Albinoska uśmiechnęła się ślicznie do Karva, uśmiechem, który takiemu bywalcowi jak on wyraźnie powiedział jedno: tego typu komplementy słyszała regularnie chociaż i tak był wdzięczna, że nie należał - przynajmniej póki co - do bardziej wulgarnych gości.
- Zapraszam podróżni! Witajcie w Kamiennym Azylu - zawołała, gestem prosząc ich do środka. - Niestety, Węgliku, miejsca kominku już nie ma, ale jeszcze parę wolnych stolików mamy. Przynajmniej nam pan nie spłonie.
Dowcip nie był może najwyższych lotów, ale przynajmniej się starała.
Kamienny Azyl był niemal pełen. Biorąc pod uwagę, że było to bez wątpienia najbardziej bezpieczne miejsce do spędzenia nocy w promieniu paru dni drogi, nie dziwiło to aż tak.
Oprócz bladoskórej anielicy między stolikami uwijała się kolejna dziewka, drobna, ciemnowłosa i ciemnooka. Razem - biała i ciemna - stanowiły prześliczny kontrast. O wiele mniej atrakcyjny był widok kolejnego pracownika oberży - pomarszczonej góry mięśni o ciemnobrązowej skórze.
Ogr, a jeśli Ogr pracował w karczmie to albo był Rufusem VIII, którym ten nie był, albo robił za wykidajłę. Biorąc jednak pod uwagę wycia, które dało się słyszeć po drodze, ochrona potężnego humanoida i kamiennych murów na pewno działała na wielu gości uspokajająco.
A gości było sporo.
Przy podłużnym stole w rogu wielkiej sali, niedaleko schodów, siedziało trzech ubranych na biało mężczyzn. Jeden starszy, siwowłosy, ale mocno zbudowany i dwóch młodszych, równie silnych. Chociaż nie wydawali się być uzbrojeni, symbole na ich płaszczach jasno mówiły, że byli nawykli do wojaczki - byli to Lyannici. Jeden z młodszych rycerzy, wąsaty blondyn właśnie siłował się na rękę z czwartą osobą siedzącą przy ich stoliku - krasnoludem, nie - krasnoludzicą o poważnej twarzy i spiralnym tatuażu na policzku. Pojedynek był zacięty.
Dwa okrągłe stoliki najbliżej kominka również były zajęte, każdy przez tylko jedną osobę. Ten bliżej drzwi prowadzących do... chyba wychodka był zajmowany przez drobnego, gładko ogolonego mężczyznę o dość bladej cerze i wzroku zatopionym w kuflu. Przy drugim stoliku siedział wysoki, szczupły mężczyzna o krótkiej, brązowej bródce ubrany w dość podniszczone podróżne ubranie.
Niedaleko niego. przy kolejnym podłużnym stole siedziało dwóćh mężczyzn i kobieta. Ubrani w dość podniszczone ubrania z dobrze wykonanych, chociaż dość prymitywnie wyglądających skór zwierzęcych. Obaj mężczyźni byli dość zarośnięci, a i kobieta wyglądała na taką, która za często nad swoją fryzurą nie przysiadała. Nerwowo rozglądali się dookoła i ich dłonie zawsze było blisko długich noży, które położyli na stolę. Gdy tylko Faenala, Karv i Coranion weszli do przybytku, cała trójka odwróciła się natychmiast w ich stronę.
Podobnie zareagowało dwóch mężczyzn siedzących niemal dokładnie pośrodku sali. Jeden, o poparzonej twarzy, mimo że nie wyglądał na starego, miał już siwe włosy. Drugi, czarnowłosy wąsacz, był jednym z najwyższych mężczyzn, jakich Faenala i Karv widzieli, niemal tak wysokim jak ogr. Wstał on na widok trójki nowoprzybyłych i, z pewnym wahaniem uniósł rękę w stronę Coraniona.
Druid również wpatrywał się w mężczyznę nieco niepewnie. W końcu wzruszył ramionami.
- Iskry lecą, gdzie rzuci je wola wiatru i ognia - powiedział do Faenali po czym podszedł do wysokiego. Podali sobie ręce, po czym Coranion usiadł z nim przy stoliku.
Naniosę to do tematu lore, ale w skrócie: