savor. -Teraz jest tu spichlerz, magazyn i, a jak, bimbrownia.
Zaśmiał się znienacka. Jego chrypiący, krótki śmiech nie był zaraźliwy.
- Walka z lojalsami o księgi z klasztoru to był temat numer jeden przez długie miesiące. W końcu jednak się dogadali. My nie wykładamy ich świętymi pergaminami skrzynek i nie owijamy w nie butelek, a oni... dają nam święty spokój. Czasem tylko się ktoś zjawia, aby coś tam przejrzeć czy odkupić...
Przecięli Złotą Aleję, główną arterię miasta. Wyglądała zdecydowanie lepiej niż dzielnica portowa. Praktycznie tak, jak ją Dashril zapamiętał, chociaż kiedyś ludzi kręciło się tu więcej, nawet o tak późnej porze.
- Poczekaj, Krecie, aż zobaczysz Labirynt - uśmiechnął się Savor, któremu najwyraźniej schlebiała funkcja miejskiego przewodnika. - Tam to się dopiero... POZMIENIAŁO.
Istotnie, musieli już zbliżać się do pogorzelisk, bo zaczął ich dobiegać stłumiony odgłos pokrzykiwań ludzi zgromadzonych wokół areny.
_______
* - taki lokalny folklore art, coś jak połączenie muzułmańskich zdobień wersetami z Koranu z chrześcijańskimi freskami. Często w formie rzeźbionych reliefów i dopiero potem malowanych.
Doszli do dawnych ogrodów przyklasztornych Dolmara. Dashril był w szoku, jak bardzo zmieniło się to miejsce.
Niegdyś barwne alejki przecinały upstrzoną egzotycznymi kwiatami zieleń, a ławeczki, latarnie i nawet rzeźby urozmaicały przechodniom pobyt tutaj. Teraz wszystko grodziły drewniane płoty, a za nimi rosło zboże, ogórki, dynie i fasola. W niedziałającej fontannie paliło się ognisko, a na murku wokół niej grzali się najmici, łypiąc groźnie oczami na przechodniów - czy aby czasem nie chcą ukraść jakichś plonów.
Gdzieś w rogu między płotami ujrzał rzuconą, zabrudzoną rzeźbę zamyślonego skrzydlatego. Z jednym policzkiem w błocie i złamanym skrzydłem wyglądał, jakby rzeczywiście miał się nad czym zastanawiać.
- Naprawdę dużo się tu pozmieniało - podjął Dashril, zauważając, że jego towarzysze jakoś dziwnie zamilkli. Najwyraźniej im też udzielił się smutny nastrój tego niegdyś pięknego miejsca.
- No - odrzekł niedbale Savor. - Chyba tylko dzielnica lojalsów wygląda w miarę po staremu. Nie wiem, nie chodzę tam. Te stare szlafroki naprawdę wierzą, że uda im się jeszcze przywrócić stary porządek. Chcą cofnąć czas, czy inny diabeł..?
- A klasztor dalej funkcjonuje? - spytał szermierz, bo właśnie mijali jego okazałą wieżę. Klasztory Dolmara słynęły z pięknych wież, mających imitować Pierwotną Wieżę Czasu z Archeświata. Często wieszano na nich zegary, zdobiono też scenami z Księgi Początków. Tutaj jednak wskazówka ułamała się, a barwne słowobrazy* zakrywał poczerwieniały już na jesień bluszcz.
- Co ty, jak tylko w mieście zaczęło buzować, mnisi pierwsi podwinęli kiecki i spieprzyli do lojalsów, aż się kurzyło. A Klasztor zajął grodnarz... jak mu było... Palinin, jeden z naszych - mruknął Savor. -Teraz jest tu spichlerz, magazyn i, a jak, bimbrownia.
Zaśmiał się znienacka. Jego chrypiący, krótki śmiech nie był zaraźliwy.
- Walka z lojalsami o księgi z klasztoru to był temat numer jeden przez długie miesiące. W końcu jednak się dogadali. My nie wykładamy ich świętymi pergaminami skrzynek i nie owijamy w nie butelek, a oni... dają nam święty spokój. Czasem tylko się ktoś zjawia, aby coś tam przejrzeć czy odkupić...
Przecięli Złotą Aleję, główną arterię miasta. Wyglądała zdecydowanie lepiej niż dzielnica portowa. Praktycznie tak, jak ją Dashril zapamiętał, chociaż kiedyś ludzi kręciło się tu więcej, nawet o tak późnej porze.
- Poczekaj, Krecie, aż zobaczysz Labirynt - uśmiechnął się Savor, któremu najwyraźniej schlebiała funkcja miejskiego przewodnika. - Tam to się dopiero... POZMIENIAŁO.
Istotnie, musieli już zbliżać się do pogorzelisk, bo zaczął ich dobiegać stłumiony odgłos pokrzykiwań ludzi zgromadzonych wokół areny.
_______
* - taki lokalny folklore art, coś jak połączenie muzułmańskich zdobień wersetami z Koranu z chrześcijańskimi freskami. Często w formie rzeźbionych reliefów i dopiero potem malowanych.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Zatopiony w niewesołych rozważaniach, Dashril nie poprawił przekręcenia jego - i tak fałszywego - imienia. Zniszczone zegary i fontanny, klasztory przerobione na bimbrownie, księgi używane do opakowywania butelek. I nieliczni mnisi... lojalsi... próbujący utrzymać porządek.
Było mu prawie przykro, że życzył im, by ponieśli porażkę. Jego sumienie nieco uspokajał fakt, że najwyraźniej nie szło im za dobrze. Nie, tu trzeba było czegoś więcej. W miasto trzeba było tchnąć życie, zapewnić dostęp do towarów i pieniędzy. Przywrócić cywilizację. Zebrać rozproszone frakcje i skupić je wokół jednej siły, jednej osoby - i póki co Calvin Vansen wydawał się najrozsądniejszym kandydatem. Następnie zaś, oczywiście, trzeba było opleść Nimnaros jedwabną siecią zależności wobec Archipelagu.
- Pallin jest jednym z was... czyli z kogo? - zapytał. - Nie jesteś od... lojalsów, prawda? Reprezentujecie którąś z frakcji?
Przed przybyciem do miasta, Dashril dokształcił się na temat grup, które podzieliły między siebie Nimnaros, ale nie miał zamiaru zaprzepaścić okazji usłyszenia jakie poglądy na to mają sami zainteresowani. Z rozważania wyrwały go odgłosy dobiegający od strony Labiryntu i Areny.
- Czyżbyśmy się spóźnili i już zaczęli? - zapytał.
Było mu prawie przykro, że życzył im, by ponieśli porażkę. Jego sumienie nieco uspokajał fakt, że najwyraźniej nie szło im za dobrze. Nie, tu trzeba było czegoś więcej. W miasto trzeba było tchnąć życie, zapewnić dostęp do towarów i pieniędzy. Przywrócić cywilizację. Zebrać rozproszone frakcje i skupić je wokół jednej siły, jednej osoby - i póki co Calvin Vansen wydawał się najrozsądniejszym kandydatem. Następnie zaś, oczywiście, trzeba było opleść Nimnaros jedwabną siecią zależności wobec Archipelagu.
- Pallin jest jednym z was... czyli z kogo? - zapytał. - Nie jesteś od... lojalsów, prawda? Reprezentujecie którąś z frakcji?
Przed przybyciem do miasta, Dashril dokształcił się na temat grup, które podzieliły między siebie Nimnaros, ale nie miał zamiaru zaprzepaścić okazji usłyszenia jakie poglądy na to mają sami zainteresowani. Z rozważania wyrwały go odgłosy dobiegający od strony Labiryntu i Areny.
- Czyżbyśmy się spóźnili i już zaczęli? - zapytał.
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Savor wzruszył szerokimi ramionami. Pytanie o frakcje najwyraźniej niespecjalnie mu się spodobało.
- Jesteśmy połtowi - zamiast niego odpowiedział dyplomatycznie Gorg.
- Ja tam się w politykę nie mieszam - mruknął wtedy Savor, odwracając się do Dashrila. - Inne frakcje mówią o nas "nieugięci", od dowódcy Nieugiętego, ale nie wszyscy tu go lubią. W Nimnaros jest wielki burdel. A my w porcie mamy jeszcze swój mały burdel - uśmiechnął się krzywo, kierując wzrok przed siebie.
- Tak, jesteśmy portowi. - Po chwili refleksji zgodził się z Gorgiem.
Wchodzili właśnie w rozklekotaną uliczkę, w której panował nieciekawy zapach brudu, stęchlizny i ekskrementów. Dashril mógł zobaczyć na wpół strawione ogniem ruiny i fragmenty murów, do których dobijano deskami dachy i niedbale uzupełniano brakujące ściany. Przed deszczem chroniły też rozmaite płachty i rozchybotane konstrukcje przypominające namioty.
Slumsy.
- Może jeszcze nie zaczęli, może dopiero okrzykują swoich faworytów - rzekł Savor, wsłuchując się w coraz wyraźniejszy szum podniesionych głosów, jaki dobiegał ich z areny. Na swojej drodze mijali się z innymi ludźmi, najwyraźniej też zmierzającymi w stronę areny, więc najpewniej miał rację.
Uliczka zwężała się, a szałasy ze śmieci coraz łapczywiej sięgały po każdą dostępną przestrzeń. Zaczęli iść jeden za drugim. Rozmaite kładki i dobudówki co chwila zakrywały niebo, potęgując uczucie przytłoczenia. Gdyby ktoś chciał ich zabić, miałby tutaj tysiące sposobności...
- Psst - Dashril usłyszał nagle szept zza któregoś słupa podtrzymującego piętro wybitnie brzydkiej konstrukcji. Wyłonił się chudy, zarośnięty łachmaniarz z podkrążonymi oczami. - Paju*? - zapytał.
Idący z przodu towarzysze Dashrila nie zauważyli akcji.
____
* paj - narkotyk na bazie sankry. Wpędza do Chaji.
- Jesteśmy połtowi - zamiast niego odpowiedział dyplomatycznie Gorg.
- Ja tam się w politykę nie mieszam - mruknął wtedy Savor, odwracając się do Dashrila. - Inne frakcje mówią o nas "nieugięci", od dowódcy Nieugiętego, ale nie wszyscy tu go lubią. W Nimnaros jest wielki burdel. A my w porcie mamy jeszcze swój mały burdel - uśmiechnął się krzywo, kierując wzrok przed siebie.
- Tak, jesteśmy portowi. - Po chwili refleksji zgodził się z Gorgiem.
Wchodzili właśnie w rozklekotaną uliczkę, w której panował nieciekawy zapach brudu, stęchlizny i ekskrementów. Dashril mógł zobaczyć na wpół strawione ogniem ruiny i fragmenty murów, do których dobijano deskami dachy i niedbale uzupełniano brakujące ściany. Przed deszczem chroniły też rozmaite płachty i rozchybotane konstrukcje przypominające namioty.
Slumsy.
- Może jeszcze nie zaczęli, może dopiero okrzykują swoich faworytów - rzekł Savor, wsłuchując się w coraz wyraźniejszy szum podniesionych głosów, jaki dobiegał ich z areny. Na swojej drodze mijali się z innymi ludźmi, najwyraźniej też zmierzającymi w stronę areny, więc najpewniej miał rację.
Uliczka zwężała się, a szałasy ze śmieci coraz łapczywiej sięgały po każdą dostępną przestrzeń. Zaczęli iść jeden za drugim. Rozmaite kładki i dobudówki co chwila zakrywały niebo, potęgując uczucie przytłoczenia. Gdyby ktoś chciał ich zabić, miałby tutaj tysiące sposobności...
- Psst - Dashril usłyszał nagle szept zza któregoś słupa podtrzymującego piętro wybitnie brzydkiej konstrukcji. Wyłonił się chudy, zarośnięty łachmaniarz z podkrążonymi oczami. - Paju*? - zapytał.
Idący z przodu towarzysze Dashrila nie zauważyli akcji.
____
* paj - narkotyk na bazie sankry. Wpędza do Chaji.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Dashril zawahał się na moment, po czym ruszył dalej. Zapamiętał jednak miejsce i powiedział sobie, że wróci tu później. Miał swoją działkę paju - wszak ustalił, że postępy w misji będzie składał w Chaji Deminowi - jednak dobrze było wiedzieć, że istnieje źródło do uzupełnienia zapasów tej substancji.
Nie chciał jednak kupować jej teraz, pod nosem Gorga i reszty. Póki co ich towarzystwo mu odpowiadało i byli przydatni, a nie wiedział jakie jest ich podejście do paju i sancry.
Przyspieszył, doganiając nowych towarzyszy.
- Uroczo tu - powiedział, z trudem maskując niesmak. - Te... warunki nie odstraszają klientów od Areny?
Cztery lata. Archipelag również często rozdzierały konflikty między frakcjami - sam Dashril był zaangażowany w dwie wojny domowe - ale myśl, że takie śmietnisko istniałoby w stolicy przez lata, była nie do pomyślenia. Może mieszkańcy wysp mieli po prostu większe poczucie estetyki. A może problemem Nimnaros było, że wszystkie te ścierające się grupy interesu były zamknięte w tym jednym mieście.
- Miasto wyludniło się, prawda? - zapytał. - To czemu ci ludzie... - zatoczył ręką gest, wskazując na namioty - nie wprowadzą się do opuszczonych budynków?
Nie chciał jednak kupować jej teraz, pod nosem Gorga i reszty. Póki co ich towarzystwo mu odpowiadało i byli przydatni, a nie wiedział jakie jest ich podejście do paju i sancry.
Przyspieszył, doganiając nowych towarzyszy.
- Uroczo tu - powiedział, z trudem maskując niesmak. - Te... warunki nie odstraszają klientów od Areny?
Cztery lata. Archipelag również często rozdzierały konflikty między frakcjami - sam Dashril był zaangażowany w dwie wojny domowe - ale myśl, że takie śmietnisko istniałoby w stolicy przez lata, była nie do pomyślenia. Może mieszkańcy wysp mieli po prostu większe poczucie estetyki. A może problemem Nimnaros było, że wszystkie te ścierające się grupy interesu były zamknięte w tym jednym mieście.
- Miasto wyludniło się, prawda? - zapytał. - To czemu ci ludzie... - zatoczył ręką gest, wskazując na namioty - nie wprowadzą się do opuszczonych budynków?
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- Arystokrata się znalazł - rzucił z przekąsem Savor. - Jak kogoś nie zraża krew na arenie, to zniesie i srakę na ulicy.
- Jest jeszcze długie dojście - odezwał się Gorg wyjaśniającym tonem. - Od stłony świątyni.
Uliczka rozszerzyła się niespodziewanie i Dashril zobaczył to, co niegdyś było amfiteatrem. Przeraził się trochę, najwyraźniej nie tak sobie wyobrażając ten event.
Panował chaos, część ludzi stała lub chodziła wokół, część siedziała na stopniach, niektórzy uderzali stopami w posadzkę lub dłońmi o uda. Ilość krzyczących ludzi wcale nie wskazywała na to, że miasto się wyludniło. Wokół areny powbijane były pale, włócznie i wysokie pochodnie. Podarte strzępy szmat łopotały na co niektórych z nich. Na innych... zaraz, czy to była głowa?
Również goście areny nie przypominali dawnych amatorów poezji śpiewanej, którzy kiedyś przychodzili tu obcować ze sztuką. Potężni mężczyźni o dzikich oczach, nierzadko bez koszul, czasem też wymalowani wzorami z czerwonego barwnika. Obok nich brudasy w łachmanach, zapuszczeni brodacze i tajemniczy, zakapturzeni goście. Cała ta mozaika poprzetykana była zwyczajnie ubranymi obywatelami. Wszystko skąpane było w migotliwym, rzucającym niespokojne cienie świetle pochodni tak, że obraz, jaki się tu malował, przypominał bardziej tajemnicze obrzędy prymitywnych ludów aniżeli wydarzenie kulturalne. A do tego powietrze było aż gęste od zapachu potu i nieczęsto zażywających kąpieli ludzi.
- Valkir! Valkir! - Savor ochoczo wpadł w klimat i dołączył do skandowania, za każdym razem unosząc pięść w górę.
- Miasto się wyludniło tylko na początku! - Gorg krzyknął Dashrilowi do ucha. Przejął rolę Savora, rozumiejąc, że na niego już raczej nie będzie można liczyć. - Potem przybyli uciekinierzy ze wschodu! I wszystko się zmieniło! Nie ma już pustych...
Jego wyjaśnienia zostały przerwane donośnym waleniem w bęben. Ludzie ucichli stopniowo. Zaczęli też siadać na swoje miejsca. Ponad ich głowami, Dashril w końcu zobaczył środek areny.
Stało tam dwóch ludzi. Jednym z nich był na pewno Valkir. Dumny wojownik, z wysoko podniesionym czołem i wypiętą, naznaczoną blizną od cięcia klatą, uśmiechał się pewnie i co jakiś czas podnosił dłoń, by pozdrowić swoich. Z tatuażami na potężnych plecach i ramionach wyglądał jak młody bóg, choć jego jasnobrązowa broda zdradzała już pierwsze oznaki siwienia.
Drugim był prowadzący imprezę, konferansjer, sędzia lub arbiter, a może wszystko to w jednej osobie. Ubrany był w bardziej elegancki, choć wciąż pasujący do arenowego klimatu strój, w jednym ręku trzymał zmięty pergamin, a w drugim kij. Ogolony wyglądał na młodszego niż był w rzeczywistości, ale jego zmęczone, przymarszczone oczy zdradzały prawdziwy wiek.
- Jego rywalem będzie tak słynny jak krwiożerczy... Fuuuuutrzaak! - Ogłosił na pełne gardło, wyciągając dłoń w stronę wejścia na arenę. Wejścia, którym właśnie wkraczał... Co wkraczało? Człowiek - tygrys?
Arena wybuchła nieopisaną wrzawą. Jedni buczeli, inni krzyczeli imię stwora. Widać było, że Futrzak budził tutaj ogromne emocje.
Zapatrzony w mreza Dashril poczuł, jak Gorg szarpie go za rękaw, próbując dać do zrozumienia, żeby szedł za nim szukać miejsca siedzącego na stopniach areny. Savor już się gdzieś zgubił w tłumie.
- Jest jeszcze długie dojście - odezwał się Gorg wyjaśniającym tonem. - Od stłony świątyni.
Uliczka rozszerzyła się niespodziewanie i Dashril zobaczył to, co niegdyś było amfiteatrem. Przeraził się trochę, najwyraźniej nie tak sobie wyobrażając ten event.
Panował chaos, część ludzi stała lub chodziła wokół, część siedziała na stopniach, niektórzy uderzali stopami w posadzkę lub dłońmi o uda. Ilość krzyczących ludzi wcale nie wskazywała na to, że miasto się wyludniło. Wokół areny powbijane były pale, włócznie i wysokie pochodnie. Podarte strzępy szmat łopotały na co niektórych z nich. Na innych... zaraz, czy to była głowa?
Również goście areny nie przypominali dawnych amatorów poezji śpiewanej, którzy kiedyś przychodzili tu obcować ze sztuką. Potężni mężczyźni o dzikich oczach, nierzadko bez koszul, czasem też wymalowani wzorami z czerwonego barwnika. Obok nich brudasy w łachmanach, zapuszczeni brodacze i tajemniczy, zakapturzeni goście. Cała ta mozaika poprzetykana była zwyczajnie ubranymi obywatelami. Wszystko skąpane było w migotliwym, rzucającym niespokojne cienie świetle pochodni tak, że obraz, jaki się tu malował, przypominał bardziej tajemnicze obrzędy prymitywnych ludów aniżeli wydarzenie kulturalne. A do tego powietrze było aż gęste od zapachu potu i nieczęsto zażywających kąpieli ludzi.
- Valkir! Valkir! - Savor ochoczo wpadł w klimat i dołączył do skandowania, za każdym razem unosząc pięść w górę.
- Miasto się wyludniło tylko na początku! - Gorg krzyknął Dashrilowi do ucha. Przejął rolę Savora, rozumiejąc, że na niego już raczej nie będzie można liczyć. - Potem przybyli uciekinierzy ze wschodu! I wszystko się zmieniło! Nie ma już pustych...
Jego wyjaśnienia zostały przerwane donośnym waleniem w bęben. Ludzie ucichli stopniowo. Zaczęli też siadać na swoje miejsca. Ponad ich głowami, Dashril w końcu zobaczył środek areny.
Stało tam dwóch ludzi. Jednym z nich był na pewno Valkir. Dumny wojownik, z wysoko podniesionym czołem i wypiętą, naznaczoną blizną od cięcia klatą, uśmiechał się pewnie i co jakiś czas podnosił dłoń, by pozdrowić swoich. Z tatuażami na potężnych plecach i ramionach wyglądał jak młody bóg, choć jego jasnobrązowa broda zdradzała już pierwsze oznaki siwienia.
Drugim był prowadzący imprezę, konferansjer, sędzia lub arbiter, a może wszystko to w jednej osobie. Ubrany był w bardziej elegancki, choć wciąż pasujący do arenowego klimatu strój, w jednym ręku trzymał zmięty pergamin, a w drugim kij. Ogolony wyglądał na młodszego niż był w rzeczywistości, ale jego zmęczone, przymarszczone oczy zdradzały prawdziwy wiek.
- Jego rywalem będzie tak słynny jak krwiożerczy... Fuuuuutrzaak! - Ogłosił na pełne gardło, wyciągając dłoń w stronę wejścia na arenę. Wejścia, którym właśnie wkraczał... Co wkraczało? Człowiek - tygrys?
Arena wybuchła nieopisaną wrzawą. Jedni buczeli, inni krzyczeli imię stwora. Widać było, że Futrzak budził tutaj ogromne emocje.
Zapatrzony w mreza Dashril poczuł, jak Gorg szarpie go za rękaw, próbując dać do zrozumienia, żeby szedł za nim szukać miejsca siedzącego na stopniach areny. Savor już się gdzieś zgubił w tłumie.
-
Denadareth
- Posty: 1146
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- A to co? Głowy? - Dashril zapytał, przeciskając się przez tłum za Gorgiem.
W końcu zasiedli na obłupanym kamieniu. Ciężki, ciepły płaszcz chronił nieco wyspiarza od promieniującego od siedzenia chłodu, ale wyglądało na to, że publiczność zagrzewały jedynie emocje.
- Mrez? Rzadko ich się widuje u nas, na wyspach - powiedział. - Dużo ich tu macie?
W końcu zasiedli na obłupanym kamieniu. Ciężki, ciepły płaszcz chronił nieco wyspiarza od promieniującego od siedzenia chłodu, ale wyglądało na to, że publiczność zagrzewały jedynie emocje.
- Mrez? Rzadko ich się widuje u nas, na wyspach - powiedział. - Dużo ich tu macie?
Veni, rescripsi, discessi
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- Eee, niee, jedna tylko - uśmiechnął się Gorg. Jego uśmiech z co drugim zębem nie wyglądał zbyt pięknie. - Był łaz taki jeden, co złamał zasady walki - wyjaśnił.
- A jakie są zasady? - spytał Dashril, oglądając się raz jeszcze na zatkniętą na włóczni głowę nieszczęśnika.
- Płooste, nie ma niedozwolonych błoni, magii... Ten, co tu wisi, nałykał się jakiejś mikstuły przed walką, ale ałbiteł to wyczuł i tłum wpadł w szał. Dobrze, skutecznie zniechęca to kolejnych cwaniaczków - podsumował wuj Savora.
Futrzak prezentował się tymczasem na arenie, pokazując wszystkim i stając naprzeciw rywala.
Valkir uderzył pięścią w otwartą drugą dłoń. Obaj wojownicy przywitali się skinieniem głowy.
- To jedyny młez, jakiego tu widziałem - mówił w tym czasie Gorg.
Bębny zabrzmiały jeszcze raz, obwieszczając światu początek wielkiego wydarzenia. Ludzie ucichli nieznacznie, a walczący zaczęli się obchodzić, łypiąc na siebie wzajemnie.
Jeszcze tylko trzy finalne uderzenia bębna... pierwsze, drugie...
Futrzak zniżył się i uszczelnił gardę.
Trzecie, najgłośniejsze.
Walka rozpoczęła się. I co dziwne, to nie kot, ale Valkir pierwszy skoczył na swego przeciwnika.
- A jakie są zasady? - spytał Dashril, oglądając się raz jeszcze na zatkniętą na włóczni głowę nieszczęśnika.
- Płooste, nie ma niedozwolonych błoni, magii... Ten, co tu wisi, nałykał się jakiejś mikstuły przed walką, ale ałbiteł to wyczuł i tłum wpadł w szał. Dobrze, skutecznie zniechęca to kolejnych cwaniaczków - podsumował wuj Savora.
Futrzak prezentował się tymczasem na arenie, pokazując wszystkim i stając naprzeciw rywala.
Valkir uderzył pięścią w otwartą drugą dłoń. Obaj wojownicy przywitali się skinieniem głowy.
- To jedyny młez, jakiego tu widziałem - mówił w tym czasie Gorg.
Bębny zabrzmiały jeszcze raz, obwieszczając światu początek wielkiego wydarzenia. Ludzie ucichli nieznacznie, a walczący zaczęli się obchodzić, łypiąc na siebie wzajemnie.
Jeszcze tylko trzy finalne uderzenia bębna... pierwsze, drugie...
Futrzak zniżył się i uszczelnił gardę.
Trzecie, najgłośniejsze.
Walka rozpoczęła się. I co dziwne, to nie kot, ale Valkir pierwszy skoczył na swego przeciwnika.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Publiczność ponownie podniosła dudniący w płucach wrzask. Nie było sposób przewidzieć, czy była to reakcja na początek walki, czy też na nader agresywny start lokalnego faworyta. Valkir w kilku rześkich susach pokonał dystans dzielący go od Mreza, po czym z wyraźną pewnością siebie zaczął okładać go pięściami. Ataki były szybkie, lecz jednocześnie oszczędne w samych ruchach. Pomimo tłumu skandującego wściekle jego imię, dla wprawnego oka wojownik nie zapędzał się w swoim natarciu za daleko.
Podobnie walkę zaczął sam Mrez. Kryjąc głowę za szczelną gardą tańczył jedynie pod gradem szybkich ciosów, z początku blokując je wszystkie. W którymś momencie jednak, zupełnie nagle opuścił egzotyczną gardę i zaczął unikać spadających na niego razów. Wrzawa dodatkowo przybrała na sile, kiedy Futrzak dawał popis swojej kociej gracji i szybkości. Chociaż postawa była widowiskowa, nie dało się nie zauważyć, że oddawał Valkirowi metr za metrem i był zdecydowanie w odwrocie.
Ten, w ogóle nie zmęczony, kontynuował swoje natarcie, przeplatając szybkie, niedbałe uderzenia coraz silniejszymi, pomału włączając w to również kopnięcia. Raz z lewej, raz z prawej, Mrez kilkukrotnie został zmuszony do bolesnego brania ich na ramię - lecz po jednym z takich kopniaków Futrzak wystrzelił do przodu, wymierzając Valkirowi nader szybki lewy sierpowy. Mężczyzna, również odznaczając się fantastyczną prędkością, pochwycił łapę tygrysa. Odwdzięczył się pięknym za nadobne, wyprowadzając swój własny cios - tym razem to Mrez złapał jego kułak.
Publiczność wyła z podekscytowania, kiedy wojownicy zamarli w niemal zapaśniczym uścisku, próbując przepchnąć jeden drugiego. Tym razem jednak to kot zdawał się mieć przewagę - z coraz większą siłą napierał na Valkira i teraz to on musiał oddawać tygrysowi grunt. W końcu ugiął się pod nieludzką krzepą Mreza i przewrócił się, nie puszczając jednak go z morderczych objęć. Gladiatorzy przeturlali się po ziemi, wzbijając w powietrze piach i bitewny kurz. Wyglądało jednak na to, że to Valkir wyszedł z tych zapasów zwycięsko - przygniótł przeciwnika własnym ciężarem do ziemi, po czym przywalił mu z pięści prosto w pysk. Głowa Mreza aż odskoczyła do tyłu, lecz zanim nadszedł kolejny atak, Futrzak wykorzystał impet upadku do zrzucenia Valkira z siebie, kopnąwszy go w brzuch tylną łapą.
Obydwaj wojownicy zerwali się na równe nogi, lecz postura Mreza zdawała się być dziwnie chwiejna. Białe futro na jego pysku i piersi nabierało czerwonej barwy. Stadion aż trząsł się od tłumu skandującego imię mężczyzny, kiedy ten ponownie rzucił się do ataku. Tym razem Futrzak jakby dał się zaskoczyć - Valkir dosięgnął go kopniakiem w lewe kolano. Uderzenie nie było czyste, jednak wystarczyło, by rozchwiać i tak niepewną posturę Mreza i wyprowadzić prawy prosty na już poraniony pysk. Kot raz jeszcze zachwiał się po potężnym ciosie, który doświadczony zawodnik dodatkowo poprawił silnym kopniakiem wymierzonym prosto pod jego żebra. Atak dosięgnął celu.
Trybuny aż huczały od aplauzu i donośnego buczenia, kiedy Futrzak zatoczył się do tyłu i upadł na klęczki, brocząc krwią z rozoranego pyska. Okrzyków arbitra w ogóle nie dało się usłyszeć, kiedy wbiegał między kombatantów, odgradzając jednego od drugiego kijem. Valkir stanął w tryumfalnej pozie, lekceważąco odwracając się od Mreza tyłem, podczas gdy sam arbiter doglądał jego ran. Coś zabłysło w jego rozpostartych dłoniach - pomimo odległości, która dzieliła go od trybun, wprawne oko mogło rozpoznać w tym kastet; niechybnie zresztą naostrzony.
Mrez podniósł się z ziemi - coś się jednak zmieniło. Valkir z pewnym siebie uśmiechem odwrócił się do niego z powrotem, podnosząc gardę. Futrzak stał jednak w egzotycznej, dziwnie obniżonej posturze, z szeroko rozpostartymi łapami. Nabierając powietrza w płuca zaryczał donośnie - tak donośnie, że aż głośniej od gawiedzi na trybunach. Widać było, że ciężko dyszał - widać jednak było również obnażone we wściekłym grymasie kły, jak i splamione jego własną krwią futro.
W akompaniamencie wrzawy publiczności Valkir raz jeszcze przeszedł do ataku - który skończył się tak szybko, jak się zaczął. Z nieludzką gibkością Mrez zanurkował pod jego ciosem, a następnie wymierzył mężczyźnie potężny cios prosto w podbródek, rozbijając jego gardę i powstrzymując próby kontrataku. Futrzak następnie z siłą kopnął z kolana pod same żebra - Valkir aż zamarł pod wpływem tego ataku. Na jego nieszczęście, Mrez na tym nie poprzestał. Na jego głowę spadła kawalkada prostych i sierpowych, raz jedną, raz drugą łapą, zakończona nader wysokim kopniakiem prosto w głowę.
Valkir był potężnym mężczyzną. Chociaż zataczał się i słaniał, otumaniony tak agresywnym kontratakiem, ustał go w całości - aż do momentu, w którym Mrez z doskoku uderzył go łokciem w brzuch, po czym łapiąc go za rękę, z potężnym rykiem przerzucił go sobie nad głową, z całej siły miotając nim o ziemię, na której zamarł. W tym momencie było już po walce - raz jeszcze arbiter wdarł się między wojowników ze swoim kijem, a rozwścieczonego Mreza od tyłu pochwyciła nawet nie dwójka, a trójka dryblasów, do tej pory pilnujących gości na trybunach, z trudem unieruchamiając go do czasu werdyktu.
Podobnie walkę zaczął sam Mrez. Kryjąc głowę za szczelną gardą tańczył jedynie pod gradem szybkich ciosów, z początku blokując je wszystkie. W którymś momencie jednak, zupełnie nagle opuścił egzotyczną gardę i zaczął unikać spadających na niego razów. Wrzawa dodatkowo przybrała na sile, kiedy Futrzak dawał popis swojej kociej gracji i szybkości. Chociaż postawa była widowiskowa, nie dało się nie zauważyć, że oddawał Valkirowi metr za metrem i był zdecydowanie w odwrocie.
Ten, w ogóle nie zmęczony, kontynuował swoje natarcie, przeplatając szybkie, niedbałe uderzenia coraz silniejszymi, pomału włączając w to również kopnięcia. Raz z lewej, raz z prawej, Mrez kilkukrotnie został zmuszony do bolesnego brania ich na ramię - lecz po jednym z takich kopniaków Futrzak wystrzelił do przodu, wymierzając Valkirowi nader szybki lewy sierpowy. Mężczyzna, również odznaczając się fantastyczną prędkością, pochwycił łapę tygrysa. Odwdzięczył się pięknym za nadobne, wyprowadzając swój własny cios - tym razem to Mrez złapał jego kułak.
Publiczność wyła z podekscytowania, kiedy wojownicy zamarli w niemal zapaśniczym uścisku, próbując przepchnąć jeden drugiego. Tym razem jednak to kot zdawał się mieć przewagę - z coraz większą siłą napierał na Valkira i teraz to on musiał oddawać tygrysowi grunt. W końcu ugiął się pod nieludzką krzepą Mreza i przewrócił się, nie puszczając jednak go z morderczych objęć. Gladiatorzy przeturlali się po ziemi, wzbijając w powietrze piach i bitewny kurz. Wyglądało jednak na to, że to Valkir wyszedł z tych zapasów zwycięsko - przygniótł przeciwnika własnym ciężarem do ziemi, po czym przywalił mu z pięści prosto w pysk. Głowa Mreza aż odskoczyła do tyłu, lecz zanim nadszedł kolejny atak, Futrzak wykorzystał impet upadku do zrzucenia Valkira z siebie, kopnąwszy go w brzuch tylną łapą.
Obydwaj wojownicy zerwali się na równe nogi, lecz postura Mreza zdawała się być dziwnie chwiejna. Białe futro na jego pysku i piersi nabierało czerwonej barwy. Stadion aż trząsł się od tłumu skandującego imię mężczyzny, kiedy ten ponownie rzucił się do ataku. Tym razem Futrzak jakby dał się zaskoczyć - Valkir dosięgnął go kopniakiem w lewe kolano. Uderzenie nie było czyste, jednak wystarczyło, by rozchwiać i tak niepewną posturę Mreza i wyprowadzić prawy prosty na już poraniony pysk. Kot raz jeszcze zachwiał się po potężnym ciosie, który doświadczony zawodnik dodatkowo poprawił silnym kopniakiem wymierzonym prosto pod jego żebra. Atak dosięgnął celu.
Trybuny aż huczały od aplauzu i donośnego buczenia, kiedy Futrzak zatoczył się do tyłu i upadł na klęczki, brocząc krwią z rozoranego pyska. Okrzyków arbitra w ogóle nie dało się usłyszeć, kiedy wbiegał między kombatantów, odgradzając jednego od drugiego kijem. Valkir stanął w tryumfalnej pozie, lekceważąco odwracając się od Mreza tyłem, podczas gdy sam arbiter doglądał jego ran. Coś zabłysło w jego rozpostartych dłoniach - pomimo odległości, która dzieliła go od trybun, wprawne oko mogło rozpoznać w tym kastet; niechybnie zresztą naostrzony.
Mrez podniósł się z ziemi - coś się jednak zmieniło. Valkir z pewnym siebie uśmiechem odwrócił się do niego z powrotem, podnosząc gardę. Futrzak stał jednak w egzotycznej, dziwnie obniżonej posturze, z szeroko rozpostartymi łapami. Nabierając powietrza w płuca zaryczał donośnie - tak donośnie, że aż głośniej od gawiedzi na trybunach. Widać było, że ciężko dyszał - widać jednak było również obnażone we wściekłym grymasie kły, jak i splamione jego własną krwią futro.
W akompaniamencie wrzawy publiczności Valkir raz jeszcze przeszedł do ataku - który skończył się tak szybko, jak się zaczął. Z nieludzką gibkością Mrez zanurkował pod jego ciosem, a następnie wymierzył mężczyźnie potężny cios prosto w podbródek, rozbijając jego gardę i powstrzymując próby kontrataku. Futrzak następnie z siłą kopnął z kolana pod same żebra - Valkir aż zamarł pod wpływem tego ataku. Na jego nieszczęście, Mrez na tym nie poprzestał. Na jego głowę spadła kawalkada prostych i sierpowych, raz jedną, raz drugą łapą, zakończona nader wysokim kopniakiem prosto w głowę.
Valkir był potężnym mężczyzną. Chociaż zataczał się i słaniał, otumaniony tak agresywnym kontratakiem, ustał go w całości - aż do momentu, w którym Mrez z doskoku uderzył go łokciem w brzuch, po czym łapiąc go za rękę, z potężnym rykiem przerzucił go sobie nad głową, z całej siły miotając nim o ziemię, na której zamarł. W tym momencie było już po walce - raz jeszcze arbiter wdarł się między wojowników ze swoim kijem, a rozwścieczonego Mreza od tyłu pochwyciła nawet nie dwójka, a trójka dryblasów, do tej pory pilnujących gości na trybunach, z trudem unieruchamiając go do czasu werdyktu.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation