
Na peryferiach dzielnicy Wschodniej, już za murami miejskimi, na końcu upstrzonej namiotami uchodźców ścieżki, gdzieś u podnóża góry, w której niegdyś kopano złoto, znajdowało się niewielkie gospodarstwo ogrodzone drewnianym płotkiem. Szopy były niewielkie i kryte słomą, zaś dom mieszkalny górował nad całą posiadłością i sprawiał wrażenie zadbanego.
Budowla była stara, ale dobrze zarządzana. Gospodarz zadbał o schludność i czystość na podwórzu. Przed wejściem dorobił namiotowy daszek z bordowej tkaniny, tworząc coś na kształt werandy, a na podtrzymujących ją sznurach i słupach powiewały kolorowe strzępki materiałów. Na belce wisiał lampion i już płonął, roztaczając wokół ciepłe, zapraszające światło.
Ta kompozycja ewidentnie wskazywała, że osiedlił się tu ktoś ze wschodu.
Kilka garnków i szklanych fiolek stukotało na wietrze, zatkniętych na kijki tworzące płot. Tuż obok przewieszonych było parę ubrań, chust, pledów i bandaży. Niektóre jeszcze wilgotne. Przed wejściem stały wiadra na wodę, a na parapecie okna siedział siwy kot z białymi łapkami i pyszczkiem, czujnie obserwując okolicę.