Biała Dłoń
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- Widzisz, ludzie opierają się w dużym stopniu na wiedzy z ksiąg - zaczął Vausein-Qur ostrożnie. - Często są to stare księgi i nie mówią jak jest naprawdę, ale jak coś widzieli ludzie wiele lat temu.
Patrzył uważnie na Futrzaka, wypatrując jakichkolwiek zmian w jego postawie.
- Chyba najpopularniejsza księga, która opisuje mrezów, to Dzieje Calivanu. Mrezowie są w niej pokrótce tylko przedstawieni jako agresywne i niecywilizowane pokłosie magicznej wojny, która wydarzyła się w starożytności. Pisząc o was jako o stworzeniach niebezpiecznych i... niekomunikatywnych, autor skutecznie zniechęcił ludzi do podróżowania, by was odwiedzić i przekonać się, jaka jest prawda - opowiadał, uważnie dobierając słowa. - To dlatego większość ludzi tak o was myśli.
- A prawda jest taka, że jesteś człowiekiem honoru - wtrącił się niespodziewanie Daron, uśmiechając się promiennie. - Znaczy, mrezem honoru - poprawił się. - Od początku czułem, że mogę ci zaufać.
Vausein znowu spojrzał z ukosa na swojego ucznia, ale nic nie powiedział.
- Niech więc będzie, jak mówisz - kontynuował tymczasem Daron, nie zauważywszy tego. - Słuchamy, ambasadorze, jakie niesiesz wieści od swego ludu?
- I kim właściwie był twój mistrz? - dodał Vausein. Powoli wrócił do jedzenia zupy.
Daron swoją już wychłeptał i czekali tylko na starszego. Ten jednak zdawał sobie nic z tego nie robić i nadal delektował się smakiem rosołu, spożywając go wyjątkowo niespiesznie.
Patrzył uważnie na Futrzaka, wypatrując jakichkolwiek zmian w jego postawie.
- Chyba najpopularniejsza księga, która opisuje mrezów, to Dzieje Calivanu. Mrezowie są w niej pokrótce tylko przedstawieni jako agresywne i niecywilizowane pokłosie magicznej wojny, która wydarzyła się w starożytności. Pisząc o was jako o stworzeniach niebezpiecznych i... niekomunikatywnych, autor skutecznie zniechęcił ludzi do podróżowania, by was odwiedzić i przekonać się, jaka jest prawda - opowiadał, uważnie dobierając słowa. - To dlatego większość ludzi tak o was myśli.
- A prawda jest taka, że jesteś człowiekiem honoru - wtrącił się niespodziewanie Daron, uśmiechając się promiennie. - Znaczy, mrezem honoru - poprawił się. - Od początku czułem, że mogę ci zaufać.
Vausein znowu spojrzał z ukosa na swojego ucznia, ale nic nie powiedział.
- Niech więc będzie, jak mówisz - kontynuował tymczasem Daron, nie zauważywszy tego. - Słuchamy, ambasadorze, jakie niesiesz wieści od swego ludu?
- I kim właściwie był twój mistrz? - dodał Vausein. Powoli wrócił do jedzenia zupy.
Daron swoją już wychłeptał i czekali tylko na starszego. Ten jednak zdawał sobie nic z tego nie robić i nadal delektował się smakiem rosołu, spożywając go wyjątkowo niespiesznie.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Móh miszcz byh hisstorryk-antrrroporrog - wyjaśnił Mrez po krótkiej chwili - byh po Calivan podrrószzowah duszzo po Kataklisssme. On byh pisah kszonszka o rrrasssach rrrósznych, o mrrressach tesz. Bandyty byrri napadrri ukhocz-czy karrawana, ne pszeszyh.
Mrez zatrzymał się tutaj na chwilę, spoglądając na swoje odbicie w misce.
- Tamta wohna to powód drraczego duszo mrressy ssso dla czhoweek wrrrogeh. Wasza rrrasssa byh atakowacz nass, my szze brrronicz pszzed czhoweek. Poszród duszzo mrress tak nadarr hesst, arrre ne wszencze. Tak hak czhowek, mrressy szzyho w grrupach, tyrrko czhoweek nassywa to "panstfo" orrasss mrressy mnehsze. Nee buduhemy tak ogrrromnych mhaast, naszze sso mnehsze, w rrassach. Possa tym, hesst trrrokhe podobne, tyrrrko barrczo duszzo czhoweek hesst bess honorru. Fszzyssczy mrressowe poszzadaho honorr. To drra nass nahwasznehsza rzecz.
Podniósł miskę, obracając ją sobie w łapach, jakby nagle zaciekawiony starym naczyniem. Zdradzały go jednak zamyślone ślepia i skrzywiony pysk.
- Ha móh honorrr byh sstrraczih. Neh moge szzycz poszrród innykh mrressów. Ha ne byh wygrrah prrróba na wohownik. Hańba. To barrczo szre drra rodżiny. Ha byh muszzecz odeszcz. Drrratego ha hesstem terrrass tuta. Ha ne mam nicz innego nisz szycz poszrrród czhoweek.
Mrez zatrzymał się tutaj na chwilę, spoglądając na swoje odbicie w misce.
- Tamta wohna to powód drraczego duszo mrressy ssso dla czhoweek wrrrogeh. Wasza rrrasssa byh atakowacz nass, my szze brrronicz pszzed czhoweek. Poszród duszzo mrress tak nadarr hesst, arrre ne wszencze. Tak hak czhowek, mrressy szzyho w grrupach, tyrrko czhoweek nassywa to "panstfo" orrasss mrressy mnehsze. Nee buduhemy tak ogrrromnych mhaast, naszze sso mnehsze, w rrassach. Possa tym, hesst trrrokhe podobne, tyrrrko barrczo duszzo czhoweek hesst bess honorru. Fszzyssczy mrressowe poszzadaho honorr. To drra nass nahwasznehsza rzecz.
Podniósł miskę, obracając ją sobie w łapach, jakby nagle zaciekawiony starym naczyniem. Zdradzały go jednak zamyślone ślepia i skrzywiony pysk.
- Ha móh honorrr byh sstrraczih. Neh moge szzycz poszrród innykh mrressów. Ha ne byh wygrrah prrróba na wohownik. Hańba. To barrczo szre drra rodżiny. Ha byh muszzecz odeszcz. Drrratego ha hesstem terrrass tuta. Ha ne mam nicz innego nisz szycz poszrrród czhoweek.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Słuchali. Vausein kiwał głową ze zrozumieniem.
- Bolesne... - westchnął. - Czy twój mistrz był blisko ukończenia tej książki? Masz jego zapiski? Takie dzieło powinno zostać uratowane od zapomnienia.
Darona natomiast zainteresowało coś zupełnie innego.
- Jak to nie wygrałeś próby na wojownika? - zapytał wyraźnie zaskoczony. - Jesteś najlepszy u nas na arenie, bandytów dwa razy większych od siebie zagryzłeś jak psy... to co to jest za próba?
Vausein-Qur powoli kończył posiłek. Kot, którego Futrzak widział przed domem, pojawił się nagle w pokoju. Niespiesznym krokiem powędrował wzdłuż ściany i wskoczył na komodę. Usiadł na samej jej krawędzi i owinął się ogonem. Zmrużył oczka, przysłuchując się rozmowie.
- Bolesne... - westchnął. - Czy twój mistrz był blisko ukończenia tej książki? Masz jego zapiski? Takie dzieło powinno zostać uratowane od zapomnienia.
Darona natomiast zainteresowało coś zupełnie innego.
- Jak to nie wygrałeś próby na wojownika? - zapytał wyraźnie zaskoczony. - Jesteś najlepszy u nas na arenie, bandytów dwa razy większych od siebie zagryzłeś jak psy... to co to jest za próba?
Vausein-Qur powoli kończył posiłek. Kot, którego Futrzak widział przed domem, pojawił się nagle w pokoju. Niespiesznym krokiem powędrował wzdłuż ściany i wskoczył na komodę. Usiadł na samej jej krawędzi i owinął się ogonem. Zmrużył oczka, przysłuchując się rozmowie.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Mrez skinął głową pod adresem Mistrza, a potem skupił się na jego uczniu.
- Na wohownik. - Odpowiedział już nie jedyny futrzak w pomieszczeniu. - Mrressy-kaphani byh dawacz ssadania drra mhody mrress. One ssafsze... F ssadanie ssa duszzo czass ne moszze byh iszcz, bo behdże ssa póżno. My dostawacz Sssnak. Trokhe tak jakby ten, którrry ty mhecz na karrku.
Po tych słowach przejechał lewą łapą po swoim prawym przedramieniu, czesząc je pod włos.
- Tu byh bycz ten Sssnak. Czas phynie, Sssnak sssnika. Hak Sssnak ne ma, to ssnaczy, sze czass ne ma orrass Prróba pszegrana. Kaphan kassah mne iszcz do Haaha, pszyneszcz roszriny na rytuah. Haaha... ha ne whem czo sze sztaho tam. Ha byh wszedh i byh wyszedh od rrrassu. Arre Sssnak ssnikh, tesz od rasssu. Ne byho mne ssa dhuugo. I tak pszzegrrahem Prróba. Pszesss Haaha.
Futrzak odwrócił na moment spojrzenie, wpatrując się w jakiś zupełnie przypadkowy punkt. Nawet kompletnie niedoświadczeni w jego sposobie bycia Vausein i Daron wiedzieli, że wspomnienie którym Mrez właśnie się z nimi podzielił nie należało do przyjemnych. Minęło kilka chwil, nim Futrzak fuknął ze złością i raz jeszcze utkwił zimny wzrok w mistrzu i jego uczniu.
- Wysstarrczy gadania o mne. - Zakończył twardo. - Czy wy bycz ssadoworrony?
Jedną z cech Futrzaka było to, że nie krył się ze swoimi emocjami - kompletnie nie leżało to w jego naturze. Problem tkwił jednak w tym, czy Daron i Vausein potrafili je w ogóle czytać. W jednej chwili jego grymasy wszystkie wyglądały tak samo, a momentami jednak zupełnie inaczej od siebie. Nie pomagał w tym w ogóle ton jego mowy. Był jednostajny, pozbawiony normalnych cech wymowy, jedynie głębokość oddechu i natężenie warkotu zdawało się nieść jakieś przesłanki.
Kiedy tylko Vausein zakończył posiłek Mrez wstał od stołu.
- Ha posspszzontam. - Dodał, po czym nie ociągając się zaczął zbierać naczynia.
- Na wohownik. - Odpowiedział już nie jedyny futrzak w pomieszczeniu. - Mrressy-kaphani byh dawacz ssadania drra mhody mrress. One ssafsze... F ssadanie ssa duszzo czass ne moszze byh iszcz, bo behdże ssa póżno. My dostawacz Sssnak. Trokhe tak jakby ten, którrry ty mhecz na karrku.
Po tych słowach przejechał lewą łapą po swoim prawym przedramieniu, czesząc je pod włos.
- Tu byh bycz ten Sssnak. Czas phynie, Sssnak sssnika. Hak Sssnak ne ma, to ssnaczy, sze czass ne ma orrass Prróba pszegrana. Kaphan kassah mne iszcz do Haaha, pszyneszcz roszriny na rytuah. Haaha... ha ne whem czo sze sztaho tam. Ha byh wszedh i byh wyszedh od rrrassu. Arre Sssnak ssnikh, tesz od rasssu. Ne byho mne ssa dhuugo. I tak pszzegrrahem Prróba. Pszesss Haaha.
Futrzak odwrócił na moment spojrzenie, wpatrując się w jakiś zupełnie przypadkowy punkt. Nawet kompletnie niedoświadczeni w jego sposobie bycia Vausein i Daron wiedzieli, że wspomnienie którym Mrez właśnie się z nimi podzielił nie należało do przyjemnych. Minęło kilka chwil, nim Futrzak fuknął ze złością i raz jeszcze utkwił zimny wzrok w mistrzu i jego uczniu.
- Wysstarrczy gadania o mne. - Zakończył twardo. - Czy wy bycz ssadoworrony?
Jedną z cech Futrzaka było to, że nie krył się ze swoimi emocjami - kompletnie nie leżało to w jego naturze. Problem tkwił jednak w tym, czy Daron i Vausein potrafili je w ogóle czytać. W jednej chwili jego grymasy wszystkie wyglądały tak samo, a momentami jednak zupełnie inaczej od siebie. Nie pomagał w tym w ogóle ton jego mowy. Był jednostajny, pozbawiony normalnych cech wymowy, jedynie głębokość oddechu i natężenie warkotu zdawało się nieść jakieś przesłanki.
Kiedy tylko Vausein zakończył posiłek Mrez wstał od stołu.
- Ha posspszzontam. - Dodał, po czym nie ociągając się zaczął zbierać naczynia.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- Dziękuję - odrzekł Vausein-Qur, wycierając chusteczką usta. Mimo ciężkich czasów, dokładał wszelkich starań, by w tym domu panowała dawna, elegancka atmosfera jego domu rodzinnego. - Przepraszam, że miałem o tobie krzywdzące zdanie - dodał, widząc starania Futrzaka.
Daron również wstał, choć ociągał się nieco bardziej niż mrez.
- Pokażę Ci gdzie jest szczotka - zaoferował się i razem z niosącym naczynia gościem opuścił pokój.
Mistrz został sam. Mrugnął do kota, a kot zeskoczył zgrabnie z komody i podszedł do niego. Zaczął się łasić, a mistrz głaskał go w milczeniu po pyszczku i za uszami.
- Więc ty też miałeś spięcie z Chają - podjął Daron, kiedy stali nad misą z brudnymi naczyniami. - Ja zostałem wrobiony, kiedy próbowałem załatwić alchemikalia dla mistrza. Składniki do mikstur - wyjaśnił. - Pokierowano mnie do Labiryntu, a tam wpadłem w środek sytuacji, w której nie powinienem był się znaleźć. Nie dość, że widziałem, jak prowadzą jakiś podejrzany rytuał, to jeszcze im go najprawdopodobniej zaburzyłem. Od tamtej pory próbują mnie zabić. Dlatego chronię się znakiem. Ale to dziwne, nigdy tak otwarcie nie wychodzili poza Labirynt...
Daron również wstał, choć ociągał się nieco bardziej niż mrez.
- Pokażę Ci gdzie jest szczotka - zaoferował się i razem z niosącym naczynia gościem opuścił pokój.
Mistrz został sam. Mrugnął do kota, a kot zeskoczył zgrabnie z komody i podszedł do niego. Zaczął się łasić, a mistrz głaskał go w milczeniu po pyszczku i za uszami.
- Więc ty też miałeś spięcie z Chają - podjął Daron, kiedy stali nad misą z brudnymi naczyniami. - Ja zostałem wrobiony, kiedy próbowałem załatwić alchemikalia dla mistrza. Składniki do mikstur - wyjaśnił. - Pokierowano mnie do Labiryntu, a tam wpadłem w środek sytuacji, w której nie powinienem był się znaleźć. Nie dość, że widziałem, jak prowadzą jakiś podejrzany rytuał, to jeszcze im go najprawdopodobniej zaburzyłem. Od tamtej pory próbują mnie zabić. Dlatego chronię się znakiem. Ale to dziwne, nigdy tak otwarcie nie wychodzili poza Labirynt...
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Futrzak wysłuchał go uważnie i wyglądało na to, że zrozumiał wystarczająco dużo. Skinął łbem w odpowiedzi, jakby na potwierdzenie, po czym kilkukrotnie przejechał łapą nad miskami, upominając się o szczotkę. Mydło znalazł sam - niezawodny nos sam poprowadził go gdzie trzeba. Z kompletem narzędzi Mrez wziął się za zmywanie naczyń. Ogromny, barczysty, noszący szereg blizn gladiator uwijał się przy sprzątaniu - brakowało tylko fartuszka.
- Ty masz pszzesssrrrane. - Stwierdził fakt kot. - I ha w takim rrraszze tesz, orraass Beczka.
Przez chwilę było słychać tylko szorowanie i brzdęk odkładanych misek.
- Ty masz pszzesssrrrane. - Stwierdził fakt kot. - I ha w takim rrraszze tesz, orraass Beczka.
Przez chwilę było słychać tylko szorowanie i brzdęk odkładanych misek.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Daron obserwował Futrzaka przy pracy z mieszaniną podziwu i niepokoju na twarzy.
- Nie chcę w to mieszać ani ciebie, ani Beczki... To był... przypadek - odrzekł w końcu cicho.
- A może powinieneś - odezwał się znienacka mistrz Vausein, wchodząc do sieni.
Spojrzeli na niego.
- Bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy teraz ochrony - wyjaśnił. - Do tego Futrzak też ma niewyrównane rachunki z plugastwem Chaji. Mając go u boku może udałoby się nam nawet przejść do ataku - uśmiechnął się - i pozbyć się problemu raz na zawsze.
Daron był zaskoczony i przestraszony jednocześnie.
- Mam wrócić do tych kanałów?
- Albo do końca życia zasypiać z lękiem, czy jutro otworzysz w ogóle oczy - odparł spokojnie Vausein.
- A co my mielibyśmy dać Futrzakowi w zamian? - pytał dalej Daron, kompletnie wytrącony z równowagi.
- Myślę, że mam pewien pomysł. Ale najpierw chciałbym wiedzieć, co Ty, Futrzaku, o tym sądzisz.
- Nie chcę w to mieszać ani ciebie, ani Beczki... To był... przypadek - odrzekł w końcu cicho.
- A może powinieneś - odezwał się znienacka mistrz Vausein, wchodząc do sieni.
Spojrzeli na niego.
- Bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy teraz ochrony - wyjaśnił. - Do tego Futrzak też ma niewyrównane rachunki z plugastwem Chaji. Mając go u boku może udałoby się nam nawet przejść do ataku - uśmiechnął się - i pozbyć się problemu raz na zawsze.
Daron był zaskoczony i przestraszony jednocześnie.
- Mam wrócić do tych kanałów?
- Albo do końca życia zasypiać z lękiem, czy jutro otworzysz w ogóle oczy - odparł spokojnie Vausein.
- A co my mielibyśmy dać Futrzakowi w zamian? - pytał dalej Daron, kompletnie wytrącony z równowagi.
- Myślę, że mam pewien pomysł. Ale najpierw chciałbym wiedzieć, co Ty, Futrzaku, o tym sądzisz.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Mrez prychnął w odpowiedzi i wrócił do skrupulatnego mycia naczyń. Wyglądałoby nawet na to, że całkowicie odrzucił nawet taką myśl. Końcówka jego ogona kołysała się jednak to w lewo, to w prawo, a on sam w rytm tego ruchu kiwał głową.
- Da sze ssrrrobicz.
Mrez odpowiedział po chwili, odkładając szczotkę i naczynia. Odwrócił się również do nich z powrotem, łypiąc na nich z góry i zakładając muskularne, a teraz również przemoczone łapska na piersi.
- Ha myszrrre, szze ha orrass Beczka i tak tarrapaty mamy. - Spojrzał na Darona. - Moim ssdanem oni byh husz wedżecz, szze ha tam byhem i utrrrupihem ikh czhoweek. W Nimnarrross ne ma innykh mrrressów, ani tygrryssów, ani innykh duszzykh kotów; oni byh wedżecz husz na pewno, na pewno. Sskorro oni byh khczecz utrrrupicz ty, czebhe, bo ty byh szepszucz rrytuah, to mneh bedo khczecz utrrupicz ssa to, sze ha byh utrrrupihem ikh czhoweek. Ha ne uczekne od tego, ty tesz ne.
Tygrys zmrużył nieco ślepia, w głębokim zamyśleniu. Trwało to prawie minutę. Wreszcie opuścił łapy i westchnął ciężko.
- Sssrrrobe to. - Postanowił Futrzak. - Ssa atak na karrczma wy husz byh pomócz mne. Atak byhby ne byh, gdyby ne Darrron, arre ha tesz bym ne pszzeszyh, gdyby neh Darron, ani Darron byh ne pszzeszyh, gdyby ne ha. Heszrrri khczecze okhrona, ha to ssrobe, arre behde khczecz nagrrroda sssa ten tarrrapat. Arrre musze tesz wedżecz wenczeh o tym. Musze wedżecz fszzyssstko. Tyrrrko prrrosze, prrrosstymi ssshooowami. - Dodał, obnażając kły w przerażającej imitacji uśmiechu. Po momencie powrócił jednak jego poważny, zimny i trudny wyraz pyska.
- Da sze ssrrrobicz.
Mrez odpowiedział po chwili, odkładając szczotkę i naczynia. Odwrócił się również do nich z powrotem, łypiąc na nich z góry i zakładając muskularne, a teraz również przemoczone łapska na piersi.
- Ha myszrrre, szze ha orrass Beczka i tak tarrapaty mamy. - Spojrzał na Darona. - Moim ssdanem oni byh husz wedżecz, szze ha tam byhem i utrrrupihem ikh czhoweek. W Nimnarrross ne ma innykh mrrressów, ani tygrryssów, ani innykh duszzykh kotów; oni byh wedżecz husz na pewno, na pewno. Sskorro oni byh khczecz utrrrupicz ty, czebhe, bo ty byh szepszucz rrytuah, to mneh bedo khczecz utrrupicz ssa to, sze ha byh utrrrupihem ikh czhoweek. Ha ne uczekne od tego, ty tesz ne.
Tygrys zmrużył nieco ślepia, w głębokim zamyśleniu. Trwało to prawie minutę. Wreszcie opuścił łapy i westchnął ciężko.
- Sssrrrobe to. - Postanowił Futrzak. - Ssa atak na karrczma wy husz byh pomócz mne. Atak byhby ne byh, gdyby ne Darrron, arre ha tesz bym ne pszzeszyh, gdyby neh Darron, ani Darron byh ne pszzeszyh, gdyby ne ha. Heszrrri khczecze okhrona, ha to ssrobe, arre behde khczecz nagrrroda sssa ten tarrrapat. Arrre musze tesz wedżecz wenczeh o tym. Musze wedżecz fszzyssstko. Tyrrrko prrrosze, prrrosstymi ssshooowami. - Dodał, obnażając kły w przerażającej imitacji uśmiechu. Po momencie powrócił jednak jego poważny, zimny i trudny wyraz pyska.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Daron rozglądał się niespokojnie, zerkając to na mreza, to na swego mistrza. Vausein zaś wyglądał na ukontentowanego.
- Taka obstawa to będzie klasa sama w sobie - uśmiechnął się. - Chodźmy do pokoju, omówimy szczegóły.
- Ale zaraz, ja nie powiedziałem jeszcze, że ja to zrobie - wyrwało się w końcu Daronowi.
Vausein zatrzymał się wpół drogi, odwrócił i spojrzał swemu uczniowi prosto w oczy.
- Lepiej gdybyś zginął próbując, niż przeżył życie robaka skulonego w cieniu własnych strachów. - Jego głos był spokojny, ale poważny. - Nie poczynisz żadnych postępów na swej ścieżce, mając taką kulę u nogi. Więc teraz nie marudź tylko bierz tę szansę i jeszcze podziękuj Futrzakowi, że pozwoli Ci odrobić tę lekcję w swoim towarzystwie.
Choć cały ten pomysł wyraźnie nie podobał się czeladnikowi, skutecznie zamknęło mu to usta. W milczeniu wrócili do salonu.
Usiedli i nagle rozległo się pukanie do drzwi. Bardzo intensywne pukanie.
- Idź, zobacz kto to - rzucił tylko Daronowi mistrz, nie przerywając układania się na poduszkach. Kiedy już się usadowił, zetknął ze sobą końcówki palców obu dłoni i przyjaźnie zwrócił się do mreza:
- Jakiej więc nagrody oczekujesz, Futrzaku, w zamian za ochranianie mojego asystenta? Pieniędzy?
Daron obejrzał się raz jeszcze na rozmawiających, po czym ruszył w stronę drzwi wyjściowych. Wychodząc z pokoju niby od niechcenia przesunął dłonią po swoim karku.
- Taka obstawa to będzie klasa sama w sobie - uśmiechnął się. - Chodźmy do pokoju, omówimy szczegóły.
- Ale zaraz, ja nie powiedziałem jeszcze, że ja to zrobie - wyrwało się w końcu Daronowi.
Vausein zatrzymał się wpół drogi, odwrócił i spojrzał swemu uczniowi prosto w oczy.
- Lepiej gdybyś zginął próbując, niż przeżył życie robaka skulonego w cieniu własnych strachów. - Jego głos był spokojny, ale poważny. - Nie poczynisz żadnych postępów na swej ścieżce, mając taką kulę u nogi. Więc teraz nie marudź tylko bierz tę szansę i jeszcze podziękuj Futrzakowi, że pozwoli Ci odrobić tę lekcję w swoim towarzystwie.
Choć cały ten pomysł wyraźnie nie podobał się czeladnikowi, skutecznie zamknęło mu to usta. W milczeniu wrócili do salonu.
Usiedli i nagle rozległo się pukanie do drzwi. Bardzo intensywne pukanie.
- Idź, zobacz kto to - rzucił tylko Daronowi mistrz, nie przerywając układania się na poduszkach. Kiedy już się usadowił, zetknął ze sobą końcówki palców obu dłoni i przyjaźnie zwrócił się do mreza:
- Jakiej więc nagrody oczekujesz, Futrzaku, w zamian za ochranianie mojego asystenta? Pieniędzy?
Daron obejrzał się raz jeszcze na rozmawiających, po czym ruszył w stronę drzwi wyjściowych. Wychodząc z pokoju niby od niechcenia przesunął dłonią po swoim karku.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Mrez nadstawiał uszu, sprawiając wrażenie nieco zaniepokojonego. Nie odpowiedziawszy Vauseinowi niczym więcej niż znaczącym, długim spojrzeniem podszedł do swojego plecaka, wyciągając z niego długi, błyszczący przedmiot. Sztylet. Krzyżując raz jeszcze ręce na swojej piersi oparł się grzbietem o ścianę i wziął głęboki oddech - przy okazji boleśnie przypominając sobie o opatrunku na swoim boku. Skrzywił się nieco.
- Na fszerrki wypadek. - Powiedział do mistrza, po czym ostrożnie podjął rozmowę, wciąż jednak uważnie nasłuchując i mówiąc znacznie ciszej niż wcześniej. - Kassa pomosze Becz-cze, arre ne mne. Na rrremont w karczma po ataku.
Mrez na chwilę przeniósł wzrok na oparty o ścianę stary łuk, który wyglądał tak, jakby miał się zaraz rozlecieć w oczach. Futrzak wyraźnie się zawahał, jednak kontynuował negocjacje. Z jednej strony był czujny i ostrożny z powodu gości u drzwi. Z drugiej sprawiał wrażenie kogoś, kto nie ma żadnego doświadczenia w jakichkolwiek pertraktacjach. Wyglądało to co najmniej dziwnie, kiedy Mrez jak gdyby nigdy nic przedstawiał swoje żądania, jednocześnie przygotowując się do walki, która równie dobrze mogła nie nadejść.
- Ha sssrrrobeh to ssa trokhe kassa, doprrr uk, ssstszza-y orrass menso drra mne na szedem dni. - Dodał w końcu, ponownie skupiając się na dźwiękach z korytarza.
- Na fszerrki wypadek. - Powiedział do mistrza, po czym ostrożnie podjął rozmowę, wciąż jednak uważnie nasłuchując i mówiąc znacznie ciszej niż wcześniej. - Kassa pomosze Becz-cze, arre ne mne. Na rrremont w karczma po ataku.
Mrez na chwilę przeniósł wzrok na oparty o ścianę stary łuk, który wyglądał tak, jakby miał się zaraz rozlecieć w oczach. Futrzak wyraźnie się zawahał, jednak kontynuował negocjacje. Z jednej strony był czujny i ostrożny z powodu gości u drzwi. Z drugiej sprawiał wrażenie kogoś, kto nie ma żadnego doświadczenia w jakichkolwiek pertraktacjach. Wyglądało to co najmniej dziwnie, kiedy Mrez jak gdyby nigdy nic przedstawiał swoje żądania, jednocześnie przygotowując się do walki, która równie dobrze mogła nie nadejść.
- Ha sssrrrobeh to ssa trokhe kassa, doprrr uk, ssstszza-y orrass menso drra mne na szedem dni. - Dodał w końcu, ponownie skupiając się na dźwiękach z korytarza.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Milcząc, mistrz kiwnął głową z uznaniem, kiedy Futrzak sięgał po sztylet. Sam jednak nie wyglądał na zaniepokojonego gośćmi.
- W siedem dni powinniście dać radę rozwikłać te... tarapaty - zgodził się. - Możesz tu zostać i jeść z nami posiłki, ale nie zawsze będzie to mięso... Nie jestem w stanie też dać ci łuku ani strzał, ale mogę dać pieniądze, za które wszystko to sobie kupisz. Nie mam ich wystarczająco, żeby dać wszystko od razu, ale mam jeszcze inną...
W tym momencie do pokoju wparował Daron. Na jego twarzy widać było konsternację i przejęcie.
- Jest potrzebna natychmiastowa pomoc - rzucił na wejściu.
Vausein-Qur bez słowa zaczął się podnosić.
- Tylko że... - zawahał się Daron, patrząc na Futrzaka. - ...potrzebuje jej Valkir. On umiera.
- W siedem dni powinniście dać radę rozwikłać te... tarapaty - zgodził się. - Możesz tu zostać i jeść z nami posiłki, ale nie zawsze będzie to mięso... Nie jestem w stanie też dać ci łuku ani strzał, ale mogę dać pieniądze, za które wszystko to sobie kupisz. Nie mam ich wystarczająco, żeby dać wszystko od razu, ale mam jeszcze inną...
W tym momencie do pokoju wparował Daron. Na jego twarzy widać było konsternację i przejęcie.
- Jest potrzebna natychmiastowa pomoc - rzucił na wejściu.
Vausein-Qur bez słowa zaczął się podnosić.
- Tylko że... - zawahał się Daron, patrząc na Futrzaka. - ...potrzebuje jej Valkir. On umiera.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Futrzak uniósł brwi i przechylił łeb.
- Czekawe. - Odparł po krótkiej chwili.
Kot nie wyglądał ani na zaskoczonego, ani na wściekłego, ani na przestraszonego. Przypisać mu można było co najwyżej lekkie zdziwienie. Opuścił wcześniej podniesione łapy, chociaż nadal nie schował zdobycznego sztyletu, błyskającego złowrogo w półmroku pomieszczenia.
- Ha ne rrrossumem, czy to rrobi hakasz rrrószznicza drra was? - Zapytał Futrzak, patrząc między Daronem a Vauseinem.
- Czekawe. - Odparł po krótkiej chwili.
Kot nie wyglądał ani na zaskoczonego, ani na wściekłego, ani na przestraszonego. Przypisać mu można było co najwyżej lekkie zdziwienie. Opuścił wcześniej podniesione łapy, chociaż nadal nie schował zdobycznego sztyletu, błyskającego złowrogo w półmroku pomieszczenia.
- Ha ne rrrossumem, czy to rrobi hakasz rrrószznicza drra was? - Zapytał Futrzak, patrząc między Daronem a Vauseinem.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Vausein zbierał już swoje rzeczy do torby.
- Nie robi, biegniemy - rzucił tylko, krzątając się od pokoju do pokoju, na tyle szybko, na ile pozwalał mu nienajmłodszy już wiek.
Daron w końcu wyrwał się z zawiechy i też dołączył do przygotowań.
- Co dokładnie się stało? - spytał mistrz, nie odwracając głowy.
- On jest u kapłanek Illany. Próbowały nastawiać mu kręgi, ale nadwyrężyły nerwy, jest jeszcze gorzej, a może i krwawi do środka... Teraz boją się tego ruszać, żeby nie sparaliżować, albo co gorsza, zabić. A on słabnie - odpowiedział z przejęciem Daron, wkładając buty.
- Niech to smok pochłonie... Odkąd siostra Geleida zmarła, nie powinny się w ogóle za kręgosłupy zabierać... - westchnął Vausein, po czym zwrócił się do mreza.
- Futrzaku, wybacz, że nasza gościna się tak urywa. Z wiadomych powodów byłoby dobrze, gdybyś nie szedł z nami, więc... proponuję, abyśmy zobaczyli się jutro po południu. Dokończymy naszą umowę.
- Nie robi, biegniemy - rzucił tylko, krzątając się od pokoju do pokoju, na tyle szybko, na ile pozwalał mu nienajmłodszy już wiek.
Daron w końcu wyrwał się z zawiechy i też dołączył do przygotowań.
- Co dokładnie się stało? - spytał mistrz, nie odwracając głowy.
- On jest u kapłanek Illany. Próbowały nastawiać mu kręgi, ale nadwyrężyły nerwy, jest jeszcze gorzej, a może i krwawi do środka... Teraz boją się tego ruszać, żeby nie sparaliżować, albo co gorsza, zabić. A on słabnie - odpowiedział z przejęciem Daron, wkładając buty.
- Niech to smok pochłonie... Odkąd siostra Geleida zmarła, nie powinny się w ogóle za kręgosłupy zabierać... - westchnął Vausein, po czym zwrócił się do mreza.
- Futrzaku, wybacz, że nasza gościna się tak urywa. Z wiadomych powodów byłoby dobrze, gdybyś nie szedł z nami, więc... proponuję, abyśmy zobaczyli się jutro po południu. Dokończymy naszą umowę.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Mrez stanowczym, zdecydowanym ruchem skinął głową w odpowiedzi, po czym rozpoczął swoje własne przygotowania. Podczas gdy mężczyźni zbierali wszelkie medykamenty i narzędzia ratowania życia, Futrzak podnosił narzędzia do jego zabierania. Z plecakiem ciężkim od broni oraz starym łukiem na grzbiecie zdrową łapą osłonił głowę kapturem i stanął w sieni.
- Ha czemkuhe ssa pomocz. - Powiedział jeszcze pod ich adresem, gotowy do drogi.
- Ha czemkuhe ssa pomocz. - Powiedział jeszcze pod ich adresem, gotowy do drogi.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Eldrioński medyk zarzucił na Darona ciężką torbę, po czym wszyscy wyszli na zewnątrz. Czekała tam jedna z młodych kapłanek bogini życia, Illany. Wyraz jej ślicznej twarzy zdradzał zatroskanie i wstyd, a kiedy z sieni wyłonił się Futrzak, do tej puli dołączył także strach.
Mistrz zakluczył drzwi i odwrócił się do mreza.
- To była przyjemność cię poznać - ukłonił się, ściskając mu dłoń.
- Do zobaczenia jutro, kocie - Daron uśmiechnął się, klepiąc Futrzaka w zdrowe ramię.
Nie oglądając się, szybkim krokiem ruszyli za prowadzącą ich siostrą.
Mistrz zakluczył drzwi i odwrócił się do mreza.
- To była przyjemność cię poznać - ukłonił się, ściskając mu dłoń.
- Do zobaczenia jutro, kocie - Daron uśmiechnął się, klepiąc Futrzaka w zdrowe ramię.
Nie oglądając się, szybkim krokiem ruszyli za prowadzącą ich siostrą.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Mrez fuknął jedynie pod ich adresem w ramach pożegnania i odprowadził ich spojrzeniem, aż w końcu ich sylwetki zniknęły w morzu pstrokatych namiotów i rozpalonych ognisk. Futrzak w zamyśleniu spojrzał na swoją łapę, po czym odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w przeciwnym kierunku. Uznawszy, że nie miał tego dnia już czego w Nimnaros szukać ostrożnie przesadził płot gospodarstwa i skierował swoje kroki do lasu, na przełaj, idąc przez pola wysokich, pachnących traw.
W głowie miał mętlik. Jeszcze nigdy wcześniej nie miał do czynienia z kimś takim jak Vausein, czy nawet Daron. Ostatnim człowiekiem z którym miał tak dobry kontakt i któremu niczego nie musiał udowadniać był jego dawny mistrz. Po walce w karczmie - zupełnie nieplanowanej - miał z eleganckim młodzieńcem pewne porachunki, które należałoby wyjaśnić. To była ta oczywista część - sprawy przyjęły zupełnie niespodziewany obrót, kiedy zarówno Daron, jak i jego mistrz nie odmówili mu pomocy. Przyjęli go jak gościa, nakarmili, zabawili rozmową - zazwyczaj był traktowany zgoła inaczej; jak sługa, przedmiot lub zabawka. Mimowolnie doszukiwał się w zachowaniu tych mężczyzn jakiegoś haczyka, jakiegoś "ale", czegokolwiek, co mogłoby zdradzać ich złe intencje. Wtedy wszystko wróciłoby na swoje logiczne miejsce - logiczne jak na człowieka.
Nie był w stanie jednak znaleźć żadnej takiej rzeczy, a ta świadomość wypełniała go niepewnością i frustracją. Czyżby trafił na ludzi ulepionych z podobnej gliny co jego dawny mistrz? Może oni faktycznie byli warci zaufania? A może wręcz przeciwnie i przystając z nimi na jakiekolwiek umowy pakował się w kolejne tarapaty? Nie wiedział, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że innego wyjścia z tej sytuacji nie było - nie, odkąd w całym tym zamieszaniu zaczęli brać udział bandyci, czarownicy i chaosyci.
W tym wszystkim był przecież też Beczka. Z jednej strony na myśl o nim wpadał w szał, z drugiej - nie mógł wyzbyć się wyrzutów sumienia. Nie rozumiał dlaczego tak się czuł, jednak nie mógł wyzbyć się wrażenia, że cała tamta sytuacja w karczmie była jednym wielkim nieporozumieniem. Czuł się z tym tym gorzej, że była możliwość, że to siebie powinien za nie obwiniać.
Pogrążony w głębokiej zadumie nawet nie zauważył kiedy znalazł się u celu swojej wędrówki - w lesie. Miał w nim już swoje ścieżki i swoje miejsca, i to właśnie do jednego z nich teraz się kierował. Stara knieja, gdzie rosły wysokie drzewa i praktycznie nic poza nimi - idealna, by na jakiś czas zniknąć i przeczekać noc z dala od miasta. Wspiąwszy się na jedno z nich, umościł sobie prowizoryczne posłanie i rozmyślał o tym wszystkim co się stało, aż w końcu upomniał się o niego sen.
Następnego dnia obudził się z takim samym szeregiem myśli, który odprowadził go spać. Wpatrzony w przedzierający się przez liście wschód słońca Mrez podjął pewną decyzję - czas najwyższy wrócić do miejsca, w którym zaczęły się wszystkie te kłopoty. Zeskoczył z drzewa i skierował swoje kroki w stronę południowej bramy miasta, kierując się z powrotem do karczmy, gdzie dotychczas miał dach nad głową.
Nie wiedział czego się spodziewać, ani czy Beczka był w ogóle godzien zaufania, jednak musiał się dowiedzieć jak to wyglądało naprawdę, choćby miał tę prawdę wydusić z karczmarza siłą.
Wszedł na teren karczmy od strony zaplecza i załomotał do drzwi.
W głowie miał mętlik. Jeszcze nigdy wcześniej nie miał do czynienia z kimś takim jak Vausein, czy nawet Daron. Ostatnim człowiekiem z którym miał tak dobry kontakt i któremu niczego nie musiał udowadniać był jego dawny mistrz. Po walce w karczmie - zupełnie nieplanowanej - miał z eleganckim młodzieńcem pewne porachunki, które należałoby wyjaśnić. To była ta oczywista część - sprawy przyjęły zupełnie niespodziewany obrót, kiedy zarówno Daron, jak i jego mistrz nie odmówili mu pomocy. Przyjęli go jak gościa, nakarmili, zabawili rozmową - zazwyczaj był traktowany zgoła inaczej; jak sługa, przedmiot lub zabawka. Mimowolnie doszukiwał się w zachowaniu tych mężczyzn jakiegoś haczyka, jakiegoś "ale", czegokolwiek, co mogłoby zdradzać ich złe intencje. Wtedy wszystko wróciłoby na swoje logiczne miejsce - logiczne jak na człowieka.
Nie był w stanie jednak znaleźć żadnej takiej rzeczy, a ta świadomość wypełniała go niepewnością i frustracją. Czyżby trafił na ludzi ulepionych z podobnej gliny co jego dawny mistrz? Może oni faktycznie byli warci zaufania? A może wręcz przeciwnie i przystając z nimi na jakiekolwiek umowy pakował się w kolejne tarapaty? Nie wiedział, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że innego wyjścia z tej sytuacji nie było - nie, odkąd w całym tym zamieszaniu zaczęli brać udział bandyci, czarownicy i chaosyci.
W tym wszystkim był przecież też Beczka. Z jednej strony na myśl o nim wpadał w szał, z drugiej - nie mógł wyzbyć się wyrzutów sumienia. Nie rozumiał dlaczego tak się czuł, jednak nie mógł wyzbyć się wrażenia, że cała tamta sytuacja w karczmie była jednym wielkim nieporozumieniem. Czuł się z tym tym gorzej, że była możliwość, że to siebie powinien za nie obwiniać.
Pogrążony w głębokiej zadumie nawet nie zauważył kiedy znalazł się u celu swojej wędrówki - w lesie. Miał w nim już swoje ścieżki i swoje miejsca, i to właśnie do jednego z nich teraz się kierował. Stara knieja, gdzie rosły wysokie drzewa i praktycznie nic poza nimi - idealna, by na jakiś czas zniknąć i przeczekać noc z dala od miasta. Wspiąwszy się na jedno z nich, umościł sobie prowizoryczne posłanie i rozmyślał o tym wszystkim co się stało, aż w końcu upomniał się o niego sen.
Następnego dnia obudził się z takim samym szeregiem myśli, który odprowadził go spać. Wpatrzony w przedzierający się przez liście wschód słońca Mrez podjął pewną decyzję - czas najwyższy wrócić do miejsca, w którym zaczęły się wszystkie te kłopoty. Zeskoczył z drzewa i skierował swoje kroki w stronę południowej bramy miasta, kierując się z powrotem do karczmy, gdzie dotychczas miał dach nad głową.
Nie wiedział czego się spodziewać, ani czy Beczka był w ogóle godzien zaufania, jednak musiał się dowiedzieć jak to wyglądało naprawdę, choćby miał tę prawdę wydusić z karczmarza siłą.
Wszedł na teren karczmy od strony zaplecza i załomotał do drzwi.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Odpowiedziała mu cisza.
Wykorzystał czas oczekiwania, by rozejrzeć się po podwórzu. Formy do cegieł stały razem z workiem z gliną dokładnie tak, jak je widział ostatnim razem. Najwyraźniej piec przestał stanowić dla Beczki jakikolwiek priorytet. Dodatkowo zauważył też świeżo przekopaną ziemię pod płotem. Obok wbita była jeszcze łopata.
Futrzak zaczynał już wątpić, że drzwi otworzą się, kiedy w końcu skrzypnęło powoli i ukazał się w nich Beczka.
Nie wyglądał najlepiej. Podkrążone oczy, niechlujny ubiór, nieuczesane włosy.
Najprawdopodobniej nie spał zbyt dobrze tej nocy.
Nie otworzył drzwi na oścież, nie uśmiechał się, jak zwykle. Nie powiedział nawet słowa, a jednie patrzył pytająco na Futrzaka. W jego spojrzeniu było czuć rezygnację i obojętność. Szybki rzut oka na ustawienie ciała karczmarza pozwalał stwierdzić, że mężczyzna raczej nie był uzbrojony ani nastawiony defensywnie, choć jedną jego rękę zasłaniały półotwarte drzwi.
- Tak? - zapytał w końcu ciężkim, bezbarwnym głosem.
Wykorzystał czas oczekiwania, by rozejrzeć się po podwórzu. Formy do cegieł stały razem z workiem z gliną dokładnie tak, jak je widział ostatnim razem. Najwyraźniej piec przestał stanowić dla Beczki jakikolwiek priorytet. Dodatkowo zauważył też świeżo przekopaną ziemię pod płotem. Obok wbita była jeszcze łopata.
Futrzak zaczynał już wątpić, że drzwi otworzą się, kiedy w końcu skrzypnęło powoli i ukazał się w nich Beczka.
Nie wyglądał najlepiej. Podkrążone oczy, niechlujny ubiór, nieuczesane włosy.
Najprawdopodobniej nie spał zbyt dobrze tej nocy.
Nie otworzył drzwi na oścież, nie uśmiechał się, jak zwykle. Nie powiedział nawet słowa, a jednie patrzył pytająco na Futrzaka. W jego spojrzeniu było czuć rezygnację i obojętność. Szybki rzut oka na ustawienie ciała karczmarza pozwalał stwierdzić, że mężczyzna raczej nie był uzbrojony ani nastawiony defensywnie, choć jedną jego rękę zasłaniały półotwarte drzwi.
- Tak? - zapytał w końcu ciężkim, bezbarwnym głosem.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Futrzak obniżył nieco łeb i zdjął kaptur.
- Ha pszzy-khodże porrrossmawacz - oznajmił sucho - i pszzeprroszicz mosze.
Mrez przyglądał się karczmarzowi nader uważnie, uszy sterczały podniesione. Chociaż zazwyczaj nie był zbyt dobry w rozróżnianiu ludzkich emocji nie uciekła mu zmiana w zachowaniu karczmarza. On również nie przychodził tak jak zwykle. Jego spojrzenie było zimne i spokojne, w ślepiach było widać determinację i tlący się żar.
- Ha musze wedżecz prrafda. - Dodał Mrez, nieco bardziej charkotliwie.
- Ha pszzy-khodże porrrossmawacz - oznajmił sucho - i pszzeprroszicz mosze.
Mrez przyglądał się karczmarzowi nader uważnie, uszy sterczały podniesione. Chociaż zazwyczaj nie był zbyt dobry w rozróżnianiu ludzkich emocji nie uciekła mu zmiana w zachowaniu karczmarza. On również nie przychodził tak jak zwykle. Jego spojrzenie było zimne i spokojne, w ślepiach było widać determinację i tlący się żar.
- Ha musze wedżecz prrafda. - Dodał Mrez, nieco bardziej charkotliwie.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Słysząc to, Beczka, mimo, że starał się zachować kamienną twarz, nie potrafił powstrzymać uniesienia brwi.
- Wpuszczę cię i porozmawiamy - oznajmił po chwili ostrożnie - ale pod jednym warunkiem. Że dziś nikt na nikogo nie podniesie tutaj ręki.
- Wpuszczę cię i porozmawiamy - oznajmił po chwili ostrożnie - ale pod jednym warunkiem. Że dziś nikt na nikogo nie podniesie tutaj ręki.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Mrez ostrzegawczo obnażył kły.
- Heszri ha bede od kogosz atakowany, ha bede sze brronicz - odwarknął stanowczo - heszri ha ne bede od kogosz atakowany, ha ne bede warrczycz.
Agresywny ton ostatecznie zelżał, chociaż tygrys nadal wpatrywał się w Beczkę spod łba. Futrzak rzadko kiedy udzielał w takich sytuacjach obietnic, lecz kiedy to robił, zawsze dotrzymywał danego słowa. Była to dla niego sprawa honoru - co niektórzy ludzie, ku jego wściekłości i obrzydzeniu, nauczyli się wykorzystywać przeciw niemu.
- Heszri ha bede od kogosz atakowany, ha bede sze brronicz - odwarknął stanowczo - heszri ha ne bede od kogosz atakowany, ha ne bede warrczycz.
Agresywny ton ostatecznie zelżał, chociaż tygrys nadal wpatrywał się w Beczkę spod łba. Futrzak rzadko kiedy udzielał w takich sytuacjach obietnic, lecz kiedy to robił, zawsze dotrzymywał danego słowa. Była to dla niego sprawa honoru - co niektórzy ludzie, ku jego wściekłości i obrzydzeniu, nauczyli się wykorzystywać przeciw niemu.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Karczmarz skinął głową. Zdążył nauczyć się już, jak wielką sprawą jest dla mrezów honor. Wyglądało, że po tej deklaracji znacząco się rozluźnił.
- Zatem umowa stoi - odparł i otworzył szeroko drzwi. - Możemy wejść do sali, nie ma klientów.
Beczka szedł niespiesznie przodem. Mrez podążał za nim, rozglądając się po znajomych pomieszczeniach. Nie zauważył nigdzie innych ludzi ani większych zmian. Dopiero kiedy wyszli z zaplecza na główną salę, dostrzegł, że stoliki są odsunięte na bok, a drzwi do karczmy zaryglowano potężną deską.
Ciał już nie było, ale ciemne plamy na podłodze ciągle wskazywały miejsca wczorajszych walk. Na środku stało wiadro z wodą. W pomieszczeniu nie pachniało zbyt przyjemnie, na szczęście wiatr z rozbitego okna dostarczał do środka odrobiny świeżości.
Beczka przystanął przy jednym ze stolików i odsunął dwa krzesła.
- Napijesz się czegoś? - zapytał, kierując się za ladę.
- Zatem umowa stoi - odparł i otworzył szeroko drzwi. - Możemy wejść do sali, nie ma klientów.
Beczka szedł niespiesznie przodem. Mrez podążał za nim, rozglądając się po znajomych pomieszczeniach. Nie zauważył nigdzie innych ludzi ani większych zmian. Dopiero kiedy wyszli z zaplecza na główną salę, dostrzegł, że stoliki są odsunięte na bok, a drzwi do karczmy zaryglowano potężną deską.
Ciał już nie było, ale ciemne plamy na podłodze ciągle wskazywały miejsca wczorajszych walk. Na środku stało wiadro z wodą. W pomieszczeniu nie pachniało zbyt przyjemnie, na szczęście wiatr z rozbitego okna dostarczał do środka odrobiny świeżości.
Beczka przystanął przy jednym ze stolików i odsunął dwa krzesła.
- Napijesz się czegoś? - zapytał, kierując się za ladę.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Ne, czemki. - Odpowiedział Mrez, przechodząc obok niej niewzruszenie.
Zatrzymał się na środku pomieszczenia, nieopodal miejsca, gdzie wczoraj legły trupy bandytów. Wciąż nader wyraźnie czuł zapach i smak ich krwi. Skrzywił się i warknął, obnażając kły w jawnej pogardzie, po czym odwrócił się z powrotem do Beczki, siląc się znów na spokój. Jego długi płaszcz aż załopotał.
- Ty byh dopszz ssrrobicz, szze barrykada na dszzwi hesst. - Zaczął kot, dziwnie tajemniczo i złowrogo.
Zatrzymał się na środku pomieszczenia, nieopodal miejsca, gdzie wczoraj legły trupy bandytów. Wciąż nader wyraźnie czuł zapach i smak ich krwi. Skrzywił się i warknął, obnażając kły w jawnej pogardzie, po czym odwrócił się z powrotem do Beczki, siląc się znów na spokój. Jego długi płaszcz aż załopotał.
- Ty byh dopszz ssrrobicz, szze barrykada na dszzwi hesst. - Zaczął kot, dziwnie tajemniczo i złowrogo.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
- A ja owszem. - Beczka chwycił butelkę i odkorkował. Przykra woń krwi, wilgotnego brudu i śmierci zmieszała się z owocowym aromatem wina. Zaczął nalewać do szklanki. Kiedy mrez warknął, karczmarz podniósł na niego zaniepokojony wzrok. Słuchał, co mówi Futrzak, obrzucając deskę na drzwiach zaledwie przelotnym spojrzeniem.
- Lokal zamknięty - mruknął w odpowiedzi, wracając do stolika ze szklanką w jednej i butelką w drugiej ręce. Usiadł ciężko. - I wystawiony na sprzedaż - dodał ciszej, przystawiając szklankę do ust.
- Lokal zamknięty - mruknął w odpowiedzi, wracając do stolika ze szklanką w jednej i butelką w drugiej ręce. Usiadł ciężko. - I wystawiony na sprzedaż - dodał ciszej, przystawiając szklankę do ust.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Po co? - Zapytał Mrez, marszcząc brwi i wzruszając ramionami.
Obserwował ze zdziwieniem jak Beczka tankuje w siebie alkohol, wyraźnie oczekując słów wyjaśnienia. Omiótł w końcu karczmę spojrzeniem, a chociaż nie rozumiał prawdziwej wartości ludzkiego pieniądza, był przekonany, że z odrobiną miedziaków udałoby się przywrócić lokal do ładu. Do plam krwi wystarczy przecież woda, mydliny i odrobina czasu. Z jednej strony domyślał się powodów takiej a nie innej decyzji, jednak wolał usłyszeć je od karczmarza.
Obserwował ze zdziwieniem jak Beczka tankuje w siebie alkohol, wyraźnie oczekując słów wyjaśnienia. Omiótł w końcu karczmę spojrzeniem, a chociaż nie rozumiał prawdziwej wartości ludzkiego pieniądza, był przekonany, że z odrobiną miedziaków udałoby się przywrócić lokal do ładu. Do plam krwi wystarczy przecież woda, mydliny i odrobina czasu. Z jednej strony domyślał się powodów takiej a nie innej decyzji, jednak wolał usłyszeć je od karczmarza.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Beczka odjął wreszcie szklankę od ust. Cała jego ręka opadła ciężko na stolik, z głośnym stuknięciem stawiając tam naczynie.
Nie ruszając głową, podniósł wzrok na mreza. A potem westchnął i odchylił się do tyłu, zaplatając ramiona na piersi.
- Spójrzmy prawdzie w oczy - zaczął niedbale. - Interes tutaj od zawsze był chuja wart, a od czasu Upadku jeszcze bardziej się pogorszyło. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Na ciebie - wskazał mreza swoim grubym palcem. - I to był błąd. Teraz wszyscy chcą mnie zniszczyć, do karczmy wpadają mi naćpani szaleńcy, rozwalają przybytek, który i tak się sam zaraz rozpadnie, a mój jedyny ochroniarz, pracownik i główne źródło zarobku grozi, że mnie zabije, i zresztą całkiem słusznie, bo go zostawiłem na pewną śmierć.
Pobujał się jak dziecko na tylnych nogach krzesła, co wyglądało bardzo niebezpiecznie, biorąc pod uwagę jego wielkie, ciężkie brzuszysko.
- Wiesz, kim był trzon mojej klienteli? - spytał znienacka. - Ludzie Vansena. Teraz, kiedy Valkir nie żyje, nawet oni się ode mnie odwrócą. Ten biznes jest skazany na upadek, a ja nie zamierzam czekać.
Zaczął, jakby w pośpiechu, nalewać sobie kolejną porcję wina.
- Nic mnie dobrego już tu nie spotka. Za złoto ze sprzedaży karczmy wypłynę z tej dziury gdzieś do Andurii albo na archipelag i tam zacznę nowy biznes. Nowe życie. Z dala od sankry i tych pieprzonych mutantów.
Podniósł szklankę w górę.
- Za nowe życie - mruknął nieco zbyt mało optymistycznie jak na toast, po czym wyżłopał wszystko na hejnał.
Chyba sam w to nowe życie nie wierzył.
Nie ruszając głową, podniósł wzrok na mreza. A potem westchnął i odchylił się do tyłu, zaplatając ramiona na piersi.
- Spójrzmy prawdzie w oczy - zaczął niedbale. - Interes tutaj od zawsze był chuja wart, a od czasu Upadku jeszcze bardziej się pogorszyło. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Na ciebie - wskazał mreza swoim grubym palcem. - I to był błąd. Teraz wszyscy chcą mnie zniszczyć, do karczmy wpadają mi naćpani szaleńcy, rozwalają przybytek, który i tak się sam zaraz rozpadnie, a mój jedyny ochroniarz, pracownik i główne źródło zarobku grozi, że mnie zabije, i zresztą całkiem słusznie, bo go zostawiłem na pewną śmierć.
Pobujał się jak dziecko na tylnych nogach krzesła, co wyglądało bardzo niebezpiecznie, biorąc pod uwagę jego wielkie, ciężkie brzuszysko.
- Wiesz, kim był trzon mojej klienteli? - spytał znienacka. - Ludzie Vansena. Teraz, kiedy Valkir nie żyje, nawet oni się ode mnie odwrócą. Ten biznes jest skazany na upadek, a ja nie zamierzam czekać.
Zaczął, jakby w pośpiechu, nalewać sobie kolejną porcję wina.
- Nic mnie dobrego już tu nie spotka. Za złoto ze sprzedaży karczmy wypłynę z tej dziury gdzieś do Andurii albo na archipelag i tam zacznę nowy biznes. Nowe życie. Z dala od sankry i tych pieprzonych mutantów.
Podniósł szklankę w górę.
- Za nowe życie - mruknął nieco zbyt mało optymistycznie jak na toast, po czym wyżłopał wszystko na hejnał.
Chyba sam w to nowe życie nie wierzył.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Czyrri fszysstko to moha wina hesst. Hak ssafsze.
Mrez założył ręce, na pysku miał zacięty wyraz. W miarę jego słów raz co raz błyskały obnażane kły.
- To terrass ty shuhacz ha. - Zaczął. - Ha byh robicz fszysstko, szeby mendży czhoweek dopsz szycz. Drra czebe tesz. Hak ty byh mecz te czhoweek gerki i ukhady, to fszysstko bycz ok. A hak Varrkirr byh iszcz ss brron na mne, to fszysstko dopszz, tak? Ne hesstem ssabaffka, Beczka, orrass pószno sze tego uczycz.
Mrez ściągnął plecak z barków i położył go na ziemi. Cokolwiek było w środku zaszczękało złowrogo.
- Ten atak na karrczma byh pszess goszcz, co byh iszcz tu wczorra. Oni byh porrowacz na nego, a ne na ha. Szczeriri do mneh ss kusza, to sze brronihem. To on byh mi pomók ss rrrany. Ha byh urratowacz szycze goszcza.
Futrzak przerwał na chwilę.
- To, sze czebhe tu ne byho urratowaho twohe szzycze. Terrass oni, te czhoweeki z Rrabirryntu, oni bedo porrowacz na mne, asz mne bedo ssabicz, bo ha byh ssabicz ikh czhoweek tuta, f karrczma. To drrratego ha musze ikh szzabicz, ssanim oni ssabicz ha.
- Drra czebe to bess sssnaczena - kontynuował Mrez - bo gdyby ty byh kczah, to bysz sssobe sssnarrras ktosz do pomocy possa ha. Arrre ty ssrrobisz hak kcesz. Ha ssberram monety na rrremont karrczma, arre heszrri ty kcesz iszcz, to ssnaczy, sze ha byh marrnowacz czass.
Zmrużył ślepia.
- Possa tym, Varrkirr ne umarr. On hesst u kaphany. Pszzetroncony karrk, arre hesst u nego rrekasz. Dżisz ha sze dowedżecz, czy pszeszyh.
Mrez założył ręce, na pysku miał zacięty wyraz. W miarę jego słów raz co raz błyskały obnażane kły.
- To terrass ty shuhacz ha. - Zaczął. - Ha byh robicz fszysstko, szeby mendży czhoweek dopsz szycz. Drra czebe tesz. Hak ty byh mecz te czhoweek gerki i ukhady, to fszysstko bycz ok. A hak Varrkirr byh iszcz ss brron na mne, to fszysstko dopszz, tak? Ne hesstem ssabaffka, Beczka, orrass pószno sze tego uczycz.
Mrez ściągnął plecak z barków i położył go na ziemi. Cokolwiek było w środku zaszczękało złowrogo.
- Ten atak na karrczma byh pszess goszcz, co byh iszcz tu wczorra. Oni byh porrowacz na nego, a ne na ha. Szczeriri do mneh ss kusza, to sze brronihem. To on byh mi pomók ss rrrany. Ha byh urratowacz szycze goszcza.
Futrzak przerwał na chwilę.
- To, sze czebhe tu ne byho urratowaho twohe szzycze. Terrass oni, te czhoweeki z Rrabirryntu, oni bedo porrowacz na mne, asz mne bedo ssabicz, bo ha byh ssabicz ikh czhoweek tuta, f karrczma. To drrratego ha musze ikh szzabicz, ssanim oni ssabicz ha.
- Drra czebe to bess sssnaczena - kontynuował Mrez - bo gdyby ty byh kczah, to bysz sssobe sssnarrras ktosz do pomocy possa ha. Arrre ty ssrrobisz hak kcesz. Ha ssberram monety na rrremont karrczma, arre heszrri ty kcesz iszcz, to ssnaczy, sze ha byh marrnowacz czass.
Zmrużył ślepia.
- Possa tym, Varrkirr ne umarr. On hesst u kaphany. Pszzetroncony karrk, arre hesst u nego rrekasz. Dżisz ha sze dowedżecz, czy pszeszyh.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation
-
Bubeusz
- Posty: 1072
- Rejestracja: 13 cze 2021, 20:00
Beczka już miał dolewać sobie kolejną porcję wina, kiedy nagle butelka zatrzymała mu się w dłoni.
- Co? - Był wyraźnie zdziwiony. - Jak to? Więc to nie był atak na nas, tylko na jakiegoś typa, który się tu przypadkiem znalazł? Ale przecież to do ciebie strzelali z kuszy, nie do niego!
Odstawił butelkę, jakby zupełnie przeszła mu ochota na picie.
Słuchał. A im więcej słów padało z ust Futrzaka, tym bardziej Beczka był skołowany.
- Valkir... żyje..? - wyjąkał wreszcie, kiedy odzyskał głos. - Ludzie inaczej gadają, skąd to wiesz?
Wstał i zrobił kilka kroków w stronę mreza.
- Gdyby żył... i gdyby nie było ataków... Zbierałeś pieniądze na remont...
Zatoczył się z powrotem do stolika i opadł ciężko na krzesło. Wpatrywał się przed siebie w butelkę, ale chyba jej nie widział. W międzyczasie oczy jakby mu nieco zwilgotniały.
Powoli przyłożył obie ręce do głowy, aby się nimi podeprzeć.
- Co? - Był wyraźnie zdziwiony. - Jak to? Więc to nie był atak na nas, tylko na jakiegoś typa, który się tu przypadkiem znalazł? Ale przecież to do ciebie strzelali z kuszy, nie do niego!
Odstawił butelkę, jakby zupełnie przeszła mu ochota na picie.
Słuchał. A im więcej słów padało z ust Futrzaka, tym bardziej Beczka był skołowany.
- Valkir... żyje..? - wyjąkał wreszcie, kiedy odzyskał głos. - Ludzie inaczej gadają, skąd to wiesz?
Wstał i zrobił kilka kroków w stronę mreza.
- Gdyby żył... i gdyby nie było ataków... Zbierałeś pieniądze na remont...
Zatoczył się z powrotem do stolika i opadł ciężko na krzesło. Wpatrywał się przed siebie w butelkę, ale chyba jej nie widział. W międzyczasie oczy jakby mu nieco zwilgotniały.
Powoli przyłożył obie ręce do głowy, aby się nimi podeprzeć.
-
Elethain
- Posty: 183
- Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Futrzak siłą rzeczy dał mu chwilę na dojście do siebie. Zazwyczaj takt nie był jego mocną stroną, jednak w tej chwili sam nie wiedział co więcej powiedzieć. Westchnął ciężko i oparł się obydwiema rękami o blat pobliskiego stołu, który zaskrzypiał cicho w proteście. Mrez dostrzegł na nim szereg głębokich bruzd i kilka kropel zaschłej, skrzepniętej krwi. Przejechał łapą po deskach, marszcząc nos i cofając uszy. Wreszcie wyprostował się, patrząc znów na Beczkę.
- Rrossumem to od tamtego czhoweeka, co ha go byh uratowacz. To rrekasz. Ha ne moge powedżecz wenczeh. Ty wedżecz mneh, ty masz wenksza szanssa na szzycze.
Mrez zmrużył ślepia i kontynuował.
- Ty byh pomócz mi wczeszneh ss ta prraca, to ha terrass pomoge tobe. Ha mam kdżesz co ssrrobisz ss karrczma, ty ssrrobisz co khcesz. Arre nahperw ha muszze iszcz ssabicz rudże, którzy kco ssabicz mneh, po tym fszyssstkim. Ha byh sze brronicz tyrrko, arre terrass fszysscy weco, szze to ha byh ikh ssabih. Ha mokhe bycz ssabity i ne dosstanesz ftedy tych monet. Czy ty rrossumesz?
Przyglądał się Beczce zimnymi ślepiami.
- Rrossumem to od tamtego czhoweeka, co ha go byh uratowacz. To rrekasz. Ha ne moge powedżecz wenczeh. Ty wedżecz mneh, ty masz wenksza szanssa na szzycze.
Mrez zmrużył ślepia i kontynuował.
- Ty byh pomócz mi wczeszneh ss ta prraca, to ha terrass pomoge tobe. Ha mam kdżesz co ssrrobisz ss karrczma, ty ssrrobisz co khcesz. Arre nahperw ha muszze iszcz ssabicz rudże, którzy kco ssabicz mneh, po tym fszyssstkim. Ha byh sze brronicz tyrrko, arre terrass fszysscy weco, szze to ha byh ikh ssabih. Ha mokhe bycz ssabity i ne dosstanesz ftedy tych monet. Czy ty rrossumesz?
Przyglądał się Beczce zimnymi ślepiami.
art: Aboy Ningthouja @ Artstation