Nie przywykła do takiej ciemności. Bywały noce w jej dzieciństwie, kiedy podczas burzy jako mała dziewczynka zapalała świeczkę na środku pokoju i opatulona w koc z misiem w ramionach pilnowała płomienia. Byle tylko nie dopuścić, żeby ten mrok ją ogarnął. Były to jeszcze momenty, kiedy za drzwiami jej prywatnego azylu polował drapieżnik. Jej ojciec. Żeby się mu nie narażać upychała gałganki w szparze pod drzwiami, byle tylko nie zwabić go blaskiem ognia. Mogłaby go wcale nie zapalać, ale wtedy budziły się inne potwory, chociażby te spod łóżka.
Teraz czuła się dokładnie tak, jak wiele lat temu. Różnica polegała jednak na tym, że nie miała swojej świecy, kołdry czy misia do obrony. A stwór, którego się obawiała wcale nie znajdował się za drzwiami. Dzisiaj to mrok ją otulał, a główne źródło strachu miało niesamowite zielone oczy, w które patrzyła od wielu godzin. Jej wyobraźnia szalała, a przez jej... problemy z samą sobą nie odróżniała już prawdy od własnej wyobraźni. Czy to co widziała działo się faktycznie? Czy jednak traciła zdrowe zmysły? Ktoś jej kiedyś powiedział, że aż dziw bierze, że nie oszalała już dawno temu. Jak widać w końcu ją to dopadało.
Czując dotyk na włosach jej ręka sama zareagowała, jakby chciała... no właśnie, co? Odgonić czy też pochwycić to, co poczuła? Zamiast tego dotknęła samej siebie, bo perspektywa położenia dłoni na nim okazała się nagle zbyt przerażająca. Była w potrzasku. Zdana na łaskę i niełaskę nieznanego sobie zagrożenia. Wiedziała, że jeden zły ruch z jej strony wystarczy, by sprowokować atak. Więc się nie ruszała. Serce rozpaczliwie waliło jej w piersi, bo skoro dziewczyna nie chciała uciekać, ono zrobiłoby to samodzielnie. Bała się oddychać, jakby ten ledwie słyszalny dźwięk mógł wywołać masakrę.
Nie mogła jednak zignorować wyraźnego dotyku na swoim ciele. Linki czy nitki, które się po niej przemieszczały, ograniczając możliwość ruchu przeraziły ją bardziej niż wykrzywiona i zmasakrowana twarz mężczyzny sprzed chwili. Zadrżała, lecz kiedy te już ją oplotły nie mogła nawet ruszyć małym palcem u ręki. Czuła się jak klaustrofobik zamknięty w ciasnej szafie. Zaś gdy zaczęło jej brakować powietrza... wydawało jej się, że Alffie znajdował się za nią. Szczęście w nieszczęściu, bo w tym momencie jej oczy wilgotne od powstrzymywanych łez strachu niemalże błagały o litość. Nie chciała jeszcze umierać. Miała tyle planów, tyle marzeń! Śmierć nie była jej jeszcze pisana. A przynajmniej w to wierzyła, walcząc o najmniejszy chełst powietrza.
I wtem uczucie skrępowania zniknęło, a ona mogła znów normalnie oddychać. Jak tylko salon rozświetlił blask księżyca ona tam stała. Zagubiona i przerażona. Drżała, obejmując się mocno ramionami. Zupełnie jakby chciała powstrzymać odruchy swojego ciała. Nie śmiała poruszyć się chociażby na krok, lecz słysząc dobrze znany sobie głos zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu chcąc zlokalizować jego źródło. A jednak, nie była w stanie. Stół, a raczej to co z niego pozostało... całe zdemolowane pomieszczenie (chociaż to akurat wina jej wcześniejszego zrywu)... Ciemność miała tę jedną przewagę, że ukrywała szczegóły, które teraz potęgowały jej strach.
W końcu go dostrzegła. Szedł do niej w swej wcześniejszej postaci. I gdyby nie odmalowujące się w nim cierpienie i rozmazany makijaż może byłaby w stanie udawać, że nic się nie stało. A jednak. Wydarzenia tego wieczora sprawiły, że nic nie będzie już takie samo jak wcześniej. Gdzież z tyłu jej głowy kłębiła się myśl, że ono pożegnała życie, jakie dotychczas znała. Będąc tutaj, w Rezydencji Esposito, wkraczała na nieznaną sobie ścieżkę. I chciała czy nie, nie było już odwrotu.
Uświadomiła sobie też jeszcze jedną rzecz. Pierwszy raz słyszała jego śpiew. Do tej pory bardzo chętnie grał dla niej na flecie, fortepianie czy innych instrumentach. A jednak, chociaż wcześniej usłyszała melodyjną nutę w jego głosie ten ją uparcie trzymał na uwięzi. Teraz jednak, gdy jego tenor rozlewał się po salonie nie była pewna, czy jego chrypa bierze się walki z samym sobą, czy też czasu, przez jaki go nie używał.
Potem zaś wystarczyło tylko krótkie mrugnięcie, żeby zniknął. Jakby był tylko częścią snu, w który ona zapadła. A mimo to, będąc sama w salonie nie mogła się ruszyć. Nie od razu. Minęło kilka uderzeń jej przerażonego serca, nim pozwoliła sobie na postawienie niepewnego kroku w kierunku wyjścia. Drżała, nogi miała niczym z waty i dosłownie musiała iść wzdłuż ściany, żeby się nie przewrócić. A jednak, z miną nie wyrażającą emocji brnęła przed siebie do swojego pokoju. Tańczące płomienie na świecznikach oświetlających korytarz sprawiały jedynie, że dookoła pojawiało się tylko więcej ceni. Czy w którymś nich on się czaił? Nie, nie mogła jeszcze o tym myśleć. Zablokowała wszystkie uczucia, żeby tylko jej dusza nie rozpadła się na drobne kawałeczki. Przejście do pokoju, chociaż bardzo krótkie, sprawiło jej więcej bólu, niż mogła przypuszczać. A jednak, zamiast uciec z rezydencji, ona nawet o tym nie pomyślała. Niemal odruchowo wybrała ścieżkę po schodach na górne piętro, gdzie za białymi drzwiami czekała jej tymczasowa sypialnia.
Zamknęła za sobą drzwi, tylko na klamkę. Wiedziała, że one i tak by go nie powstrzymały przed dostaniem się do środka. Nie rozglądając się dookoła, nie przebierając się, nie rozplatając włosów padła na łóżko. I to tam, skulona do pozycji embrionalnej pozwoliła w końcu ujść emocjom. Trzęsła się niczym podczas jakiegoś ataku choroby, przez szloch ledwo mogła łapać powietrze. I ciągle miała wrażenie, że jeśli wyda chociaż jeden głośniejszy dźwięk jej Gospodarz się tu pojawi, żeby dokończyć to, co działo się w salonie. Z całej siły przyciskała więc dłonie do ust, żeby wygłuszyć swoje cierpienie. Zmęczona walką samą z sobą, zapłakana i obsmarkana, w końcu straciła przytomność. Bo tego snem nawet nie można było nazwać. Czuła się taka samotna w obcej, nieprzyjaznej rezydencji. A Loki na nią patrzył.
***
Obudziła się kolejny raz, kiedy słońce minęło już swój najwyższy punkt na niebie. Chociaż otworzyła opuchnięte oczy, te były puste. Ona czuła się złamana. Niemal mechanicznie podniosła się z łóżka, bardziej z przymusu niż chęci. Przy toaletce miała misę z wodą do umycia twarzy, jednak wystarczyło ledwie krótkie spojrzenie na odbicie w lustrze by wiedzieć, że to jej nie wystarczy. Potrzebowała wziąć kąpiel. Czuła się obolała, gardło ją bolało, a dłonie miała tak wrażliwe, jak jeszcze nigdy. Oto efekt jej wcześniejszych lekcji.
Zabrała ubranie na zmianę, czysty ręcznik i wyszła z pokoju. Jej Przewodnik był dzisiaj cichy, spokojny. I nie odstępował jej na krok. Nie dał się również zostawić za drzwiami łazienki, chociaż rudowłosa z premedytacją chciała pomyć sama. Całkowicie. Lis mimo wszystko wyminął ją, posłał dziewczynie spojrzenie bursztynowych oczy i wygodnie ułożył się na parapecie okna. Nie było sensu się z nim kłócić.
Okazało się, że ktoś już zagrzał dla niej wodę. Pomieszczenie pachniało użytymi olejkami różanymi, na szafce stały kremy, naturalna gąbka. I chociaż Arya na początku tego nie doceniła, to po zrzuceniu ubrań i zanurzeniu się w gorącej kąpieli pierwszy raz tego dnia głośno westchnęła. Tak, jakby spuściła trzymany do tej pory na uwięzi głos. Zaskakujące jak bardzo tego potrzebowała. Woda rozluźniała spięte mięśnie, olejki pielęgnowany zbolałe dłonie, a kwiatowy aromat przynosił ulgę zszarganym nerwom.
Siedziała w balii dopóki woda całkiem nie ostygła. Nie chciała jeszcze mierzyć się ze światem, jednak nie miała wyjścia. Przez ten tak również dużo rozmyślała. O swoim śnie sprzed dwóch dni. O wczorajszym wieczorze, kiedy wraz z Alffiem odkrywała zarówno jego samego, jak i nieznane sobie aspekty muzyki. Wspominała jego oczy, które w pewnym momencie znalazły się tak blisko niej. I była rozbita. Nie wiedziała co robić.
W końcu ubrała się w najprostszą domową suknię, na to zarzuciła cienki szlafrok, a na ramionach zostawiła ręcznik, by mokre włosy nie przemoczyły jej ubrań. Nie chciała się starać. Potrzebowała odrobiny komfortu, znajomego ciepła. Po wyjściu z łazienki Loki dalej cały czas przy niej trwał. Zarówno kiedy zabrała z sypialni notes z węglowym rysikiem, poprosiła w kuchni o przyniesienie kawy, herbaty z szałwii (na zachrypnięte gardło) oraz lekkiego śniadania, a także gdy... wróciła do salonu. Pomieszczenie wyglądało jakby w nocy zupełnie nic się nie wydarzyło. Służba musiała już rozpalić ogień w kominku, stół został albo naprawiony albo wymieniony na dokładnie taki sam. Bałagan został posprzątany.
Musiała się czymś zająć, żeby dać odpocząć myślom. Nie miała jednak siły ani grać, ani śpiewać. Dlatego zamierzała tworzyć. Muzyka zawsze przynosiła jej ukojenie, nawet jeśli wybrzmiewała tylko w jej głowie. Nie musiała długo czekać, gdy Elojze przyniosła jej posiłek. A Arya? Usiadła najbliżej kominka, na ulubionym fotelu Aldonzo. Nim to zrobiła obróciła go jednak, żeby móc widzieć wejście do pokoju. Potrzebowali porozmawiać. Musieli, jeśli miała tutaj zostać. Nie chciała być jednak znowu zaskoczona przez mężczyznę, który od poprzedniego wieczora szczerze ją przerażał. Brakowało naprawdę niewiele, żeby pozbawił ją życia. Był jej winien chociaż krótką rozmowę.
Po zjedzeniu śniadania przekręciła się, żeby wygodniej było jej pisać. Nogi przerzuciła przez podłokietnik fotela, plecy oparła o ten przeciwległy i... zaczęła tworzyć. Przesuwała rysikiem po papierze zapisując nuty i słowa, wylewając na papier swoje uczucia. Analizując je z kolei była szczerze zaskoczona, że właśnie takie emocje miała teraz w sercu.