Arya wraca do domu z T'jarthem na ramionach, lecz ten jest ciężko ranny. Zmiennokształtny przybrał też postać chłopca o drobnej budowie ciała, blond włosach, zielonych oczach i bliźnie na policzku.
Gdy wróciła do domu zahaczyła po drodze do Yadleya - cyrulika, który bynajmniej do sympatycznych nie należał. Był gburowaty, bo zbyt wiele w życiu widział. A jednak stan Aryi nawet jego w pierwszej chwili przeraził. Całkowicie puste oczy dziewczyny w niczym nie przypominały radosnych klejnotów, którymi zazwyczaj patrzyła na świat. Blada twarz wskazywała ile przeszła, tak samo jak potworny siniak na jej krtani. W międzyczasie musiała zgubić apaszkę, ponieważ teraz fioletowy siniak nachalnie przyciągał spojrzenie. Najgorsza była jednak krwawa plama biegnąca od jej ust przez cały policzek. Ona sama zdawała się nie zdawać sobie z niej sprawy.
- Pomóż mu. - Minęła raptem chwila, by starszy mężczyzna ustąpił jej miejsca w drzwiach, które zaraz szybko zaryglował upewniając się wpierw, że nikt za nią nie przyszedł. Nie skomentował broni, jaką ze sobą miała. Nie skomentował dziwnej ręki i twarzy pacjenta. Nie skomentował, że niedawno leczył podobną ranę na torsie dorosłego mężczyzny. Pierwszy raz w życiu jednak bał się odwrócić do dziewczyny plecami.
Minęło kilka godzin, nim ustabilizował stan swojego pacjenta. Arya dostała od niego mokrą ściereczkę i ciepłą herbatę, lecz tej drugiej bardka nawet nie tknęła. Umyła się, owszem, lecz robiła to bardzo mechanicznie. Jedynie ręce myła o wiele dłużej, niż było to potrzebne, niemalże szaleńczo pocierała skórę chcąc ściągnąć z nich nieistniejące zabrudzenie. Przez resztę czasu, który Yadley poświęcał na ratowanie chłopaka ona siedziała w kącie pokoju skulona, obejmując ramionami kolana. Nie spuszczała jednak wzroku z mężczyzny, gdy ten zajmował się swoim pacjentem. Aż dreszcz go co rusz przechodził po plecach.
Kiedy T'jarth był już opatrzony, a jego sen stał się o wiele spokojniejszy dziewczyna wstała spod ściany, zabrała swoje rzeczy a jego wzięła w ramiona podnosząc z kanapy.
- Aryo, powinniście tu zost...!
- Zabieram go do domu. - Z tym tonem się nie dyskutowało. Nie, kiedy znało się dziewczynę całe życie i pierwszy raz ona zachowywała się... tak. Yadley był zszokowany, lecz równie mocno zmartwiony stanem rudowłosej. Co się do jasnej cholery wydarzyło?! Jednak jak to on nie pytał. Szybko zapakował dla niej jeszcze zapas lekarstw, które ta przyjęła skinieniem głowy.
Po powrocie do domu ułożyła chłopca kolejny raz w pokoju gościnnym. On go lubił. Mówił, że materac był wygodny. Może się ucieszy, że tu jest, kiedy się już obudzi? Upewniła się, że oddycha, po czym poszła do piwnicy po słoik dżemu. Na pewno jak się obudzi będzie bardzo głodny, prawda? Dużo się przemieniał, więc musiała zrobić dużo jedzenia. Przygotowała więc owsiankę na mleku, słodzoną miodem. Dzięki temu mogła ją szybko odgrzać. Potem położy się jeszcze na wierzch ten dżem malinowy. T'jarth lubił słodycze. Jakie dziecko nie lubiło? Musiał się tylko obudzić, żeby mogła go nakarmić. Niech się tylko obudzi... Podobnie jak pierwszej nocy gdy się poznali tak samo i teraz usiadła na krześle przy jego łóżku pilnując, czy chłopak oddycha. Jego klatka piersiowa rytmicznie się unosiła, a opatrunek dalej był czysty. To dobrze świadczyło. Siedziała tak całą noc nie zmrużywszy oczu. Czekała. Pilnowała, aż słońce zaczęło wschodzić.