Jej śpiew rozbrzmiewał echem po pokoju jeszcze przez parę chwil gdy skończyła. Pozbawiony życia salon zaczął wyglądać znacznie lepiej po jej występie, a przynajmniej takie można było obrać wrażenie. W końcu nie miało to sensu by śpiew był w stanie w czarodziejski sposób zmieniać wygląd pokoju, a jednak... Arya była prawie pewna, że wcześniej na fotelach i dywanach były łatki od napraw... prawda?
Loki zaś grzecznie obserwował swoją panią, słuchając jej śpiewu z wręcz zainteresowaniem. Jego ogon kiwała się w dwie strony zamiatając potencjalny kurz na stoliku na którym siedział. Co jakiś też czas nawet się odzywał dźwiękami podobnymi do jej piosenki, jakby chciał powtórzyć po niej, trochę jak wilk wyjący do księżyca.
W pewnym jednak momencie lisek zmrużył oczka, ziewnął i gwałtownie, choć ze spokojnym wyrazem pyszczka, zasnął. Czyżby pobyt na dworze tak bardzo go wykończył? Kto wie.
Obudził się dopiero wtedy gdy ktoś zapukał do salonu.
Drzwi otworzyły się, a w progu stanęła osoba kompletnie nieznana Aryi, jednak z jakiegoś powodu gdzieś ją kojarzyła. To było dość dziwne biorąc pod uwagę wyjątkowo niezwykłą aparycję kobiety. Podobnego wzrostu co Bardka, czarno-skóra kobieta o pięknych, długich, kręconych, czarnych włosach. Intensywnie niebieskie piękne oczy i wydatne usta. Ubrana w złoto-błękitną dwuczęściową suknie, przypominającą wręcz szatę swoim luźnym krojem. Na uszach miała spore złote kolczyki wyglądające jak ucięte tabliczki, na jednej z nich była ikonka fal, zaś na drugiej ikona jakiegoś morskiego stworzenia.
- Wybacz, że przeszkadzamy Malihini. Doprawdym pięknym śpiewem okalałaś tu salę. Słychać, że masz talent! - Jej głos był ciepły i niezwykle sympatyczny, przesączony interesującym akcentem. Wchodząc do salonu dało się dostrzec u niej ogromną grację, a jednocześnie lekkość w poruszaniu się, gdy zbliżała się do Aryi by się z nią przywitać. Złapał ją za dłoń obiema swoimi dłońmi na przywitanie, a jeśli Aryanna by wstała to jeszcze złożyła by na jej obu policzkach dwa cmoki, też prawdopodobnie jako powitanie.
- Na imię mi Łucja. A ty musisz być pewnie naszym brakującym loulou, a przynajmniej mam nadzieję po twoim śpiewie!
Następnie jej spojrzenie spadło na Liska co utworzyła na łagodnym licu Łucji szczery uśmiech. Kucnęła tak by się zbliżyć do niego i pogłaskać go po główce, co nieco skonfundowało Lokiego, który nie wiedział jak zareagować więc odskoczył do Aryi po dotknięciu parę razy.
- Cóż za cudowny alakai! Jestem pewna, że rozwinie się w twojej opiece w coś pięknego! - Powiedziała do Aryi ofiarując jej szczery uśmiech. Następnie wstała na równe nogi i spojrzała za siebie w stronę drzwi. Wpatrywała się w nie oczekująco, a gdy nic się nie stało odchrząknęła głośno. Dopiero gdy to zrobiła dało się usłyszeć kroki i do salonu weszła kolejna postać.
Ubrany w proste, lniane ubrania za wyjątkiem wyjątkowo szykownej zielonej kurty skórzanej, pełnej elementów związanych z naturą, w pomieszczeniu pojawił się najprawdziwszy Elf. Jego skóra, pomimo sporej przeciągłej blizny na twarz, zdawała się być nieskazitelnie gładka i smukła. Jego oczy w kolorze intensywnego kasztanu. Jego włosy długie, aż do lędźwi w intensywnie brązowym kolorze, który przy świetle księżyca mieniły się na subtelną zieleń. Z jego szyi zwisał piękny czerwony amulet obtoczony srebrem. Miał też na sobie lekki płaszcz, głównie na plecy przypięty śliczną srebrną broszką przedstawiający liść dębu. W dłoni posiadał też pokrowiec na jakiś instrument. Znacznie wyższy od obu dziewczyn szedł prostym, wręcz żołnierskim krokiem obarczając całe pomieszczenie swoim wzrokiem.
- Pozdrawiam. Ciemno tu. Gdzie też jest mój Przewodnik? - Powiedział cicho, ale wyraźnie tak by był dobrze usłyszany. Następnie uniósł rękę w kierunku kominka mrucząc coś pod nosem. Kominek gwałtownie rozpalił się. Zasłony koło okien także ruszyły się zamykając wgląd do sali i vice versa. Także drzwi do salonu zareagowały zamykając się delikatnie niczym same z siebie. Dało się poczuć lekką bryzę miotającą pokój.
- Tak lepiej. Danfur jestem. A twoje miano Czerwonowłosa Skittari? Zapytał bym się cię o wiele, skoro będziemy pracować razem. - Odezwał się bezpośrednio do Aryanny wpatrując się intensywnie w jej lico, jakby dostrzegając coś interesującego. Jednak nie miał zbyt wiele okazji do zadawania pytań bowiem w ścianie koło fortepianu otworzyło się "sekretne" przejście, niczym ukryte drzwiczki z którego wyszedł Pan Borsuk. Miał na sobie naprawione i odświeżone ubranko, miał nowe piórko na kapelutku oraz elegancką srebrzystą koszulę ze złotymi guzikami na mankietach. Wyglądał na wielce zaaferowanego bo wbiegł do salonu jak poparzony, biegnąc w kierunku Elfa. Widząc go Danfur skupił na nim pełną uwagę, wymieniając się z Borsukiem intensywnymi spojrzeniami by na koniec wymienić się pięknym i głębokim ukłonem, zarówno Elf jak i Borsuk.
- Jesteś Panie Borsuku. Możemy zaczynać próbę. Łucjo korzystajmy póki Alffiego nie przybył jeszcze! - Oznajmił głośniej biorąc swojego Przewodnika w ramię i usadawiając go przed fortepianem. Na jego słowa Łucja westchnęła głośniej i spojrzała się przepraszającym tonem na Aryie, po czym podeszła bliżej instrumentu. Danfur w tym czasie wyjął z pokrowca przedziwny dęty instrument, przypominający flet jednak z metalowym wystającym ustnikiem(Obój).
Po chwili zaczęli swoją "próbę". Pan Borsuk ku zaskoczeniu(po raz kolejny) przystawił rączki do fortepianu i zaczął grać prostą melodię mającą na celu nadania rytmu. Nie była trudna do wykonania, jednak fakt, że czynił to BORSUK był tu chyba najciekawszym faktorem.
Następnie Łucja zaczęła śpiewać, a jej głos rozbrzmiał niczym grom. Potężny, Piękny, Niezrównany. Wypowiadała słowa w nieznanym języku dla Aryi, przypominając jednak mocno słowa podobne te do elfów. Na koniec Danfur, podkreślał jej śpiew pięknym wykonaniem Oboju, stanowiąc wręcz magiczny akcent dla występu Łucji. Melodię jaką grał nadawała nuty mystifikacji, że za tą muzyczną opowieścią jest coś więcej niż tylko widać, dając tym intensywny przekaz.
----------------------------------------------------------------------------------
W miedzy czasie na strychu rezydencji, gospodarz szykował się do wieczora. Zazwyczaj przysłonięte spore okno zostało odsłonięte wpuszczając do środka subtelne światło siostrzanych księżyców. Wewnątrz można było dostrzec ukrytą pracownie, przepełnioną rozmaitą liczbą akcesoriów. Znajdowały się tu liczne manekiny na ubrania zarówno należące do Arlekina jak i dla jego gości. Był tu stół na którym stała piękna makieta ozdobionej sali, na której znajdowały się liczne figurki osób w pięknych strojach ustawione niczym w zamrożonym przez czas tańcu. Można było tu odnaleźć stojaki pełne nieskompletowanych strojów oraz gabloty przepełnione niedokończonymi/wadliwymi maskami karnawałowymi. Liczne skrzynie z nieokreśloną zawartością, półki pełne rolek kolorowych materiałów oraz klatki, które wyjątkowo tego wieczora pozostawały puste. Tuż przy oknie był też jeden pojedynczy manekin kobiety oddalony od innych, z suknią w trakcie kreacji.
Tarzając się po podłodze, zbliżał się w kierunku okna. Pomału i niepośpiesznie, a jednocześnie zachłannie sięgając dłońmi przed siebie drapiąc oraz wbijając swoje szpony w deski podłogi. Czarna niczym smoła maź spływała z jego ust i oczu mącąc jego praktycznie nagie blado-szare ciało. Z trudem przeciągnął się po małych schodkach prowadzących na wyższą sekcję poddasza znajdującą się tuż nad jego sypialnią. Całe jego ciało odmawiało mu posłuszeństwa przeżarte przez chorobę i brak sił, jednak mimo to udaje mu się dotrzeć do okiennic. Zmuszając swój kark do posłuszeństwa spogląda do góry, chcąc ujrzeć jedyne swoje wybawienie w jego stanie. Jedyną jego nadzieję. Zupełnie jak wtedy. Zupełnie jak za pierwszym razem, chcąc poczuć ten żar i gorąc.
Jego spojrzenie zamglone, jego umysł zduszony przez krzyk i niebywałą rządzę. Z trudem skupiając wzrok odnajduje pojedynczą konstrukcję wybijającą się ponad wszystkie dachy miasta.
Ból. Rozsadzający go od środka ból niczym żar rozgrzanego popiółu wsypany przez jego gardło wprost do jego żołądka. Rozchodzący się z torsu do kończyn, obejmując go całego w niekontrolowanym spazmie. Trwa to chwilę nim ból w końcu ustaje, a ciało jego przestaje zwijać się na podłodze. Maź przestała wylewać się z jego ciała zastąpiona jedynie drobnymi kropelkami śliny oraz już jaśniejszej, lecz wciąż granatowej krwi cieknącej z jego dziąseł.
Wstaje. Sięga po stojący w okolicy ręcznik wycierając z siebie wszelkie nieczystości. Narzuca na siebie ubranie, jeszcze nie czas na podkład, potrzebuje jedynie odzienia.
Następnie jego spojrzenie powraca do wieży. Do tej cudownej wieży. Do tej jedynej nadziei. Do jedynego wybawienia jego oraz innych. Nie potrzebuje nic tak długo jak ONO świeci nad nim. Nie potrzebuje nic tak dług jak TO tam jest. Mimowolnie jednak jego ręka sięga w stronę manekinu, którego rozmiar został idealnie wymierzony na jego życzenie. Jego palce przesuwają się po powierzchni utwardzonego oblicza marionetki schodząc do niedokończonej sukni nad którą pracuje już od pierwszego dnia. Tyle jeszcze do zrobienia, tyle poprawek, tyle krojów dołączyć trzeba, haft doszlifować. Jego dłoń gwałtownie zaczyna drżeć. Desperacko łapie ją wolną ręką, jednak nie jest w stanie zbyt długo się powstrzymać. Gwałtowny wymach łapiąc w powietrzu niewidoczną nitkę i następnie delikatne przykłada ją do swojego oka. Widzi ją... widzi jak pakuje swoje rzeczy, widzi jej niepewność, widzi jej frustrację oraz to jak szamoczę się z własną decyzją. A teraz poszła tam, choć jeszcze nie czas, choć jeszcze nie gotowe. A potem... a potem... śpiew?
Nawet nie zauważył kiedy opadł znów na deski, przykładając ucho do podłogi szamocząc kolejne nicie by wszystko usłyszeć. Jego oczy latały we wszystkie strony pogrążone w transie, podczas gdy reszta jego zmysłów łączyła się z elementami budynku oraz jego "sług" chwytając każdy szmer, każdy dźwięk.
Smutek. Niepewność. Zagubienie. Ból. Mrok. Świt? Zmiana? Wiatr. Biel? Dzień. Noc. Czerń. Wzrok. Tam? Gdzie. Tu. Ja.
Jego trans przerwany był nagłym zgromadzeniem się krwi w jego ustach i przełyku. Zaczął desperacko kasłać i kaszleć chcąc pozbyć się mazi z ciała. Nawet nie zauważył kiedy znów zaczął się przegryzać. Jego zęby tak bardzo bolały...
Wstał z podłogi po raz kolejny, podbiegając do stolika. Siłą zerwał korek z butelki mimo obleczone nim wosku i zaczął pić zawartość nowej mieszanki z wyjątkowo dobrym rocznikiem wina. Przez moment czuł ulgę jednak chwilę potem poczuł jak jego żołądek odmawia zawartości, zwracając wszystko co wypił.
Nie znowu... czemu znowu. Dotychczas zawsze to działało, nigdy nie miał takiego problemu! Tyle lat już to robi, tyle osób zdążył przerobić i wytrwać bez żadnych trudności. Dlaczego to już nie działa, co się dzieję!? To nie może się dziać! Jakim prawem wszystko ma runąć z powodu czegoś tak próżnego!? Wytrzymał tak długo, ma cały system, niezawodne metody, a jego ciało ma czelność odmawiać!? Czuł jak zgrzyta zębami z frustracji i głodu. Zataczając się podbiegł z powrotem do okna wbijając spojrzenie w blask płynący z wieży. Czuł ponownie jak żar roztacza się w jego ciele, jednak zbawienny efekt nie był w stanie pochłonąć tego uczucia które czuł. Jego oczy rozszerzyły się, dłonie rozłożył na boki i zmusił swoje ciało do rozluźnienia. Czy zrobił coś źle? Czy uraził Go w jakiś sposób? Czując jak jego nigdy nie naprawione gardło samodzielnie się otwiera, a z ust jego zaczęły wylewać się słowa.
O Biały Płomieniu, ty wiesz jak wiele zalet mam
I być dumny mogę z moich cnót
Obrócił się, ręką wskazując wokół siebie jakby chciał pokazać wszystko co zbudował przez lata, jak bardzo był w stanie odmawiać sobie wyrzeczeń przez te lata. Pomimo ociężałości w jego ruchach pojawiła się wrodzona gracja podążająca za każdym gestem.
O Biały Płomieniu, o czystość duszy więcej dbam
Niż słaby i rozwiązły, ciemny lud
Spojrzał na ogrodzenie swej rezydencji. Wszystko co czyha za nią nigdy nie dostąpi oazy jaką wybudował. Tylko Ci nieliczni wybrani mogą tu ugasić swe pragnienie pasji i sztuki, a on wraz z nimi. Czuł, że rozpiera go duma przedstawiając to przed wieżą, jednak wtedy głód stał się silniejszy zginając go w pół. Wciąż słyszał w uszach echo piosenki, która zaczęła rozszarpywać jego wnętrzności.
Więc wyjaw mi, Płomieniu, czemu ciągle widzę ją
A jej oczy drążą mnie na wskroś
Jego głos przepełniony żalem i pretensją, drżąc potężnym tenorem. Szarpnął za sznurki ponownie zaglądając nie-swymi zmysłami w tamte miejsce. Czuł jak ból ustępuje na chwilę tylko po to by powrócić silniejszy.
Widzę i czuję
Jej rude włosy cudnie lśnią
Już nie wiem czy to ja, czy obcy ktoś
Zerwał więź uderzając wściekle kukłę obok siebie, której aparycji nie mógł teraz uznać, nie chciał widzieć i nie był w stanie. Manekin poleciał w stronę ściany łamiąc się w połowie z gruchotem. Spojrzał na swoje drżące dłonie unosząc je nad siebie, jakby nie rozumiejąc co czyni, jednak nie przestając śpiewać..
Ten ogień! Z dna piekieł!
W mych żyłach czuję drżąc!
Jak może człowiekiem
Najgorsza władać z żądz!
Po raz kolejny spojrzał na Wieżę Białego Płomienia. Na jego oszalałej twarzy widać było desperację, a w głosie zaczął brzmieć błagalny ton.
Ach, nie wiń mnie! To nie ja, nie!
Pół-elfie dziewczę to nieszczęście na mnie śle!
Ach, nie wiń mnie! Jeżeli Bóg
Silniejszym od człowieka diabła zrobić mógł!
Upadł na kolano niczym w geście modlitwy, jednak już po chwili zerwał się z miejsca lądując tuż przed stołem z makietą. Ręką odrzucił wszystkie figurki, które nie były teraz dla niego istotne zrzucając je częściowo na podłogę, częściowo na skrzynki okoliczne, a niektóre nawet łamiąc. Dzięki czemu na podeście koło schodów w makietowej sali balowej została tylko jeden model, przedstawiający kobietę w czerwono złotej sukni oraz włosami w kolorze krwi. Delikatnie, jakby nie chciał w żaden sposób uszkodzić modelu pomimo zniszczeniu prawie wszystkich pozostałych, uniósł je do góry kładąc je na środku makiety niczym na piedestale. Wpatrywał się nią z nieuzasadnionym ludzkimi normami spojrzeniem czując jak ból sukcesywnie rozrywa mu brzuch, płuca i inne części ciała, jak gdyby miały pęknąć jak balon. Wbił paznokieć w stół, a nagły niewielki krąg jaskrawych płomieni zaczął otaczać figurkę paląc przy okazji znaczną część makiety.
Więc obroń mnie Płomieniu, z tamtą Bardką koniec zrób
Nie pozwól żebym w męce tej miał żyć
I zniszcz Aryanne! Niech zazna ognia piekieł lub...
Dostając nagłego olśnienia co czyni chwycił gwałtownie palący się model, nie zważając na oparzenia. Gwałtownie ugasił wszelkie tlące się elementy na niej. Koniuszek jego "szponu" delikatnie przesunęło się po policzku.
...ma kochać tylko mnie i moją być...
Wtem poczuł nowe żyłki objawiające się w eterze. Zaskoczony tym faktem chwycił je spoglądając na nowo przybyły do rezydencji osoby. ONI? Tutaj? Teraz? Dlaczego? NIE TERAZ! DLACZEGO TERAZ! Czemuż tą chwilą, czemuś nie choć trochę później!?
Wciągnął głęboko powietrze i wypuścił, wmawiając sobie, że to go uspokoi. Pomogło trochę.
Spojrzał się na rozszerzający się płomień ogarniający pomału całą makietę. Zacisnął dłonie na modelu i sięgnął w ogień efektywnie raniąc swoje ramię, rękaw koszuli.
Ten ogień, nieczysty
To twój Aryanno los
Ulegniesz to istniej
A nie, to idź na stos!
Zaciśnięta dłoń rozluźniła się zrzucając w szalejący płomień figurkę przedstawiającą pół-elkę, niczym kamień rzucony w morską otchłań, szybko znikając w płomieniach. Następnie odsunął się do tyłu na krok. Czuł ból. Czuł obowiązek. Czuł Biały Płomień. Czuł głód. Czuł frustracje. Czuł piękno. Czuł złość. Czuł radość. Czuł ropacz. Czuł... strach.
Racz miłościw być jej...
Kolejny krok w tył, oczy wpatrzone w niszczący i zaiste piękny ogień, imitacje cudownego Strażnika Nimnaros, a jednak symbolicznie satysfakcjonującym. I przytłaczającym. Zasłonił twarz, spoglądając teraz spomiędzy palców.
Racz miłościw być mnie...
Kolejny krok w tył i stop. Przytłoczony wszystkimi uczuciami zaczął czuć się bardziej sobą niż kiedykolwiek. Bezład i chaos jaki nim zawładnął zdawał się być tak wielki, jak jeszcze nigdy i jeszcze nigdy, tak jak teraz, nie czuł się tak blisko odzyskania czegoś co stracił. Jego rozrzucona, rozszarpana aura rozstawiona niczym sieć na każdą osobę i każde miejsce w całym tym miejscu, zaczęła gwałtownie odrastać i tętnić niewytłumaczalnym życiem. Życiem, któremu mu tak brakowało.
Musi moją być...
Niczym bijące serce, jego aura rozszerzała się i malała rytmicznie budząc w nim coś co nigdy nie powinno się przebudzić. Wystawił dłoń przed siebie zgniatając, wyginając i transmutując chaotyczny Eter jaki się zebrał przez niego i oczyszczając go w czystą energię, którą omiótł płomień, manipulując nim.
...LUB IŚĆ... NA... STOS!
Ostatnie słowo kończące jego pieśń przeciągnął potężnie wręcz wykrzykując z siebie. Ogień pochłaniające makietę oderwał się od swojego źródła i zgodnie z jego ruchami oraz wolą zaczęły zwijać się, maleć, przekształcać się, formując z siebie zupełnie nowe "płonące" sznurki. Na jego ustach zagościł jego nadzwyczaj szeroki uśmiech.
Ja lub ogień.
Czas się przyszykować na gości...