- Nie dam głowy, czy odzyskał wzrok w jednym oku. No i o ile wiem, to jest jeszcze bardziej brutalny niż kiedykolwiek. Wygląda na to, że podpalenie kogoś nie poprawia mu manier. Kto by pomyślał? - powiedział Verath. - Ale poza tym to chyba dobrze się ma.
Nie lubił myśleć o Klydasie. Nadal się go bał. Nie tak jak ojca, ale... Verath zrobił to, co zawsze zrobił, gdy nie chciał o czymś myśleć. Roześmiał się i przestał o tym myśleć.
- Jedyne, do czego się przyznaję, to to że tylko dupki i sadystyczni mordercy mnie nie lubią - powiedział. - Co znowu zabiera nas do tematu, który już poruszaliśmy: fakt, że mnie lubisz, a oboje wiemy, że szalejesz za mną, już udowadnia, że żaden z ciebie potwór.
- Bycie kimś innym niż się jest... - Verath westchnął.
Tak, na ten temat coś wiedział i nie miał tak negatywnego zdania na ten temat, co Yrene. Nie miał jednak zamiaru się dzielić doświadczeniami w tej kwestii. Lubił Yrene i dobrze mu się rozmawiało, ale od pewnego czasu większość jego kontaktów międzyludzkich, poczynając od seksu, poprzez "przyjaźń" a na zwykłej rozmowie kończąc, dała się opisać jako "więcej brania niż dawania". Chciał się od niej dowiedzieć jak najwięcej, ale zamierzał własne - metaforyczne - karty trzymać przy orderach, jak to mawiał jego ojciec.
- Pieprzyć rodzinę, co nie? Nie da się z nimi nie zwariować. Lepiej sobie radzić samemu. - Puścił oko do Yrene. - Oczywiście dla Azorka, Reksia i Soli, dalej mnie drażni, że jest taka ryba, będę świetnym ojcem, nie bój się.