Maska - Odcinek Drugi

Czy próba wejścia w posiadanie artefaktu boga, którego kult jest zakazany, może skończyć się dobrze?
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Od momentu gdy Sarya, Jon i Lambert szukali schronienia przed deszczem pod kwiaciarnią, minęła doba. Trudno uwierzyć, że tak niewiele czasu dzieliło dzisiejsze słoneczne, spokojne południe od wczorajszej szalonej gonitwy po spływających ulewą ulicach Nimnaros.

Jon spędził poprzedni wieczór na sumiennym byciu sobą w najczystszej postaci - ignorował zrobione przez Billy’ego i Joela zamieszanie na komendzie, prychał, gdy pytano go, czy słyszał już o wielkim skoku i robił wszystko, by nie zawracano mu głowy, zwłaszcza tym tematem.

Niżsi stopniem strażnicy, przyzwyczajeni już do fanaberii przełożonego, szybko zrozumieli, że nie ma sensu próbować zaangażować go w tę sprawę. Choć cały budynek rozbrzmiewał powtarzanymi bezustannie plotkami, domysłami i coraz bardziej odbiegającymi od rzeczywistości relacjami z kradzieży, nikt nie niepokoił Jona.

Wydarzenia z ulicy Różanej dopadły go tylko przez chwilę - gdy na korytarzu minął się z prowadzoną przez rozgorączkowanego Joela Saryą. Kobieta całkowicie go zignorowała, wspinając się na wyżyny sztuki aktorskiej w udawaniu, że go nie zna. Joel musiał docenić jej kunszt - w swoim życiu wielokrotnie spotykał kobiety, które próbowały odciąć się od niego po tym, jak jakiś czas temu połączyły ich pełne emocji i potu chwile. Żadna nie mogła równać się w tym z Saryą.

Szlachcic w spokoju dokończył zmianę i mógł wrócić do domu, by także noc spędzić na sumiennym byciu sobą, przy alkoholu i dobrym jedzeniu. Nie mógł jednak zignorować uczucia ulgi, które spłynęło na niego, gdy zostawił komisariat za plecami.

Saryi nie tak łatwo przyszło odcięcie się od wydarzeń - zgodnie z poleceniem Joela, zjawiła się na komisariacie, by złożyć zeznania. Bez zająknięcia podzieliła się ze strażnikami przygotowaną skrzętnie historię o bogatym mężczyźnie, zwanym Giorg Cah'loony, który omamił ją obietnicą kupna na aukcji, czego tylko zapragnie, przespał się z nią i haniebnie wystawił.

Strażnicy nie szczędzili sobie uszczypliwych komentarzy na temat naiwności i rozwiązłości, jednak Saryi udało się osiągnąć najważniejszy cel - całkowicie odwróciła ich uwagę od swojego udziału w kradzieży. Na koniec podzieliła się jeszcze całkowicie beznadziejnymi rysopisami rabusiów-przebierańców i puszczono ją wolno.

Nie mogło umknąć jej uwadze, że nigdzie nie dostrzegła Vincenta Flattera. Reakcja właściciela Domu Aukcyjnego z ulicy Różanej kazała jej przypuszczać, że mężczyzna będzie żywo zaangażowany w dochodzenie i nie spocznie, dopóki sprawa nie zostanie rozwiązana. Tymczasem wyglądało na to, że sprawa najbardziej interesowała Joela - strażnik, z opuchniętą twarzą i ręką na temblaku - miotał się po komisariacie, momentami w zapomnieniu wydając polecenia nawet wyższym stopniem. Nie ulegało wątpliwości, że sprawę traktował personalnie.

Lambert, gdy odstawili z Jonem wóz do portu, wrócił do swojego mieszkania w kamienicy. Miał całkowitą pewność, że łupy są bezpieczne w magazynie - właściciel tego miejsca nie odważyłby się wystąpić przeciwko Greskowi.
Wieczór upłynął mu na paleniu skrętów z pajem i obracaniu w palcach maski, którą - jako jedyną - zabrał ze sobą.

***

Donośny dźwięk dzwonów oznajmił wszystkim w Dzielnicy Wysokiej, że wybiło południe. Ostatnie, dwunaste uderzenie przypadło akurat na moment, kiedy Jon i Sarya spotkali się w drzwiach kamienicy, na piętrze której znajdowało się mieszkanie Greska. Jon z lekkim rozbawieniem przyglądał się bacznym spojrzeniom Saryi, uważnym łypnięciom przez ramię i przemykaniu w cieniu.

W drzwiach, rzecz jasna, spotkali Talera. Od razu zauważyli, że coś z chłopakiem jest nie w porządku. Wyglądał na strutego - blady, nieco przygarbiony, z delikatnie podkrążonymi oczami. Musieli jednak przyznać, że dwoił się i troił, by usługiwać na najwyższym poziomie. Z wprawą odebrał od nich płaszcze i zaproponował coś do picia. Dodał, że jeśli Saryi smakowała wczorajsza herbata, z pewnością doceni także dzisiejszą propozycję, wzbogaconą sokiem z mango i odrobiną mleka.

- Pan Gresk czeka w salonie - dodał, znikając w kuchni.

Lamberta rzeczywiście odnaleźli w salonie. Dziś na dużym stole panował porządek. Sterty papierów zniknęły, a jedynym co znajdowało się na blacie, były karafka z winem, trzy kryształowe kieliszki i maska, którą wczoraj widzieli na rycinach.

Na żywo wyglądała niepokojąco. Budziła irracjonalny lęk. A także w jakiś dziwny sposób… kusiła.

- Wyśmienicie jest was widzieć! - Lambert zerwał się z fotela w rogu i rozłożył szeroko ramiona. - Mam nadzieję, że nie mieliście większych problemów? Oboje spędziliście wieczór na komisariacie, który jest, jakkolwiek by na to nie patrzeć, paszczą lwa. Mawiają jednak, że najciemniej pod latarnią i bardzo się cieszę, że także tym razem blask ego Joela oślepił go na tyle, że nie zauważył pewnych rzeczy.

Lambert podszedł do stołu, spotykając się z dwójką gości akurat na wysokości kieliszków i wina. Wcisnął szkło w dłonie Jona i Saryi. O ile tego pierwszego nie musiał przekonywać, o tyle wręczając kieliszek Saryi, przytrzymał przez chwilę jej nadgarstek.

- Wczoraj obiecała mi pani, że opijemy udany skok. Mam nadzieję, że nie były to słowa rzucone na wiatr. - Uśmiechnął się. - Zresztą z przyjemnością wysłuchamy opowieści o pani wczorajszych przygodach, przyda się więc zwilżyć gardło. Cóż działo się po naszym rozdzieleniu?

Wino trafiło do kieliszków.

Awatar użytkownika
Denadareth
Posty: 1146
Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
- Och, dziękuję ci, Taler - odpowiedziała Sarya na herbaciane zaproszenie. - Musisz koniecznie kiedyś mnie odwiedzić. Mam wspaniałą herbatę, mieszankę aromatu ze skórki pomarańczy i kwiatów hibiskusa. Tajemnica kryje się w tym, by... no, ale to ci powiem, jak mnie odwiedzisz.
Weszła do pokoju, uśmiechając się delikatnie do Lamberta i Jona.
- Z Talerem wszystko w porządku? - zapytała, gdy za służącym zamknęły się drzwi. - Nie wygląda najlepiej.
Wino było drobną niespodzianką. Owszem, sama przyznała, że będzie musiała się napić, gdy będzie co świętować, ale nie sądziła, by Lambert planował świętować tak wcześnie w ciągu dnia. Nie wzięła nawet zwojego eliksiru osłabienia działania alkoholu. No cóż, obietnica została złożona, a w zasadzie nawet dwie obietnice.
- Ponieważ pan tak lubi dodawać trucizn do napojów - powiedziała, nawiązując do poprzedniego spotkania i uśmiechając się nieco szerzej do Lamberta - to muszę lojalnie ostrzec, że podjęłam pewne kroki, na wypadek, gdyby spotkał mnie dzisiaj przedwczesny zgon... na przykład od nieco szybciej działającej trucizny w winie. Ale ponieważ jestem niemal pewna, że nie próbowałby pan czegoś takiego... na zdrowie! Za nasz udany skok i za Ferrosa, który musiał nam kibicować tego dnia.
Skosztowała wina.
- Dobre. Bardzo delikatna nuta cyjanku. Czy to wilcze jagody czuję? - powiedziała i upiła dłuższy łyk. - Nie wiem, jak będzie pasowało do herbaty z sokiem mango i mlekiem, ale samo wino wyborne. Ma pan dobry gust, panie Gresk.
Opowiedziała ze szczegółami o jej przesłuchaniu na posterunku straży. Z trudem powstrzymała śmiech, gdy mówiła o minach jakie strażnicy zrobili, gdy opowiadała o tym jak przespała się z niejakim Giorgem w nadziei na to, że kupi jej coś ładnego.
- Martwi mnie, że nie było tam Vincenta - powiedziała, poważniejąc. - Moja bajeczka jest dość dobra, ale on nie jest głupi i nie wykluczam, że mnie podejrzewa. Byłam bardzo ostrożna i jestem niemal pewna, że jeśli ktokolwiek mnie śledził, to zgubiłam ogon, ale... - wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i powiodła ręką od szyi w dół, akcentując swój strój: niebieską, wydekoltowaną, dość obcisłą sukienkę, z rozcięciami na bokach niemal do bioder i spodem opadającym nierówno: na prawej nodze niemal do kolana, na lewej jednak jedynie do połowy uda. - Stąd też ten strój. Gdyby mnie ktoś miał śledzić, to właśnie udałam się do klienta... - spojrzała na Jona i uśmiechnęła się szerzej - cóż, klientÓW. Nie sądzę, by to kogokolwiek oszukało, ale zawsze warto spróbować. Jeśli więc ktoś tu nagle wpadnie, bądźcie gotowi zacząć jęczeć z rozkoszy.
Upiła jeszcze trochę wina i podeszła do maski, zostawiając na chwilę towarzyszy.
- A więc to dla tej rzeczy poświęciłam moją nową sukienkę? - powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał lekko, ale nie do końca jej się to udało.
Wyciągnęła rękę by dotknąć maski, ale coś - intuicja, ostrożność, paranoja, podszept Ferrosa lub wspomnienie nagabywań ciotki - "bo Kryttis zje twoją duszę" - sprawiła, że ją cofnęła.
- To co teraz? - zapytała. - Komu ją sprzedajemy? I co z resztą fantów? Poszaleliście panowie, kraść cały wóz. Wyrazy uznania.
Veni, rescripsi, discessi

Awatar użytkownika
Jon
Posty: 69
Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon, przeżywał całe spektrum emocji.

Był chwiejny jak trzcina na wietrze. Doskonale zapamiętał obietnicę Lamberta o opijaniu udanego skoku, ale po pierwsze, Lambert nie wspominał, że muszą to robić razem, a po drugie Jon nie należał do ludzi, którzy potrzebują jakichkolwiek okazji, by się urżnąć. Celebrował życie i opijał każdy oddech, można by tak rzec.

A więc był chwiejny, bo chód już mu zmiękł, a na widok Saryi kolana zatrzęsły się jak galareta. Czy to znaczy, że Jon zakochał się w Saryi, lub też wyczuł w niej coś specjalnego? I tak, i nie. Jon w każdej kobiecie zawsze chciał znaleźć coś specjalnego, a mianowicie siebie. Kochał wszelkie kobiety. Bez wyjątku. Niektóre miłością platoniczną, ale te bardziej urodziwe prawdziwym uczuciem gorejącym.

Humor mu dopisywał. Poza tymi momentami, w których nie.

Przez głowę przelatywały mu tysiące myśli i ze skupieniem do detali dostępnym tylko dla świetnie wykształconych i wysoko urodzonych starannie zignorował zmianę aparycji Talera, a nawet wymazał z głowy, że cokolwiek się zmieniło. Tak po prawdzie, to nie było pewności, by cokolwiek zauważył.

Długo międlił w głowie swoją przemowę, którą dopracowywał od wczoraj. Składała się na nią litania marudzenia i dramatyzowania jakim torturom został poddany na komisariacie, że pytali, zaczepiali, zjeść w spokoju nie dali, ale on, nic, gębę zamknął, prychał, kichał i ogólnie japa, on nic nie wie, mało tego, gówno go to obchodzi on ma robotę. Papiery, kwity, raporty. Wszystko to wrzucił do szuflady, do której nie zamierzał w najbliższym czasie zaglądać.

Już otwierał usta, by rozpocząć wielkie przedstawienie pod tytułem "Przez cierpienia do chwały", akt pierwszy, scena pierwsze. Jon męczy bułę niezainteresowanym wspólnikom.

Wtedy ujrzał maskę i zajęczał nieartykułowanie, co Sarya mogła wziąć za niespodziewaną próbę wspomnianych jęków rozkoszy. Wino wychylił na raz, jak wychyla się o wiele mocniejsze alkohole, oblał sobie przy tym podbródek, ale wytarł się tylko machinalnie rękawem i ujął w dłonie maskę.

- Tyle trudu - wyszeptał. - Dla ciebie.

- Oczywiście, że poszaleliśmy - przytaknął Saryi, choć jeszcze nie do końca wrócił na ziemię i ani oczu, ani rąk od maski nie mógł oderwać. - Pościg powozów w dzielnicy wysokiej! No ale może trochę ceny spadną z tej okazji.

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Na pytanie o samopoczucie Talera, Lambert uśmiechnął się tylko krzywo i delikatnie pokręcił głową. Lepiej nie drążyć, zdawał się mówić ten gest.
Kolejny gest mówił natomiast znacznie więcej o charakterze Greska. Moment, kiedy Sarya tłumaczyła się z doboru stroju, wykorzystał, by bezceremonialnie powieść wzrokiem po sukni - szczególną uwagę poświęcając miejscom, w których było jej najmniej lub wcale.
Szybko się zreflektował. Upił wina, by ukryć delikatny uśmieszek.
- Jestem pewien, pani Saryo, że gdy odwiedza pani klientów, jęki zachwytu niosą się już od progu, odkąd ci choćby na panią spojrzą. Komplementować jedynie pani urodę, byłoby nietaktem i niedocenieniem. Wyrazy uznania dla pani silnej woli i determinacji. Takie nogi nie spadają z nieba, trzeba na nie zapracować. - Wzniósł kieliszek. - Za determinację. I za piękne nogi.
Wypili. Jonowi toast, a przynajmniej jego część, musiał wyjątkowo przypaść do gustu, bo osuszył naczynie jednym haustem. Lambert popatrzył za nim, odchodzącym w stronę maski.
- Pozwoliłem sobie uruchomić pewne kontakty - powiedział, znów odwracając się do Saryi. - Od dawna sam nie szukam kupców na pomniejsze rzeczy. Zawartość wozu z pewnością cieszy oko i pozwoli nieźle zarobić, ale to błahostki, rzeczy, którymi handlować może każdy. Dwóch moich pracuje już nad znalezieniem kupców. Oczywiście, zanim dojdzie do transakcji, będziemy musieli chwilę poczekać. Flatter będzie szczególnie wyczulony, nie przepuści żadnej informacji dotyczącej któregoś z jego skradzionych dóbr. Macie jednak moje słowo, że gdy chłopcom uda się sfinalizowa...
Przerwał mu dźwięk tłuczonej porcelany. W drzwiach stał Taler. Był jeszcze bledszy, niż kiedy otwierał drzwi gościom. Dłonie, w których jeszcze chwilę temu znajdowały się imbryk oraz filiżanka, wciąż trzymał na wysokości mostka. Naczynia leżały u jego stóp, porcelana potłukła się w drobny mak.
Cała trójka odruchowo odwróciła się w stronę sługi. Jon zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze - niezręczność była ostatnim, o co mógłby oskarżyć Talera. Po drugie - oczy chłopaka wlepiały się w maskę w jego dłoniach, a rozedrgane usta powtarzały ciche: nie... nie... nie...

Awatar użytkownika
Denadareth
Posty: 1146
Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sarya odpowiedziała uśmiechem.
- To chyba jeden z najpiękniejszych komplementów i toastów, jakie miałam przyjemność usłyszeć - powiedziała. - Gdyby jednak sama moja obecność sprowadzała na mężczyzn aż taką przyjemność, jak pan mówi, to moja praca byłaby o wiele łatwiejsza.
Uśmiechnęła się raz jeszcze do Lamberta, pijąc kolejny łyk wina. Musiała uważać; mocna głowa nie była jej mocną stroną. Kieliszek był już niemal pusty, ale nie wykończyła ostatnich paru kropel, nie chcąc na razie dolewki. Zamiast tego odwróciła się do Jona, wpatrującego się w maską z intensywnością, która sprawiła, że ciarki jej przeszły po plecach.
Dlatego też, gdy rozbiła się niesiona przez Talera zastawa, podskoczyła, ledwie powstrzymując się przed wydaniem okrzyku, jaki w dawnych, na wpół zapomnianych czasach wydałaby na widok szczura w sypialni.
- Taler? Wszystko w porządku? - zapytała, wodząc wzrokiem to na służącego, to na trzymaną przez Jona maskę.
Veni, rescripsi, discessi

Awatar użytkownika
Jon
Posty: 69
Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Harmider wyrwał Jona z zadumania. Odwrócił się i zmierzył Talera wzrokiem, z niejakim rozbawieniem, notując fakt, jak młodzieniec też nie jest w stanie oderwać wzroku od maski.

Przyłożył ją sobie do twarzy i wbił spojrzenie w Talera.

- Bu! - krzyknął.

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert ruszył w stronę Talera. Sarya mogła dostrzec na twarzy skrytobójcy coś, czego nigdy nie spodziewałaby się tam ujrzeć - niepokój wymieszany z... troską? Mężczyzna dopadł do sługi i położył mu dłonie na ramionach. Potrząsnął nim delikatnie.
- Uspokój się, Taler. To nie wróci - powiedział stanowczo. - Już po wszystkim.
I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.
Jon przyłożył maskę do twarzy.
Taler, choć wydawało się to niemożliwe, pobladł jeszcze bardziej. Ugięły się pod nim kolana. Porcelana chrzęstnęła, gdy chłopak uklęknął na potłuczonych naczyniach. Przycisnął do oczu zaciśnięte pięści, jak gdyby chciał je sobie wcisnąć w głąb czaszki.
Lambert odwrócił się błyskawicznie. Wyciągnął w stronę Jona rękę z szeroko otwartą dłonią. Otworzył usta, jak gdyby chciał krzyknąć, ostrzec go, ale słowa nie wydobyły się na zewnątrz. Od razu spostrzegł, że jest już zbyt późno.
Jon runął na parkiet z gracją wyburzanej rudery z dzielnicy portowej. Jego ciałem targnęły dreszcze.
***
Otwierasz oczy. Miejsce, które widzisz, w niczym nie przypomina mieszkania należącego do Lamberta Greska. Pierwszym, co widzisz, są ceglany sufit i ściana. Czujesz ból w plecach. Całe ciało masz obolałe od długich godzin spędzonych na niewygodnej pryczy.
Gdzieś na obrzeżach świadomości pojawia się poczucie, że znasz to miejsce. Że już je widziałeś. W zupełnie innych okolicznościach. Nie umiesz sobie jednak przypomnieć, co to było. Nie masz okazji, by się nad tym skupić.
- Wyjdź mi z głowy! - słyszysz wydobywający się z twojego gardła krzyk. Głos jest zachrypnięty, nieprzyjemny. Zdecydowanie nie należy do ciebie. - Wyjdź, wyjdź, wyjdź! Wiem, że tam jesteś. Znowu!
Choć decyzja o tym nie należy do ciebie, siadasz na leżu. Czujesz, że gdybyś chciał zaprotestować, mógłbyś przeciwstawić się temu ruchowi. Jesteś jednak zbyt skonfundowany, by próbować. Twoje ręce unoszą się ku głowie. Obejmują czaszkę. Szarpią włosy.
- Ile jeszcze?! - wołasz. - Ile?!


***
Lambert dopadł leżącego Jona. Zdecydowanym ruchem chwycił maskę tuż pod brodą szlachcica i zerwał ją z jego twarzy. Szybko odłożył ją z powrotem na stół, jak gdyby parzyła.
- Jon! - uderzył go w policzek. - Jon, do kurwy nędzy!
Szlachcic odzyskał przytomność. Obraz ceglanego pomieszczenia wciąż majaczył mu przed oczami. Pochylonego nad sobą Lamberta widział jak przez mgłę. Ostrość widzenia wracała powoli.
Tymczasem Taler oddychał głęboko, wciąż na klęczkach. Najgorszy szok już minął. Teraz wpatrywał się w rozgrywającą się scenę. Z jego twarzy trudno było wyczytać cokolwiek.

Awatar użytkownika
Jon
Posty: 69
Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon szarpnął się i odepchnął Lamberta gwałtownie. Usiadł, próbując uspokoić skołatane serce. Oddech wyrywał się z piersi.

Próbował coś powiedzieć, ale w obawie czyj głos usłyszy, sięgnął najpierw po wino. Rozstrzęsione ręce próbowały nalać cokolwiek do kieliszka, ale więcej rozlały po podłodze i spodniach. Jon przyłożył butelkę do ust i pił.

I pił.

I pił.

Ale nie pękł. Gdy Lambert otwierał usta, by coś powiedzieć, Jon tylko spiorunował go wzrokiem i uniósł palec, że jeszcze nie skończył. Gdy był w połowie butelki, w końcu oderwał ją od twarzy i nieco mniej drżącą dłonią niż przed chwilą wytarł brodę.

- Co... - zachrypiał, ale znajome brzmienie własnego głosu bardzo go uspokoiło. - Co to było? Widzieliście to, co ja? Jak...?

Awatar użytkownika
Denadareth
Posty: 1146
Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Jeszcze rodzice Saryi i zatrudniani przez nich nauczyciele próbowali ją nauczyć, że damie nie przystoi być sarkastyczną. Mężczyźni nie lubili, jak "ich" kobieta - czy to żona, kochanka czy panienka na jedną noc, rzuca sarkastycznymi komentarzami do słów mądrości, które wypowiadają. Dopiero mąż Saryi i jego ciężka ręka sprawiły, że Sarya zaczęła się bardziej pilnować pod tym względem. Gdy więc zaczęła pracować w Domu Urody, nie chcąc odstraszać nowych klientów, sama już kontrolowała swój język. Była zawsze miła, a jej język był słodki jak miód... na więcej niż jeden tylko sposób.
Gdy jednak była zdenerwowana lub zaskoczona, czasem wracało echo przemądrzałej, sarkastycznej dziewczyny, która myślała, że pozjadała wszystkie rozumy i że świat kręci się wokół niej.
- Ach, maska złego boga jest przeklęta albo otacza ją jakaś zła moc. Cóż za zwrot akcji - powiedziała spokojnym tonem, który kontrastował z jej szybkimi ruchami, gdy narzucała na maskę fragment obrusa, tak by nie było jej nawet widać. - Gdyby tylko ktoś wspomniał o takiej możliwości już podczas planowania. A nie, przepraszam, pamięć płata mi figle. Ja o tym wspomniałam.
Podeszła bliżej - ale niezbyt blisko - do Jona, przypatrując mu się uważnie. Jedną dłoń trzymała za plecami, blisko pochwy z krótkim sztyletem.
- Jak się czujesz? - zapytała słodkim głosem, uważnie przyglądając się oczom i rysom twarzy strażnika, szykując czegokolwiek podejrzanego. - Czy odczuwasz przemożną chęć poderżnięcia naszych gardeł i tańczenia nago w tryskających z naszych gardeł fontannach krwi, wyśpiewując przy tym bluźniercze treści? - I uśmiech i ton Saryi stał się jeszcze bardziej słodki. - Wolisz mnie na tym stole zerżnąć czy zarżnąć?
- Trzeba szybko sprzedać tę maskę - powiedziała do Lamberta, nie odwracając wzroku od Jona. - Muszę też jeszcze raz zapytać, co dolega panu Talerowi.
Veni, rescripsi, discessi

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Jon wciąż siedział otępiały. Patrzył po twarzach zebranych, szukając w nich wyjaśnienia tego, co zaszło. Opróżniona do połowy butelka po winie kołysała się delikatnie w jego palcach. Lambert zastanawiał się, czy strażnik w ogóle zdaje sobie sprawę, że trzyma coś w ręce.

Gdy Sarya zakryła maskę obrusem, Taler wzdrygnął się. Wciąż był blady, ale brak tego dziwnego artefaktu w polu widzenia widocznie podziałał na niego otrzeźwiająco. Pochylił się, by zacząć zbierać roztrzaskaną porcelanę. Podobnie jak w przypadku Jona, jego ruchy były raczej mechaniczne i bezmyślne. Uciekali w to, co znajome. Taler - w bycie przykładnym sługą Lamberta. Jon - w bycie przykładnym sługą nałogu.

- Zostaw, Taler - powiedział Lambert, a w jego głosie przebrzmiała zaskakująca łagodność. - Siadaj.

Właściciel mieszkania spokojnym acz stanowczym gestem wyjął butelkę z dłoni Jona i nalał wina do kieliszka. Wyciągnął dłoń z naczyniem w stronę sługi.

Taler podszedł powoli i niepewnie chwycił nóżkę kieliszka. Gdy Lambert wskazał miejsce, usiadł przy stole. Sarya zauważyła, że odsunął swoje krzesło możliwie najdalej od miejsca, w którym pod obrusem majaczył złowrogi kształt maski.

- Mów, Taler. A ty spróbuj posłuchać, Jon. Żebyś mógł potwierdzić lub zaprzeczyć.

Sługa odetchnął głęboko, po czym pociągnął spory łyk z kieliszka. Odłożył naczynie na stół, ale po chwili namysłu uniósł je ponownie i osuszył do końca.

- Gdy pan Lambert wrócił z maską, wręczył mi ją. Powiedział, że mam znaleźć dla niej jakieś honorowe miejsce, żeby dobrze się prezentowała, gdy państwo się pojawicie. Potem... Potem zaśmiał się, że pewnie byłoby mi w niej do twarzy.

Lambert uśmiechnął się cierpko.

- Odkąd chwyciłem maskę - podjął Taler - czułem, że coś w niej jest. Jakby mrowienie w rękach. Dlatego gdy pan Lambert zasugerował, że mógłbym ją założyć, od razu skorzystałem z okazji. A potem... - Nabrał tchu. - Przeniosłem się gdzieś. Do innego miejsca, do innego ciała. Przysięgam, nie zwariowałem. Czułem, jakbym przeniósł się do głowy kogoś innego. Kogoś, kto też tam był. Jak byśmy byli dwiema jaźniami w jednym ciele.

Przerwał, by spojrzeć na twarze zebranych. Chciał upewnić się, czy nie mają go za wariata. Czy mu wierzą.

- Ale ta druga... To drugie ja nie chciało walczyć. Było zmęczone, znużone ciągła walką o sobie. Tak to zrozumiałem. I gdy zdałem sobie z tego sprawę, gdy zrozumiałem, co się dzieje, wizja urwała się.

- Opisz miejsce, w którym się znajdowałeś - poprosił Lambert.

Więc Taler opisał. Ceglaną ścianę i sufit. Pryczę. A gdy opowiadał, przed oczami Jona znów stanęły te obrazy. I nagle zrozumiał, skąd znał to miejsce.

Taler skończył mówić. Lambert podziękował mu skinieniem głowy.

- Teraz możesz posprzątać - polecił. Następnie odwrócił się do Saryi. - Nadal uważa pani, że maskę należy sprzedać?

Awatar użytkownika
Jon
Posty: 69
Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
- Cóż za szczęście, że niektórzy zupełnie nie potrzebują mrocznych artefaktów, by być podejrzanymi o służenie złym bogom - złośliwie wychrypiał Jon, zaskakując samego siebie, tym sprawnym tranzytem między mózgiem a językiem. - I panna będzie musiała mi wybaczyć, gdyż przy obecnych okolicznościach, przy tym stole chciałbym się po prostu urżnąć.

- Taler nie kłamie - stwierdził krótko Jon. - I niewiele więcej jest tam do dodania.

Miał zamiar się podnieść, by udać się po uzupełnienie płynów, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu, czując, że kolana chwilowo zamieniły mu się w galaretę. Pokazał tylko Lambertowi palcem pusty kieliszek.

- Może oprócz tego - dodał, gdy Lambert po majestatycznym, niekończącym się przejściu kilku kroków, podczas których nie ukrywał rozbawienia, zaczął w końcu nalewać mu wino. - Że jest to bardzo chora sytuacja i naprawdę spodziewałem się po tobie, Lambercie, poczucia humoru nieco wyższych lotów. No i tego że ja znam to miejsce.

Zastanawiał się jak to przekazać. Przez chwilę chciał ukryć ten fakt, ale z drugiej strony znajdował się wśród ludzi, którzy byli bardzo blisko zostania świadkami tego jak narobił w spodnie podczas opętania bogu ducha winnego człowieka, a dzień wcześniej obrabowali powóz. Znał się z Saryą od wczoraj a przeżyli wspólnie więcej niż większość małżeństw przez całe życie. A odkąd podżynanie gardeł zostało oficjalnie uznane jako jedna z propozycji spędzania czasu, to Jon od razu czuł się jak po ślubie.

- Dawno, dawno temu - zaczął. - Czyli około rok temu. Będąc na balu u Carr dash Yannów, została mi przedstawiona pewna panna. A w sumie to pani, ale wtedy o tym nie wiedziałem. Przypadliśmy sobie do gustu i odwiedzając ją raz po raz zdarzało nam zwiedzać wiele komnat w jej rodzinnej posiadłości. Posiadłości męża jak się potem okazało, gdyż panna Alishya Kiss, była tak naprawdę panią Alishyą Vunderland i musieliśmy się kryć. Zapytacie, czy miałem podejrzenia? Być może... Czy miałem natomiast dużo radości? Z pewnością. Na głosy, że nie wypada, byłem głuchy, choć tu akurat sprawcami mogły się okazać nogi Alishyi owinięte wokół mojej głowy. Głowy, którą niewiele później sam pan Vunderland był niezdrowo zainteresowany. Podobno chciał mnie uwiesić na ścianie wśród zwierzyny, choć porożem, to raczej on by tam pasował...

Twarz Jona przybrała nieco żywszych barw na wspomnienia upojnych dni w rezydencji Vunderlanda.

- Jak słyszycie, moi mili, w pamięci mam bardzo miłe wspomnienia, które Lambert postanowił ewidentnie mi obrzydzić. Mianowicie podczas tych moich wycieczek turystyczno-matrymonialnych, zwiedziłem w rezydencji Vunderlanda i tą piwniczkę na wino, o której opowiadał nam Taler. Dobre roczniki, dużo kurzu, wilgoć i małe zakratowane okienko. Raczej, przeciw służbie, żeby tam nie wlazła, niż żeby kogoś siłą trzymać w środku. A i pryczy sobie w owym czasie nie przypominam.

- Raczysz mi, Lambert, przyjacielu, wyjaśnić - zapytał, nadając głosowi ten niezawodny ton człowieka, który będzie tak długo ignorował rzeczywistość, aż ta nagnie się do jego woli. - O jaką cholerę tu chodzi?

Awatar użytkownika
Denadareth
Posty: 1146
Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Wyraz na twarzy Saryi nie zmienił się nawet o jotę. Naprawdę miała nadzieję, że słowa Jona były jedynie kontrą do jej - średniej jakości - żartu. Byłoby to zaiste niefortunne, gdyby musiała tak obiecującą znajomość przerwać, zabijając strażnika za to, że odgadł jej sekret.
- Pan Shechire Vunderland? - zapytała, chwytając się dalszej części wypowiedzi Jona. - Znam tego pana i nie wydaje mi się, by miał on prawo komukolwiek wyrzucać brak wierności małżeńskiej. Z drugiej strony, hipokryzja u tego rodzaju osób jest zjawiskiem powszechnym. Dodam też, że pewne jego przymioty, zarówno ciała jak i ducha, sprawiają, że w ogóle nie dziwi mnie, że jego małżonka miała ochotę zażyć trochę przyjemności poza małżeńskim łożem.
Zmarszczyła brwi.
- Ale przyznam szczerze, że nie rozumiem, co to znaczy, że maska pokazała ci jego piwnicę - powiedziała, przechodząc do meritum. - Umieściła cię w ciele kogoś przetrzymywanego tam?
Następnie spojrzała na Lamberta, pozwalając, by na jej twarzy odmalowało się delikatne zaskoczenie.
- A pan nie uważa, że maskę należy sprzedać? - zapytała. - Żadne z nas, jak mniemam, nie jest ekspertem w sprawach magicznych a niespecjalnie możemy udać się do jakiegoś maga, gdyż po pierwsze, nie ma ich za wielu, po drugie zaś, okoliczności zdobycia tego przedmiotu raczej nakazują, byśmy utrzymywali jego posiadanie w tajemnicy. Zaś zabawa artefaktem, którego mocy się nie rozumie... to zupełnie inny poziom ryzyka.
Veni, rescripsi, discessi

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
- W umyśle. Obok tego kogoś - odezwał się Taler, słysząc pytanie Saryi. Udało mu się już zebrać na dłoń większą część strzaskanej porcelany. Klęczał teraz, trzymając na ułożonej płasko ręce białawy pyłek. - Jak gdyby przyszło się w gości do czyjegoś ciała. Rozmawiało myślami. Tyle że... odwiedzający i gospodarz jednocześnie sprawują kontrolę nad ciałem. Zdaje się, że gospodarz może więcej, bo sam czułem, że ciało rusza się bez mojej woli, ale byłem w szoku. Nie wiem, czy istnieje sposób, by to wytrenować, by się przyzwyczaić.
Wzdrygnął się, jakby sama myśl, że ktoś mógłby do tego przywyknąć, napawała go wstrętem.
- Czy mogę odejść po miotłę? - zapytał, na co Lambert skinął głową. - Przepraszam państwa na chwilę.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, zapadła cisza. Po chwili odezwał się Lambert.
- Słysząc wasze reakcje, odnoszę wrażenie, że stoimy teraz przed dwoma najbardziej palącymi kwestiami. Pierwszą, którą niezwykle zgrabnie ubrał w słowa Jon, jest dowiedzenie się, o jaką cholerę tu chodzi. Drugą, będącą, zdaje się, główną rozterką pani Saryi, jest zadecydowanie, czy chcemy się tego dowiedzieć.
Sięgnął za pazuchę i z wewnętrznej kieszeni wyciągnął papierośnicę. Spojrzał pytająco na Saryę, bez wahania wyciągnął srebrne pudełeczko w stronę Jona.
- Tytoń zmieszany z suszonymi jabłkami. Bez paju. Starczy ci chyba podróży jak na tę chwilę. - Uśmiechnął się przepraszająco, po czym sięgnął także po papierosa dla siebie.
Podszedł do okna i uchylił je. Do pomieszczenia wdarł się typowy dla tej części miasta i tej godziny gwar. Ktoś gdzieś biegł, ktoś wzywał dorożkę, ktoś prowadził niezwykle ważną rozmowę. W dłoni Lamberta pojawiła się płonąca zapałka. Po chwili po pokoju rozszedł się charakterystyczny zapach - mimo dodatku jabłek, tytoń drażnił nosy.
- Przykro mi, pani Saryo, ale odpowiedź na pani pytanie może być tylko jedna - nie wiem. Nie wiem, czy mieszanie się w to jest bezpieczne, czy przyniesie nam korzyści, czy raczej zaprowadzi nas w jakąś niezwykle ryzykowną sytuację. Wiem natomiast, że nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie spróbował. Pani, naturalnie, nie zamierzam do niczego zmuszać. Nie widzę powodu, żeby zabronić pani teraz wyjścia z tego salonu, umówienia się z Talerem na wieczór przy jego kolekcji herbat i zapomnienia o sprawie maski. Obiecuję odnaleźć panią, gdy moim ludziom uda się sfinalizować sprzedaż pozostałej części skradzionych towarów. Gwarantuję, że zysk zadowoli panią lepiej niż najjurniejszy klient. Jeśli uważa pani, że to zbyt niebezpieczne, proszę nie dawać mi się zatrzymywać. - Zaciągnął się. - Jeśli jednak zechce pani przejść z nami do etapu, w którym próbujemy znaleźć odpowiedź na pytanie, czym właściwie jest rzecz ukryta pod obrusem, mam dobrą wiadomość. Znam kogoś, kto może wiedzieć nieco więcej na ten temat.

Awatar użytkownika
Jon
Posty: 69
Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon przez chwilę wodził wzrokiem od Lamberta do Saryi, szukajac sensu i poprawy samopoczucia w tej sytuacji.

- Lambercie - westchnął w końcu, zaciągając się podarowanym papierosem - a czy ty... korzystałeś już z tego przedmiotu, czy tylko bawisz się cudzym kosztem?

Czuł się źle. Wiedział, że wprowadza atmosferę podejrzeń i niechęci, ale samopoczucie miał podłe. Był wypluty, zmęczony i robiono sobie z niego żarty. Był urażony.

- Od początku byłeś zainteresowany tylko tym przedmiotem, więc na ten moment, to ty jesteś kimś, kto może wiedzieć coś więcej. Czego nam nie mówisz, przyjacielu?

Awatar użytkownika
Denadareth
Posty: 1146
Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Głębszy oddech, uspokoić się, upewnić się, że ręka się nie trzęsie, pociągnąć delikatny łyk alkoholu.
- Zostaję - powiedziała krótko. - Kim jest ten... ktoś, o którym mówisz? I czy jest zaufany i dyskretny?
Przynajmniej w ten sposób, będzie miała możliwość mieć oko na całą sytuację. A przynajmniej sobie powtarzała, że to było źródło jej decyzji, nawet jeśli nie tylko podświadomie, ale i świadomie znała prawdziwy powód.
"Wiem natomiast, że nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie spróbował."
To zdanie stanowiło sedno problemu. Sarya była w stanie od ręki podać mnóstwo powodów, dla których należało się pozbyć maski jak najszybciej. Gdyby zaś Lambert nie miał na to ochoty, zawsze mogła odejść. Ale właśnie nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie doprowadziła sprawy do końca. Ciekawość doprowadziłaby ją do szaleństwa.
Nie mówiła nic więcej. Pytania Jona były dobre i tym cenniejsze, jako że on i Lambert znali się o wiele dłużej. Ciekawiło ją, jakiej odpowiedzi Lambert udzieli towarzyszowi.
Veni, rescripsi, discessi

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
Lambert przez dłuższą chwilę patrzył w milczeniu na Jona. Coś zmieniło się w obliczu gospodarza, coś trudnego do zdefiniowania, ale jednocześnie niezwykle bardzo wyraźnego. Gdzieś zniknął przyjazny błysk, jak gdyby zgasły tańczące do tej pory w oczach wesołe ogniki. Choć Gresk wciąż delikatnie się uśmiechał, trudno było dopatrzeć się w tym uśmiechu radości. Przywodził na myśl raczej maskę, wyuczoną pozę, pragmatyczny grymas.
Mimo że dla Saryi ta zmiana była czymś nowym - choć niekoniecznie zaskakującym - Jon widywał już Lamberta w takim stanie. Raz, gdy po pijaku wracali z karczmy i zaczepili ich trzej kloszardzi, Lambert obdarzył ich tym samym spojrzeniem. W mgnieniu oka przepadł gdzieś jego dobry humor, a nieskazitelne maniery odeszły w niepamięć. Zastąpiła je lodowata, nieczuła brutalność.
Jon poczuł, że jego mięśnie napinają się mimowolnie. Nie wiedział, czego oczekiwać po Gresku i jak zwykle w takiej sytuacji, oczekiwał najgorszego.
To jednak nie nadeszło.
Zamiast tego nadszedł Taler, w rękach niosąc miotełkę i szufelkę. Wyglądał już znacznie lepiej - choć wciąż był nieco blady, poruszał się pewnie i zdecydowanie. Dłonie nie drżały mu, gdy wyuczonymi gestami zmiatał z podłogi szczątki porcelanowej zastawy.
Lambert rozluźnił się nieco na widok sługi. Odzyskał rezon.
- Czytałem o tej masce, Jon. Podejrzewałem, że jest cenniejsza, niż mogło się wydawać, ponieważ wzmianki o niej odnajdowałem w wielu interesujących, często słabo dostępnych, źródłach. Podkreślam jednak, że z początku były to jedynie podejrzenia. Spodziewałem się, że nadzieje okażą się płonne i ostatecznie po prostu sprzedamy tę maskę, ciesząc się sowitym zyskiem. - Przerwał na moment i spojrzał na charakterystyczny kształt pod obrusem. - Gdy jednak pierwszy raz położyłem dłoń na masce, poczułem coś dziwnego. Dreszcz znacznie inny niż ten, jaki zwykle towarzyszy emocjom przy udanym skoku. Wtedy po raz pierwszy poczułem prawdziwą nadzieję, że ta maska to coś więcej. Gdy wróciłem do siebie, poprosiłem Talera, by ją przymierzył.
Uważne oko Saryi spostrzegło, że Taler znów na moment zesztywniał. Błyskawicznie uniósł wzrok na Lamberta, jednak po chwili znów skupiony był tylko na sprzątaniu. To, z jaką łatwością chłopak doszedł do siebie tym razem, zaimponowało pracownicy Domu Urody.
- Nie protestowałem, gdy sięgnąłeś po maskę, Jon, choć pewnie mogłem cię ostrzec. Przepraszam, że zabawiłem się twoim kosztem. Ostatecznie jednak wiedziałem, że Talerowi nic się nie stało, a twoje założenie maski pozwoliło nam dowiedzieć się nieco więcej o jej działaniu. Obu pokazała to samo, nie jest to więc wizja tworzona przez konkretny umysł, a raczej jakiś rodzaj transu narzucany przez przedmiot. To duża wskazówka... z którą, niestety, nic więcej nie umiem zrobić samodzielnie.
Lambert podszedł do Jona i położył mu dłoń na ramieniu. Gest był nieco protekcjonalny, a biorąc pod uwagę wcześniejszą reakcję skrytobójcy, spowijającą go aurę chłodu, zarówno Saryi jak i samemu Jonowi trudno było interpretować go jako jednoznacznie przyjazny. Każde z nich miało swoje sekrety i ciemne strony. Ostatecznie musieli uznać, że nawet jeśli w Lambercie czai się zimnokrwiste zło, ten gest stanowił przynajmniej próbę zepchnięcia go głębiej.
- Powiedz, jeśli mogę zrobić coś, co wynagrodzi twój dyskomfort.

Awatar użytkownika
Jon
Posty: 69
Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Jon był przerażony. Czuł jak serce tłucze mu o żebra, a krew w skroniach huczy jak sztormowe fale.

Jak nigdy wcześniej stało się dla niego jasne, że Lambert jest szalony. Nie, nie szalony. Jest niewiadomą. Niebywale niebezpieczną niewiadomą, która do tej pory była wspaniałym kompanem do burd i pijatyk. Czy Jon kiedykolwiek myślał o Lambercie jak o przyjacielu? Nie, raczej nie, choć byli wobec siebie serdeczni i szczerzy. Lubili się. Przynajmniej Jon lubił Lamberta, jego obycie, bogactwo i brak hamulców. Jego dzikość nie przeszkadzała Jonowi, bo nigdy nie była wycelowana w niego. Czuł się jak treser lwów, który wychowywał bestię od kociaka.

Ale teraz lew łakomie spojrzał na swojego tresera. Przysiadł płasko i w tym charakterystycznym geście poruszył łopatkami, zatrzymując się w każdej chwili gotów do skoku. I treser poczuł kim jest człowiek wobec zwierzęcia.

Opanował się najszybciej jak potrafił.

Chwycił dłoń Lamberta, jakby ten chciał pomóc mu wstać i Jon wskoczył na równe nogi, opierając się na nim.

- Dyskomfort? - zaśmiał się Jon, miał nadzieję, że naturalnie. Przybrał na powrót pozę znudzonego szlachcica. - Na twoim miejscu zrobiłbym to samo. Wielkie umysły ciekawe są tajemnic świata, a nie mogą przecież ryzykować utratą własnych zmysłów, prawda?

- Nie musisz nic robić, przyjacielu. Jestem po prostu nieco skołowany - dodał, pobrzękujac butelkami przy barku. - No może, jeżeli byłbyś tak uprzejmy, nie stawiaj mnie w roli królika doświadczalnego przy kolejnych magicznych eksperymentach? Niemagicznych, zresztą też.

Nalał trzy kieliszki, po namyśle nalał też czwarty i z uśmiechem na ustach rozdał wspólnikom. Zaczął od zaskoczonego Talera, by przejść ku Lambertowi. Na koniec zostawił Saryę, której z kamienną twarzą spojrzał głęboko w oczy i skierował na ułamek sekundy wzrok na Lamberta. Uniósł brwi w niemym pytaniu, które nie mogło tu paść. I nie mógł ryzykować dłużej niż próbę tego cichego sojuszu, niż te chwilowe spojrzenie, te zmarszczenie czoła.

- Tylko szaleniec nie skorzystałby z takiej okazji - powiedział głośno, wznosząc toast.

Awatar użytkownika
Denadareth
Posty: 1146
Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Pocieszny.
Tym słowem Sarya określiłaby Talera. I chociaż była pewna, że gdyby razem spotkali się na rozmowę o dobrych herbatach, najlepiej połączoną z ich degustacją , to bawiłaby się całkiem miło, to i tak nie sądziła, że określi go inaczej niż "pocieszny". W Lambercie i Jonie były siła i dzikość, a Taler był... pocieszny.
Tym bardziej była zdziwiona jak szybko się pozbierał. Był silniejszy niż jej się zdawało, a jej rzadko zdarzało się tak bardzo kogoś niedocenić. Takie błędy były niebezpieczne. Musiała być bardziej ostrożna, zwłaszcza, że sytuacja stawała się coraz bardziej skomplikowana... i interesująca.
Gdyby nie to, że właśnie zganiła się za brak uwagi wobec Talera i poprzysięgła sobie, że zdwoi czujność, może nie wychwyciłaby niewerbalnej części reakcji Lamberta i Jona. Coraz bardziej interesująco... ale i sytuacja stawała się nieco bardziej napięta.
Gdyby miała powód przypuszczać, że to maska tak wpłynęła na Lamberta, po prostu by ją teraz zniszczyła i pieprzyć konsekwencje. Sądziła, że lepiej od towarzyszy rozumie, że bogów - a zwłaszcza niektórych z nich - nie należy lekceważyć. Wszystko jednak wskazywało, że to okrucieństwo i brutalność, którego wyraz na chwilę pojawił się na twarzy Lamberta, jest jego przyrodzoną cech. I Sarya skłamałaby, gdyby powiedziała, że jej się to nie podoba. Ale to nie oznaczało, że nie będzie ostrożna. Lubiła flirty z mężczyznami, z niebezpieczeństwem i z niebezpiecznymi mężczyznami, ale tylko jeśli pod koniec to ona miała wszystko pod kontrolą. Jeśli, żeby to tak ująć, ona była tą na górze.
Dlatego przyjmując kieliszek wina - a miała więcej nie pić, ale nie było lepszej okazji do milczącej konwersacji - pochwyciła i przytrzymała jego spojrzenie o uderzenie serca dłużej. Może było to wyrażenie zainteresowania mężczyzną, które mogło się później skończyć w łożu. A może była to zgoda na milczące pytanie strażnika.
Najpierw jednak trzeba było rozładować sytuację.
- Tylko szaleniec uznałby to za okazję - powiedziała surowo... po czym, odczekawszy dwa uderzenia serca, uśmiechnęła się szerzej i zachichotała: - Ale oczywiście nigdy nie zaprzeczałam, że lubię odrobinę szaleństwa.
I pociągnęła głębszy łyk wina. Od trunku i emocji zaczęło jej delikatnie szumieć w głowie, ale jeszcze myślała jasno i trzeźwo. A przynajmniej miała taką nadzieję. Fakt, że skoro właśnie zgodziła się brać udział w odkrywaniu tajemnic jednego z mniej przyjemnych bogów mógł oznaczać, że alkohol całkowicie odebrał jej umiejętność racjonalnego myślenia. Ale... czy służka Ferrosa i Norien, mogła zrezygnować z poznania takiej tajemnicy?
- A więc skoro wszyscy jesteśmy zainteresowani pociągnięciem sprawy dalej, to może pora, panie Gresk, by powiedział nam pan, kim jest ten ktoś, kto może powiedzieć więcej o masce?
Veni, rescripsi, discessi

Awatar użytkownika
Karv
Posty: 389
Rejestracja: 27 lut 2022, 8:21
- Po drodze - powiedział Lambert, wyglądając przez okno. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. - Wszystko opowiem wam po drodze.
I rzeczywiście, podróż powozem upłynęła im na opowieści Lamberta. Opowieści o ekscentrycznym kliencie, który przejawiał szczególne zamiłowanie do egzotycznych gatunków zwierząt. Lambert po wielokroć sprowadzał unikaty z południa i ze wschodu, by zadowolić coraz bardziej wybrednego jegomościa. Dopóki jednak tamten płacił, a płacił zawsze w terminie, Greskowi nie pozostawało nic innego, jak próbować sprostać jego potrzebom.
- Uprzedzam, jest naprawdę dziwny. Żyje w swoim świecie. Momentami można odnieść wrażenie, że zupełnie ignoruje otoczenie i nie słyszy, co się do niego mówi - powiedział Lambert, poprawiając się na siedzisku. - Ale słyszy. A jedziemy do niego, bo przejawia niezwykłą wręcz miłość do masek. Może wiedzieć coś o tej. - Poklepał się po wybrzuszeniu pod płaszczem.
Powóz zatrzymał się. Lambert, widząc jak Jon pragnie zaimponować Saryi, puścił go przodem i pozwolił, by strażnik pomógł kobiecie wysiąść. Gresk sięgnął po pakunek, który przewoził pod siedzeniem i wyskoczył na bruk jako ostatni, zatrzaskując drzwi powozu. Dał woźnicy znać, że nie musi na nich czekać.
Stali przed niewielką, lecz ładną i zadbaną posiadłością, otoczoną żelaznym ogrodzeniem. Uwagę przykuwał szczególne dach, zdobiony dachówkami ułożonymi w różnokolorowych sekcjach. Strzeliste okna i wieże dodawały budowli charakteru.
- A to dopiero początek - rzucił z uśmiechem Lambert, widząc miny pozostałej dwójki. Potem podszedł do bramy i uniósł jedną rękę, machając w stronę posiadłości.
Wysokie drzwi frontowe otworzyły się i na zewnątrz wyszła… postać. Choć może lepiej byłoby stwierdzić, że postać wytańczyła się na zewnątrz. Pląsając po kamiennej ścieżce, postać zbliżała się do bramy. Gdy była w połowie drogi, Sarya i Jon zdali sobie sprawę, że to, co początkowo wzięli za chorobliwą bladość, tak naprawdę było mocnym makijażem, przywodzącym na myśl arlekina.
- Pana nie ma i bynajmniej was nie oczekuje - odezwała się postać, zaciskając dłonie w białych rękawiczkach na żelaznych przęsłach.
- Otwórz i prowadź do Alffiego.
Ku zdziwieniu pozostałej dwójki, brama została otwarta, a Arlekin ruszył z powrotem w stronę posiadłości, co jakiś czas wykonując piruet, by upewnić się, że podążają nim.
- To Eugmir - wyjaśnił Lambert cicho. - Zawsze kłamie. Jest jeszcze Elojze, która z kolei zawsze mówi prawdę. Błagam, nie pytajcie o szczegóły. Mnie także to przerasta.
Wdrapywali się po kamiennych schodach. Jeśli Jon lub Sarya chcieli o coś jeszcze zapytać, mogła być to ostatnia chwila, kiedy byli w stanie zrobić to na osobności.

Awatar użytkownika
Jon
Posty: 69
Rejestracja: 06 maja 2022, 16:16
Na Jonie nie robiło wrażenie ani miejsce, ani ludzie, ani opowieść Lamberta. Pochodził z długiej linii dziwaków i cudaków, a z resztą z nich był w ten czy inny sposób spokrewniony. Ekstrawaganckość była mu niezmiernie nudna. Dlatego też pewnie, tyle radości sprawiało mu proste życie strażnika, które zachwycało go codziennie. Na przykład tym, że samemu trzeba czyścić sobie buty. Podczas takich czynności odkrywał siebie na nowo i poznawał zupełnie nowe obszary depresji.

Poza tym większość podróży robił to, co robił większość dorosłego życia.

Konsekwentnie się upijał i zachowywał się w swoim mniemaniu szarmancko i błyskotliwie.

Obecnie stał za Lambertem, mrugając i próbując zogniskować spojrzenie. Chybotał się przy tym lekko, najprawdopodobniej kalibrował wzrok. Pewności nie było.

Spojrzał na Saryę i uśmiechnął się pięknie. Bo Jon miał ten niezbywalny arystokratyczny przywilej, że niezależnie od własnej kondycji i otoczenia, wyglądał tak, jakby dokładnie tak chciał wyglądać. Niezachwiana pewność siebie zjednała mu tyle samo przyjaciół co problemów i wrogów. Za to uwodzenie cudzych żon magicznie transmutowało mu przyjaciół we wrogów. Był więc swojego rodzaju czarodziejem. A przynajmniej tak lubił o sobie myśleć.

- Jak się bawisz, moja droga? - zapytał szczere ubawiony sytuacją.

Awatar użytkownika
Denadareth
Posty: 1146
Rejestracja: 13 cze 2021, 21:00
Sarya uśmiechnęła się do Jona, gdy pomógł jej wysiąść uśmiechem równie ślicznym, co odruchowym, nieświadomym i wyćwiczonym. Musiała przyznać, że zarówno to, co dotąd zobaczyli, jak osoba, którą napotkali, wzbudziła w niej zainteresowanie i sprawiła, że tym bardziej nie mogła się doczekać, kiedy spotka tego tajemniczego znawcę masek.
- Jak się bawię? - powtórzyła pytanie, tym razem w pełni skupiając się na strażniku. - Wspaniale. Nowa tajemnica, do tego dwie postacie, z których jedna zawsze kłamie, inna zawsze mówi prawdę. Prawie jak w zagadkach, które lubił mój nauczyciel logiki. Domyślam się, że wyglądają tak samo? - Spojrzała szybko na Lamberta, po czym zaraz się roześmiała. - Chociaż z tym makijażem, to i tak pewnie ciężko powiedzieć. Chyba mogłabym dać Eugmirowi parę wskazówek, co do subtelniejszego nakładania pudru, tuszu i cieni. No, chyba, że dopiero wrócił z kabaretu.
Westchnęła, po czym znów zerknęła na Lamberta.
- A skoro już o tym mowa, to szkoda, że nie wiedziałam z wyprzedzeniem, że będziemy szli w gości - powiedziała. - Założyłabym bardziej odpowiedni strój. Nie chciałabym, by nasz tajemniczy ekspert uznał mnie za kobietę lekkiego prowadzenia się. Jeśli to jakiś zasuszony staruszek, to jeszcze gotów mnie wyrzucić.
Oczywiście kłamała, jednak w taki sposób, że dla